Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl]
Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl]

Электронная книга - «Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl]». Краткое содержание книги:

Planeta Tiamat należy do konfederacji skolonizowanych przez ludzkość światów, zwanej Hegemonią. Faktyczną władzę dzierży technokracja z planety Kharemough. Tiamat jest cywilizacyjnie zacofana, pokryta w większości oceanem, z osadnictwem rozlokowanym na licznych archipelagach. Na Tiamat występuje jednak wielkie bogactwo — woda życia, wyciąg z krwi merów — morskich zwierząt. Jej zażywanie pozwala przedłużać życie.
Ze względów astronomicznych Tiamat ma tylko dwie pory roku, trwające po około 150 lat — Lato i Zimę. Podczas Lata rządzą Letniacy, lud zabobonny, odrzucający technikę, a Zimą Zimacy, lud współpracujący z Hegemonią i bezlitośnie eksploatujący swoją planetę. W czasie lata Tiamat, z powodu bliskości czarnej dziury, jest niedostępna dla statków kosmicznych i transport wody życia urywa się.
Nadchodzi czas zmiany warty. Ustępująca Królowa Zimy nie zamierza ustąpić i nie chce się pogodzić ze swoją rytualną śmiercią na zakończenie Zimy. Sprawia, że kilka kobiet Letniaków urodzi jej klony… Spisek ma doprowadzić do przedłużenia jej panowania.

Zdobyła nagrody Hugo i Locusa w 1981.
Nominowana do nagrody Nebula w 1981.
1 ... 92 93 94 95 96 97 98 99 100 ... 138
Перейти на страницу:

Złapała go za rękę, przycisnęła do swego policzka, pocałowała.

— Tyś sprawił, że miotana dotąd wiatrem, poczułam się teraz cenna… choć od tak dawna jestem zagubiona. — Poczuła, jak płonie jej twarz.

Uwolnił swą dłoń.

— Nie mów w sandhi! Nie chcę więcej słyszeć tego języka. — Szarpnął niezgrabnie za rękaw swej szorstkiej koszuli, skrywając blizny. — Nie pasuję do niego. Miotany przez wiatr… to odnosi się do mnie, a nie do ciebie. Jestem pianą na fali, kurzem w powietrzu, brudem spod nóg mego ludu…

— Przestań! — Powstrzymała go, cierpiąc jego ból. — Przestań, przestań! Nie pozwolę ci w to uwierzyć! To kłamstwo. Jesteś najlepszym, najłagodniejszym, najbardziej uprzejmym ze znanych mi ludzi. Nie pozwolę ci… w to uwierzyć… — Odwrócił się do niej, przyciągając ciemnymi oczami, przyciskając jej plecy rękoma i swym pragnieniem…

Powoli, niemal nie wierząc sobie, pochylił głowę, gdy podała mu usta do pocałunku. Moon zamknęła oczy, ucałowała go ponownie z drżącym głodem, poczuła, jak zaczyna ją pieścić zaskoczonymi dłońmi, gdy wreszcie odpowiedziała na jego nie wymówione pytanie.

— Jak się tu dostałem? — mruknął. — Czy to wszystko dzieje się naprawdę? Jak możesz…

— Nie wiem. Nie wiem, nie pytaj mnie. — Bo nie ma odpowiedzi. Bo nie mam prawa cię kochać, nigdy nie zamierzałam… a jednak to robię. — BZ… to może okazać się wszystkim, jutro może się zakończyć. — Bo dajesz mi siły na dalsze poszukiwania.

— Wiem. — Całował coraz zuchwałej. — To nieważne. Nie proszę cię, byś kochała mnie zawsze… pozwól mi tylko na ten jeden raz.

37

— Starbuck! — zawołała ponownie Arienrhod, gdy nie spojrzał na nią znad warsztatu.

Powoli uniósł nieuchwytną, mroczną twarz, gdy wreszcie uprzytomnił sobie jej obecność. Odsunął przemycone narzędzia i porozbierane urządzenia, których kruche części rozkładał kolejno. Jego pracownię wypełniały przemysłowe wraki, zasady działania niektórych zaczynał już rozumieć. Do tej pory zawsze cieszyły ją jego wrodzone zdolności techniczne. Po powrocie z ostatecznych, fatalnych Łowów zamykał się w sterylnym świecie maszyn, krył się w nim przed nią i przed sobą.

— Czego chcesz? — W jego głosie nie było ani ciekawości, ani wrogości, nie było w nim w ogóle nic, podobnie jak na twarzy.

Próbowała powstrzymać swe zdenerwowanie, wiedziała, że jedynie cierpliwość i czas zdołają go wyciągnąć z ponurych rozmyślań. Minęły jednak tygodnie, odkąd działał jak mężczyzna, odkąd próbował się z nią kochać, dotykać jej, a nawet uśmiechać się. Nie opuszczała jej niechęć, nie była w stanie znosić jego ponurego, złego humoru.

— Chciałabym wiedzieć, kiedy dokończysz swe obowiązki jako Łowca.

— Obowiązki? — Okręcił się na obrotowym krześle, oczy mu skakały, szukając osłony w dziczy elektronicznych przyrządów. — Spełniłem wszystkie — powiedział wymijająco.

— Jeszcze nie zapłaciłeś. Źródło czeka na wodę życia. Na pewno nie muszę ci przypominać, że jeśli jej nie dostanie, skończy się Zima — a z nią nasze życie.

— Umrze zaś połowa Letniaków… Lato skończy się na zawsze. — Spojrzał na nią oczyma zasnutymi udręką.

— Mam nadzieję. — Przebiła się wzrokiem przez zapory i zajrzała do zasłoniętego przed nią umysłu. — Nie będziesz chyba udawał, że pomyślałeś o tym po raz pierwszy?

— Nie. — Pokręcił głową; rude włosy wplątały się w ogniwa posrebrzanego łańcuszka, którym spinał ramiona luźnej koszuli. — Zastanawiałem się nad tym codziennie, marzyłem o tym…

— Przyjemne marzenia — powiedziała sardonicznie.

— Nie! — Przypomniała sobie koszmary, o których nie chciał z nią rozmawiać. — Przekaż dostawę przez kogoś innego. Spełniłem swe obowiązki, dławię się brudną robotą Zimy. Nie dam wiecznego życia temu śmierdzącemu pozaziemskiemu próżniakowi jako nagrody za zniszczenie mego ludu.

— Nie jesteś Letniakiem! Zapłacisz za życie swoje i moje. — Arienrhod nachyliła się nad warsztatem. — Nie możesz jak ślimak chować się do Letniackiej muszli; dawno już z niej wyrosłeś. Zabijałeś czczone przez nich mery, zostawiłeś wśród ich ciał swą zmarłą Letniacką ukochaną. Przed laty porzuciłeś swój lud i swą boginię — uzyskałeś w zamian coś lepszego! Pamiętaj o tym! Jesteś teraz pozaziemcem i moim kochankiem. I obojętnie, czy ci się to podoba, czy nie, zostaniesz nim aż do śmierci.

Starbuck zerwał się na nogi, pięścią zmiótł wszystko ze stołu. Arienrhod cofnęła się, zrozumiawszy, że ledwo powstrzymał się przed wyładowaniem na niej swej złości.

— Dlatego chcę teraz umrzeć jak najszybciej. — Zacisnął pięści na krawędzi stołu, pochylił się nad nim z opuszczoną głową. — I dokończyć to, co zacząłem.

— Sparks. — Wypowiedziała to imię z najdalszej głębi serca, dokąd z trudem dotarł rozdzierający ból jego męczarni. Nie odpowiedział jej. Nie mogła już do niego dotrzeć, zamknął się przed nią. — Starbuck! — Zaczęła sama cierpieć, ból przeszedł w gniew. Tym razem nie uniósł głowy o stwardniałej, napiętej twarzy. W oczach nie miał nic ze Sparksa; widniał w nich tylko duch; duch przepadłej Moon, jej przepadłego drugiego ja. Moon, której śmierci był winien, która wzięła z sobą do grobu jego miłość do obu. Arienrhod poczuła, jak ocieniona marą Moon jego dusza staje się ogniskiem soczewki klęski: klęski. Słowo to zostawiło dymiący ślad w głębi niej samej.

— Dostarczysz wodę życia i uczynisz to szybko. Rozkazuje ci twoja Królowa.

Zacisnął wargi. Po raz pierwszy wydała mu rozkaz; po raz pierwszy ją do tego zmusił.

— A jeśli odmówię?

— Wtedy wydam cię pozaziemcom. — Nie pozwalając mu na sprzeciwianie się jej, zaciskała wymykające się wodze opanowania. — I spędzisz resztę życia w kolonii karnej, żałując, że nie umarłeś podczas Zmiany.

Starbuck otworzył usta. Przeszukiwał oczyma jej twarz, jak ślepiec rękoma, aż wreszcie przekonał się, iż każde słowo było prawdziwe. Poddając się schylił głowę, bezradny pod brzemieniem nienawiści do samego siebie.

Wiedziała, że może go skłonić do wszystkiego… i że wraz z tym zwycięstwem traci go na zawsze.

38

Moon obudziła się nagle w czyichś ciepłych ramionach. Sparkle. Miałam taki dziwny sen… Otworzyła oczy, zamrugała, gdy ujrzała niespodziewanie obcy pokój. Przypomniawszy sobie, gdzie jest, popatrzyła obok siebie i ujrzała pod własną ręką leżącą spokojnie inną, ciepłą i śniadą z różowymi piegami. Przez chwilę coś zabolało ją w głębi, potem się jednak uśmiechnęła, bez wstydu czy żalu splotła swe palce z jego palcami. Uniosła się ostrożnie z wąskiej sofy, by przypatrzyć się twarzy śpiącego BZ, przypomniała sobie, jak milczącymi świtami przyglądał się jej. Przypomniała sobie chwytające za serce wiersze, które mówił w jej podziwiające uszy, gdy wreszcie uległ jej, gwiazdeczko, biała ptaszynko, ogródku z polnymi kwiatami… aż w końcu wykrzyczała słowa, których nie miała prawa powiedzieć, ani sił, by tego nie robić, kocham cię, kocham

Pogładziła go po policzku, nawet się nie ruszył, położyła głowę na jego ramieniu. W tym pokoju, oderwani oboje od swego życia, dzielili się miłością, dawali sobie coś równie cennego — potwierdzenie własnej wartości.

Ciągle dobiegały ją odgłosy Święta, stłumione, lecz niezmienne; podobnie jak światło wpadające przez okno. ( — Nigdy nie robiłem tego w świetle — mruknął jej. — Jesteśmy tacy piękni… czego mam się wstydzić?) Nie wiedziała, czy jest dzień, czy noc, ani jak długo spali. Ciało miała ospałe i niechętne, mówiło, że za krótko. Ale nie mogła sobie pozwolić na dłuższy odpoczynek. BZ ciągle spał jak zabity, mimo to starała się jak najciszej wysunąć spod jego ręki, by go nie obudzić. Pewna była, że zdoła sama trafić do alejki maskarki. Ubrała się i wyślizgnęła za drzwi.

1 ... 92 93 94 95 96 97 98 99 100 ... 138
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)