Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #1
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187080
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe». Краткое содержание книги:
– Tyyy... – tylko tyle udało jej się wydyszeć. – Dlaczego?
– Pewnej nocy powinienem był zejść z odsłoniętą twarzą do sypialni mojego gospodarza – powiedział po prostu, z ciemnością wciąż obecną w źrenicach. – Mogłem pozwolić mu wysłać moją duszę do domu. Ale wtedy wszystko było takie... takie poplątane. Ona chciała, żebym ją zabrał w góry, do rodu. Miałem jej odebrać światło i uśmiech, i nadzieję, bo... bo jestem Issaram. Wojownikiem przeklętego, pozbawionego nadziei plemienia, oczekującego na kolejny koniec świata, żeby wykuć sobie przyszłość w ogniu wielkiej wojny i zahartować ją w oceanie krwi.
Powoli, jakby broń ważyła po kilkadziesiąt funtów, wsunął miecze na swoje miejsce.
– Nie przyszło mi wtedy do głowy, że może być inna droga. Całe życie słyszysz o obowiązku, konieczności i honorze rodu. Uczą cię, że każdy, kto nie zachce się pokłonić naszym obyczajom, jest sam sobie winien. Bo my nie mamy własnej woli, wolnego wyboru. Jesteśmy... nosicielami fragmentów wspólnej duszy, żyjemy pożyczonym życiem i nie wolno nam... nie wolno...
Kochać?
Nie zdołała tego powiedzieć. Głupie, beznadziejne, patetyczne słowa. Czego właściwie można się spodziewać po młodszym bracie? Jej gniew nadal nie opadł.
Zanim zdołała mu odpowiedzieć, rozległ się szyderczy śmiech. Odwróciła się w prawo.
Było ich pięciu. Chociaż już widziała, jak zbliża się kolejna grupka. Ale ci nowi się nie liczyli, byli z innych rodów. Groźna była, co wiedział od razu, ta piątka, która podeszła do nich w czasie ćwiczeń i najpewniej słyszała każde słowo. Niedobrze się stało.
Yatech odwrócił się powoli, stając przodem do śmiejącego się mężczyzny. Znała go, nazywał się Venyes i był najstarszym synem Lengany h’Lenns. Po bokach miał braci, średniego Kensa i najmłodszego Abwena. Za nimi, nieco z tyłu, stało dwóch dalszych kuzynów, bliźniacy Saweq i Mess. Wszyscy byli uzbrojeni jak do walki. Dwóch z synów matrony w yphiry, Abwen w krótką włócznię zwaną teg, bliźniacy w długie, dwuręczne gresthy uzupełnione parą ciężkich sztyletów do walki w zwarciu.
Deana mocniej ścisnęła rękojeści szabel. Ich wizyta w domostwie Lengany przyniosła owoce o wiele szybciej, niż się spodziewała.
—— • ——
Poprowadziła go przez rozpalone słońcem pustkowie. Afraagra plemienia znajdowała się na samej granicy gór i pustyni. Płaska skalna równina, którą powoli pożerały łachy wędrującego z południa piasku, kończyła się nagle łańcuchem górskim, odgradzającym zielone północne równiny od wyżarzonego niemal do białości piekła. To była pokuta jej ludu, zamknięcie na granicy między obietnicą raju, widocznego na północnym horyzoncie, a morzem piasku. Miejsce oczekiwania.
Szli wzdłuż skalnej ściany na wschód. Meekhańczyk był zadziwiająco spokojny i opanowany. Nie podobało jej się to, takie opanowanie cechuje ludzi, którzy już podjęli ważną decyzję i czekają tylko na odpowiedni moment, aby ją zrealizować. Albo wojowników, idących do bitwy i akceptujących własną śmierć.
Przeszli pół mili, nim dotarli do miejsca, gdzie u podnóża gór znajdowało się skalne osypisko. Setki mniejszych i większych głazów spiętrzono ze sobą tak przemyślnie, że nie sposób było dostrzec, iż to nie dzieło natury. Bez wahania weszła w szczelinę między największymi skalnymi odłamkami. Słyszała, jak Meekhańczyk przeciska się za nią.
Przebycie labiryntu nie było proste nawet dla niej, dwa razy trzeba było pełznąć niemal na brzuchu, raz przejście znajdowało się na wysokości rosłego mężczyzny i tylko kilka przypadkowo rozmieszczonych stopni umożliwiało dotarcie do niego. Plemię dobrze strzegło swojego sekretu.
Po przeciśnięciu się przez ostatnią szczelinę znaleźli się w przedsionku wąskiego korytarza.
– Jesteśmy tu o właściwej porze dnia – powiedziała, odwracając się w jego stronę. – W skalnej ścianie wykuto niegdyś kilka otworów, przez które wpadają promienie słońca. Co godzinę przez inny, ale jest dość światła, żeby zobaczyć.
Nie zapytał, co zobaczyć, i ta arogancka obojętność zaczynała ją denerwować.
– Prowadź – powiedział po prostu.
Wzruszyła ramionami. Jeśli teraz nie zrozumie, będą walczyć, być może już za chwilę. W końcu w życiu Issaram wszystko sprowadza się do walki lub oczekiwania na nią.
Poprowadziła go krętym korytarzem, zostawiając za sobą blade światło przedsionka. Nie spieszyła się, dobrze, jeśli oczy przywykną do półmroku. Mimo otworów wpuszczających światło, tam, gdzie szli, było dość ciemno.
Znaleźli się w jaskini w chwili, gdy usłyszała za plecami zniecierpliwione warknięcie. Zapewne chciał ją ponaglić albo dać wyraz irytacji. Widok, który się przed nimi rozpostarł, zamknął mu usta.
Jaskinia miała prawie trzysta jardów średnicy i trzydzieści wysokości, a jej sklepienie podtrzymywał gigantyczny słup, przypominający kształtem skamieniały pień wielkiego drzewa. Kamień wypolerowano na błysk. Promień światła, wpadający przez dziurę w suficie, uderzał świetlistą lancą wprost w ten filar, odbijał się od niego i rozświetlał całą przestrzeń.
– Raz do roku, o właściwej porze dnia, przez sufit wpadają trzy promienie światła i wszystkie uderzają w kolumnę. Wygląda wtedy tak, jakby była płonącym słupem ognia – powiedziała, żeby przerwać ciszę. – Chodź, z tego miejsca więcej nie zobaczymy.
Ruszyła po stopniach prowadzących na płaskie jak stół dno jaskini. Zapewne nadal nie widział szczegółów, tego, co pokrywało ściany, czasami nawet na wysokość wzrostu kilku dorosłych mężczyzn. Obojętnie minęła początek pierwszej księgi, zaczynającej się zaraz przy wejściu na schody. Usłyszała, jak jego kroki zgubiły rytm, potem znów zwolnił i wreszcie zatrzymał się. Uśmiechnęła się gorzko. Jeśli to nie powie mu, kim tak naprawdę są Issaram, będą tu walczyć i jedno z nich zginie. Ona też miała obowiązki wobec plemienia.
Imiona, rzędy imion wykute w skale na głębokość pół cala, przy niektórych dodano jeszcze kilka zdań. Każdy napis mogłaby przykryć dwoma złączonymi dłońmi. Pierwsze zapisano pismem blisko spokrewnionym z runicznymi znakami Mocy. Przez ostatnie lata szlifowała umiejętność ich czytania.
Podeszła do ściany, przed którą stał Aerin.
– Grenthel, syn Wentann i Frez’nn – przeczytała, wodząc palcem po na wpół zatartych znakach. – Pierwszy i ostatni unurzał miecz w krwi braci, walczył u boku Hess, i Kan’ny, poślubił Ve’kadę z rodu Błotnego Żółwia.
Dotknęła napisu powyżej.
– Ve’kada, córka Gre’muz i Lao’n, czwarta i ostatnia, stała przy Bregon’th z Lews, gdy ta walczyła z Reg’wa’rym, pokonała sześciu świętych wojowników w pojedynku u stóp wzgórza Gan. Poślubiła Grenthela z rodu Czarnej Wydry.
To były dwa pierwsze imiona z tej księgi. Na prawo od nich wyrastały kolejne ciągi napisów, coraz więcej i więcej, czasem rozgałęziające się na własne poddrzewa, kiedy indziej kończące gwałtownie. Przeszła kawałek dalej.
– Len’h, syn Vaely i Mosst, trzeci, stał na przełęczy Dryn w wojnie o drugi zwój. Ten znak – wskazała coś, co wyglądało jak złamany miecz – oznacza, że oddał duszę plemieniu bezdzietnie. Gdyby był kobietą, byłby tu wyryty rozbiły dzban.
Kilka kroków dalej wykute w skale drzewo rodowe wznosiło się już na dobre sześć stóp. Porównała opisywane wydarzenia z własną wiedzą. Mniej więcej co dwa kroki przesuwali się o pięć, sześć pokoleń.
– Cennica, córka Synne i Yawe, pierwsza, pokłoniła się Prawom Harudiego jako pierwsza i ostatnia z potomstwa swoich rodziców, założyła ekchaar i nigdy już nie ujrzeli jej oblicza.