Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #1
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187080
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe». Краткое содержание книги:
Spokojnie ruszyła dalej, wykuta w skale rodowa księga sięgała tu na wysokość kilkunastu stóp. Nie oglądała się, mimo to czuła, że on podąża za nią krok w krok.
– Heande’l, syn Ferty i Odes’gea, drugi, pokonał dzierżącą świętą włócznię Wielką Kagre, dowodzącą trzecim legionem Sióstr Wojny, zabił cztery towarzyszące jej służebnice Cee. – Dotknęła wizerunku złamanego miecza. – W tym rzędzie jest takich więcej. Ten ród zapłacił wielką cenę, aby pewien młody książę mógł założyć swoje cesarstwo.
Wskazała przed siebie.
– Księga kończy się dziesięć kroków od tego miejsca. Tyle dla nas trwa twoje Imperium. Dziesięć kroków.
Najwyraźniej nie zamierzał dać się wyprowadzić z równowagi.
– Co to za ród?
Czuła napięcie w jego głosie.
– g’Arennewd. W starym języku czarna wydra to cennfa, żółw błotny to g’aronewd. Po Przekleństwie tak właśnie tworzono nazwy nowych rodów, początek i koniec pochodzi z nazwy rodu pierwszej matrony, rdzeń od rodu pierwszego mężczyzny. Czy to nie ciekawe, kupcze? Pierwotne nazwy rodów wywodzą się od zwierząt mieszkających w pobliżu rzeki lub na moczarach. To by się zgadzało z wiedzą, jaką mamy na temat pochodzenia naszych przodków. Ponoć zanim nastąpiło przejście, mieszkali w żyznej i zielonej krainie. Takiej, jak wy teraz.
– A twój ród? Gdzie jest opisany?
Wiedziała, że o to spyta, prawdę mówiąc, liczyła na to.
– Chodź.
Przecięli jaskinię, kierując się pod przeciwległą ścianę. Jej ród nie był tak starożytny, powstał dopiero po tym, jak Harudi obdarował wszystkich prawami. Mimo to jego drzewo genealogiczne zajmowało imponujący kawał skalnej ściany. Aerin bez słowa ruszył ku końcowi wykutych w skale napisów. Powoli podążyła za nim.
Prawie się o nie potknął. Zatrzymał się przy końcowym fragmencie, ale nie patrzył na ścianę, tylko pod nogi.
– Gdy dziecko przychodzi na świat, jego rodzice najpierw wybierają mu imię, a później przychodzą tu, by dopisać je do rodowej księgi. Wtedy maluch dostaje kawałek duszy plemienia. Nie dotykaj! – Pozwoliła, by w jej głosie zadźwięczała stal. – Będą tam leżeć, dopóki nie obrócą się w pył.
Zamarł na wpół pochylony, wreszcie z wyraźnym trudem wyprostował się i odwrócił. Ich spojrzenia spotkały się i zadrżała. Po raz pierwszy zobaczyła w nim ból, zwykły, przeraźliwie odsłonięty ból i mękę.
– Znam te miecze – szepnął. – Twój brat je nosił.
Nie miała siły znów zaprzeczać, przynajmniej nie słowami, jedyne, na co się zdobyła, to przeczące pokręcenie głową.
– Nie zostaną ponownie przekute, a gdy czas zamieni je w rdzawą plamę, zbierzemy pył i rzucimy na wiatr. Tak skończy się ta historia.
Przełknął ślinę.
– A twoje imię?
Był mądry, nie pytał już o Yatecha.
– Masz szczęście, kupcze, że moja gałąź rodu jest dość nisko. – Podeszła do ściany i wskazała jeden z końcowych napisów – Tu: Deana, córka Entoel i Dareh’a, pierwsza. Reszta pojawi się po mojej śmierci, chyba że nikomu nie będzie się chciało o mnie pisać.
Nie patrzył na miejsce, gdzie wskazywała, tylko na dwa napisy niżej, zryte śladami po wściekłych ciosach, zadanych z furią, która wygryzła wielką dziurę w skalnej ścianie. Znaki były całkiem nieczytelne.
– A jeśli... – Kupiec zawahał się wyraźnie. – Jeśli ktoś wymaże twoje imię?
– Nic się nie stanie, to tylko historia. – Wskazała na jaskinię. – Rodzaj dodatkowej pamięci plemienia. Gdybym jednak zrobiła to sama... Gdybym chciała zerwać z przeszłością, wyrzec się bycia Issaram... Wtedy własnoręcznie niszcząc zapisane przez rodziców lub krewnych imię, odrzuciłabym duszę, ofiarowaną przez plemię. Stałabym się gaaneh, pustą skorupą, niczym więcej niż chodzącym trupem. Rodzona matka poderżnęłaby mi gardło, bo niedobrze jest, gdy nienarodzeni chodzą po świecie. Dla plemienia i rodu przestałabym istnieć, jakbym się nigdy nie urodziła, nikt nie wymieniałby mojego imienia, nikt nie przyznałby, że mnie znał.
Przez chwilę uśmiechała się strasznie, ale nie mógł tego widzieć.
– Tylko że ja tego nigdy nie zrobię. Jestem kobietą, a my umiemy znosić ból, który wam, mężczyznom, odbiera zmysły. Nie wyobrażam sobie, co mogłoby mnie skłonić do wymazania imienia z księgi rodu i połamania własnych mieczy.
—— • ——
– Widzę, że spotkanie rodzeństwa może być bardzo ciekawe... – Venyes stał z rękami założonymi na piersi, na twarzy błąkał mu się ironiczny grymas. – Rozumiem, że siostra chciała ci dać nauczkę za wdarcie się do naszego domostwa. Szkoda tylko, że sama brała w nim udział.
Najstarszy z synów matrony przeniósł na nią złośliwe spojrzenie. Był wysoki i rosły, niemal o pół głowy wyższy od Yatecha, i uchodził za pierwszorzędnego wojownika. Zwłaszcza gdy miał za plecami braci.
Jego postawa, ręce skrzyżowane na piersi, lewa noga wysunięta lekceważąco w przód, była umyślnie prowokująca. Jesteś niczym, mówiła, nie muszę się z tobą liczyć, nie obawiam się twoich umiejętności, stoję tak, że trudno mi będzie sięgnąć po broń, ale ty i tak nie ośmielisz się mnie zaatakować. Za taką postawą najczęściej kryło się bezczelne, prostackie wyzwanie. Deana spojrzała na jego braci. Kens muskał dłońmi rękojeści yphirów, Abwen trzymał włócznię w pozycji zwanej żurawiem, pozwalającej przejść do błyskawicznego kontrataku. Bliźniacy stanęli nieco z boku i wyciągnęli miecze. Mając takie zabezpieczenie, najstarszy syn Lengany mógł sobie pozwolić na arogancję.
Nie odpowiedziała kpiącym uśmieszkiem. Rozsądek nakazywał unikać konfrontacji.
– Jeśli chcecie poćwiczyć, jest dość miejsca – powiedziała spokojnie.
– Poćwiczymy później – mruknął Venyes. – Teraz jednak chcę się dowiedzieć, czy starsi twojego rodu zostali już poinformowani o napaści na moją matkę.
Yatech ubiegł ją z odpowiedzią.
– Nie było napaści, tylko zwykła wizyta. Poszedłem złożyć uszanowanie matronie rodu, a i z wami chętnie bym się wtedy przywitał, zawsze to dobrze, gdy nowa krew wzmacnia plemię.
– Nie zawsze – odezwał się Kens. – Wiesz, jak to mówią, nie każdy kundel wzmacnia sforę.
– Słyszałem to powiedzenie, dotyczy zwłaszcza takich psów, które dużo szczekają, a nie mają odwagi, żeby ugryźć.
Z grupy gromadzącej się wokół placu ćwiczeń dobiegły stłumione parsknięcia. Ona też się uśmiechnęła. Najwidoczniej przez te trzy lata Yatech ćwiczył nie tylko walkę mieczami.
Kens ruszył naprzód.
– Sprawdźmy to – warknął.
Deana zobaczyła na twarzy Venyesa złość, rozczarowanie i tłumioną wściekłość. Było jasne, że nie tak to zaplanował, najpewniej zamierzał sprowokować ich do walki, ale w taki sposób, aby to ona lub Yatech rzucili wyzwanie. Wtedy nie obowiązywałyby reguły ćwiczebnych pojedynków i mogłoby stać się wszystko.
Kiedy najstarszy syn Lengany spojrzał z jawną pogardą, pojęła nagle, że dla nich ona od dawna już się nie liczy, została skutecznie odsunięta od plemienia. Teraz jej rola sprowadzała się do nauki na pamięć historii rodów. Oni przyszli tu po Yatecha, bo był nowym zagrożeniem, nowym celem dla obsesji ich matki, a najście na ich domostwo stanowiło tylko pretekst. Jej brat był niewiadomą, nieznanym zagrożeniem i od razu udowodnił, że nie pozwoli usunąć się w cień. Wyzwanie na śmiertelny pojedynek lub wypadek w czasie ćwiczeń byłyby najlepszym rozwiązaniem.
Wysunęła lekko szable, Prawo Harudiego nie pozwalało im skrzyżować mieczy z kobietą w prawdziwej walce, chyba że zostaliby zaatakowani. Niech nie liczą na to, że zostawi brata samego.
Nie patrzyła na Kensa. Usłyszała tylko świst ostrza, głuche stęknięcie, brzęk i nagle średni z braci wleciał w jej pole widzenia efektownym łukiem i grzmotnął o ziemię. Zdążył wyciągnąć tylko jeden miecz, z nosa i ust płynęła mu krew, próbował unieść głowę, ale oczy zaszkliły mu się nagle i zwiotczał jak szmaciany manekin.