Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl]
Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl]

Электронная книга - «Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl]». Краткое содержание книги:

Planeta Tiamat należy do konfederacji skolonizowanych przez ludzkość światów, zwanej Hegemonią. Faktyczną władzę dzierży technokracja z planety Kharemough. Tiamat jest cywilizacyjnie zacofana, pokryta w większości oceanem, z osadnictwem rozlokowanym na licznych archipelagach. Na Tiamat występuje jednak wielkie bogactwo — woda życia, wyciąg z krwi merów — morskich zwierząt. Jej zażywanie pozwala przedłużać życie.
Ze względów astronomicznych Tiamat ma tylko dwie pory roku, trwające po około 150 lat — Lato i Zimę. Podczas Lata rządzą Letniacy, lud zabobonny, odrzucający technikę, a Zimą Zimacy, lud współpracujący z Hegemonią i bezlitośnie eksploatujący swoją planetę. W czasie lata Tiamat, z powodu bliskości czarnej dziury, jest niedostępna dla statków kosmicznych i transport wody życia urywa się.
Nadchodzi czas zmiany warty. Ustępująca Królowa Zimy nie zamierza ustąpić i nie chce się pogodzić ze swoją rytualną śmiercią na zakończenie Zimy. Sprawia, że kilka kobiet Letniaków urodzi jej klony… Spisek ma doprowadzić do przedłużenia jej panowania.

Zdobyła nagrody Hugo i Locusa w 1981.
Nominowana do nagrody Nebula w 1981.
1 ... 91 92 93 94 95 96 97 98 99 ... 138
Перейти на страницу:

— Trzymaj się mnie, za nic nie daj się rozdzielić w tłumie. Musimy przebyć połowę miasta, iść w górę. — Wyciągnął zdrowe ramię, kurczowo uchwyciła się go.

Szli tak Ulicą, atakowani niesłychanym natężeniem dobrego humoru Krwawnika. Zimacy bawili się z rodzajem nie skrępowanej niczym rozpaczy, było to ostatnie Święto w ich życiu; Letniacy czcili nadejście Zmiany, która przywróci im prawa do tego świata. Widok butów i sztormiaków ze skór klee oraz ogorzałych od wiatrów twarzy przybyłych tu z pielgrzymką niezliczonych wyspiarzy radował oczy Moon i ściskał tęsknotą jej gardło. Uprzytomniła sobie, że szuka znajomego oblicza, ciągle się rozczarowując, póki nie spostrzegła rudej głowy odchodzącego w sztormiaku chłopaka. Próbowała uwolnić się z uchwytu Gundhalinu, lecz jej nie puścił. Kręcąc głową, prowadził ją w górę Ulicy, aż wreszcie zrozumiała, że w tym morzu twarzy jest przynajmniej pół setki rudowłosych Letniaków.

Kramarze zachwalali swe towary, ludzie tańczyli w korowodach, aktorzy i muzykanci włazili na skrzynki i schody, by zdobyć ulotny podziw przechodzących rzesz. Był środek nocy, lecz nikt nie odróżniłby jej od pełni dnia — a już najmniej Moon. Przybył Premier i od tej chwili aż do nocy masek hulanki mogą się jedynie stawać coraz dziksze.

Pozaziemscy sklepikarze sprzedawali za bezcen lub rozdawali resztki swych towarów, wystawiali przed drzwi stosy ubrań, jedzenia i wszelkich nieznanych przedmiotów z napisami ZABIERZCIE SOBIE. Środkiem ulicy paradowali Zimacy przebrani za zwierzęta totemowe swych rodów, lśnili od holograficznych świateł. Moon krzyknęła, gdy obok wybuchły fajerwerki, znalezionym niespodziewanie w dłoni żarzącym się iskrzykiem napisała w powietrzu swe imię. W bocznych alejkach wszczynały się walki na pięści i nie tylko, gdy tkwiące u podnóża Święta napięcie wybuchało nagłą drobną przemocą. Moon z trudem trzymała się Gundhalinu, gdy wzniecona obok bójka zaczęła się przesuwać w ich kierunku. Zajął się tym jednak Siny w błyszczącym hełmie, a BZ skręcił w bok z naglącym pośpiechem.

Idąca w górę Ulicy Moon czuła, jak udziela się jej nastrój tłumu, zaraża lekkomyślnym optymizmem, przytłacza dogłębnie świadomością, że jest wreszcie tu — w tym mieście, w Krwawniku, w miejscu niewyobrażalnych przyjemności. Przybyła na czas, zdążyła przed Zmianą, kiedy to prawdopodobieństwa biorą w łeb i wszystko staje się możliwe. Przybyła tu, by odnaleźć Sparksa, by zmienić Zmianę, i dokona tego.

Coraz częściej to ona prowadziła Gundhalinu, ciągnęła go pod ludzki prąd; w miarę jak narastało jej zdecydowanie i odwaga, jego opadały. Obejrzała się, słysząc jego kaszel, zobaczyła spoconą twarz i pomyślała, że przerwał odpoczynek i leczenie, by jej pomóc. Gdy jednak zwolniła, pokręcił głową i powiedział ponaglając:

— Jesteśmy niemal na miejscu.

Wreszcie weszli w Aleję Cytrynową. Moon znalazła otwarty sklep i zapytała właściciela o Fate Ravenglass. Spojrzał na jej twarz z dziwnym zdumieniem, choć zasłoniła tatuaż kołnierzem tuniki.

— Fate mieszka tu obok, panienko, ale nie ma jej w domu. W całym mieście dogląda swych masek. Proszę wrócić jutro, może się pani bardziej poszczęści.

Moon kiwnęła głową, rozczarowanie odebrało jej głos.

Gundhalinu oparł się ciężko o podniszczoną ścianę.

— Czy ma pan coś na kaszel?

Sklepikarz wzruszył ramionami.

— Zostało niewiele. Tylko amulet dający zdrowie.

Gundhalinu prychnął pogardliwie i oderwał się od ściany.

— Idziemy, rozejrzymy się po piekle.

— Nie. — Moon pokręciła głową, chwyciła go za ramię i zatrzymała. — Musimy — musimy najpierw się przespać. Wrócimy tu jutro.

Zawahał się.

— Na pewno?

Kiwnęła kłamliwie głową, ale wiedziała, że BZ nie zdoła długo chodzić, a bez niego beznadziejnie zgubi się w mieście.

W końcu znaleźli schronienie u jego poprzedniej gospodyni — pulchnej, opiekuńczej kobiety, która zajęła się nim, gdy tylko uwierzyła, że nie jest duchem. Umieściła ich w pokoju swego syna.

— Inspektorze Gundhalinu, wiem, że niczego pan nie ukradnie.

BZ uśmiechnął się cierpko, gdy zamknęły się za nimi drzwi, zapewniając wreszcie odosobnienie.

— Nie obchodzi jej wcale, czy nie przyprowadziłem cię tutaj w niecnych celach.

Moon spojrzała na niego obojętnie.

— Co to znaczy?

Odpowiedział jeszcze smutniejszym uśmiechem.

— W tym mieście pewnie nic. Bogowie, marzę o zobaczeniu znowu gorącej, bieżącej wody! Chcę się wreszcie wykąpać. — Odwrócił się i wszedł do łazienki, po chwili usłyszała płynącą z kranów wodę.

Moon swą porcję rybackiego placka, który dostali na ulicy, zjadła, siedząc w oknie, odwrócona plecami do zamierzonej schizofrenii pokoju, jak we wszystkich domach Zimaków rozdartego między morzem a gwiazdami. Mieszkanie znajdowało się na pierwszym piętrze, patrzyła z góry na Święto, przyglądała się ludziom krążącym jak krew tętnicami miasta. Tylu ich… było ich tylu.

Odcięta od źródeł sztucznego ożywienia poczuła, że znowu opuszczają odwaga, że traci pewność, iż kiedykolwiek między tysiącami twarzy znajdzie tę jedną. Sybillowa maszyna przywiodła ją do Krwawnika; ale czego się teraz po niej spodziewa? Aspundth nie potrafił jej powiedzieć niczego o sposobach działania tego urządzenia; stwierdził tylko, że jest najmniej przewidywalną i zrozumiałą z wszystkich rzeczy doświadczanych przez sybille. Wierzyła, że nią kieruje, ale po przybyciu do miasta nie pomogło jej żadne nagłe olśnienie. Czy maszyna porzuciła ją, zapomnianą, zostawiła, by liczyła ziarenka piasku na brzegu nieskończonego morza? Jak bez jej pomocy odnajdzie Sparksa?

A co ma robić, jeśli go odszuka? Kim się okaże — zimnym mordercą, wykonującym brudną robotę dla Królowej Śniegu i dzielącym jej łoże? Co może mu powiedzieć, jakie słowa usłyszy od niego? Już dwa razy ją odrzucił, na Neith i na tym straszliwym brzegu… ile razy ma powtarzać, że już jej nie kocha? Czy naprawdę przeszła tyle, by dowiedzieć się o tym bezpośrednio z jego ust? Uniosła dłoń do policzka. Czemu nie mogę go zostawić? Czemu nie dopuszczam tego do siebie? Przez załzawione oczy nie widziała już scen na dole.

Odsunęła się kotara łazienki i wyszedł Gundhalinu, czysty i świeżo ogolony, lecz skromnie odziany w swe stare, brudne ubranie. Z westchnieniem rozciągnął się na sofie, jakby nie pozostała mu nawet odrobina siły. Teraz Moon zamknęła się w małej umywalni, skrywając przed nim wątpliwości, o których nie mogła mówić, a nie potrafiła ukryć. Weszła pod prysznic, parująca woda zmniejszyła dręczące ją napięcie, nie mogła jednak zmyć poczucia winy.

Wróciła do pokoju okryta jedynie tuniką, wycierając ręcznikiem włosy. Myślała, że Gundhalinu będzie już spał, ale tak jak przedtem ona, tkwił przy oknie, wyglądając na ulicę.

Przyłączyła się do niego. Połączeni milczącym zrozumieniem, stali, nie dotykając się, przed kryształowymi szybami. Patrzyli w dół, słuchali bijących w szkło odgłosów Święta.

Z drżeniem ust przyglądała się znowu tłumom.

— Dlaczego tu przybyłam? Czemu musiałam tu wrócić, choć nie miałam powodu?

Zdumiony Gundhalinu spojrzał na nią.

— Co zrobię, jeśli nawet go odnajdę? Już go straciłam. Nie chce mnie więcej znać. Ma Królową — przycisnęła dłoń do ust — i gotów jest dla niej umrzeć.

— Może pragnie Arienrhod, bo nie ma ciebie? — Gundhalinu wpatrywał się w jej twarz z dziwnym natężeniem.

— Jak możesz tak mówić? Jest Królową.

— Ale nigdy nie będzie tobą. — Niepewnie dotknął jej palców.

— Może to dlatego nie chce dłużej żyć.

1 ... 91 92 93 94 95 96 97 98 99 ... 138
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)