Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #1
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187080
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe». Краткое содержание книги:
Nie wytrzymał.
– Sztylet wbity w serce ma być takim potwierdzeniem? – Z każdym słowem jego gniew rósł, była najwyższa pora, aby zakończyć tę farsę. – Mord na śpiącej, bezbronnej dziewczynie? Zniszczenie cudzego życia?!
Kobieta pochyliła głowę i wyrzuciła z siebie szybko:
– Gdyby zabrał ją ze sobą w góry, odebrałby jej wzrok i szczęście. Gdyby po prostu uciekł, osłabiłby plemię. Mógł zejść i spotkać się z tobą twarzą w twarz... – Nie musiała kończyć tej myśli. – Jeśli sądzisz, że ten wojownik nie żałował, że tego nie zrobił, to znaczy, iż dzieli nas więcej, niż myślałam!
Po tym wybuchu znieruchomiała na kilka uderzeń serca, wreszcie powoli, jakby z wahaniem, skinęła głową.
– Nasza rozmowa do niczego nie doprowadzi, Aerinie-ker-Noel. Chcę... chciałabym ci coś pokazać. Może wtedy choć trochę zrozumiesz.
—— • ——
Gdy przyszła do jego sypialni, Yatech siedział na łóżku z twarzą ukrytą w dłoniach. Słysząc szelest odsuwanej maty, uniósł głowę i posłał jej słaby uśmiech.
– Nie tak wyobrażałem sobie powrót do swoich, Deana.
– Nie tak wyobrażałam sobie twoje powitanie – zgodziła się. – Mimo wszystko cieszę się, że jesteś. Cokolwiek stało się na północy, dobrze mieć cię znowu przy sobie.
Uśmiech zgasł, a ona poczuła chłód wypełniający żyły.
– Przepraszam... ja...
– Nie ma o czym mówić – stwierdził z takim spokojem, aż ścisnęło się jej serce. – Po co przyniosłaś talhery? Będziemy szturmować siedzibę tej kobiety?
Zdołała się uśmiechnąć.
– Muszę sprawdzić, ile mój mały braciszek zdążył zapomnieć wśród Meekhańczyków. Podobno ich tak zwani szermierze zapamiętali w końcu, że miecz trzyma się z tej strony, gdzie jest rękojeść.
– Nie wszyscy, ale większość. – Wstał płynnym ruchem i podszedł do swoich mieczy – Ostra broń? Głupie pytanie, w końcu jesteśmy już dorośli. Sprawdźmy siostrzyczko, komu ukradłaś te białe pochwy.
W kwadrans później stali na środku okrągłego placu do ćwiczeń. Miejsce to znajdowało się na uboczu, pod wyniosłą skalną ścianą, gdzie nawet w samo południe panował cień. Dzięki temu można było tam ćwiczyć od świtu do późnych godzin wieczornych. Deana znała tu każdy kawałek skały i każdy kamień. Mogłaby poruszać się po nim z zawiązanymi oczami.
Stanęli naprzeciw siebie, w odległości jakichś sześciu kroków. Zaczęli krążyć, nie wyciągając jeszcze broni. Po raz pierwszy od chwili spotkania pozwoliła sobie na szczery uśmiech. Jak jej tego brakowało!
Patrzyła na brata, jak się porusza, jak stawia stopy, jak jego wyciągnięte ku górze dłonie muskają rękojeści. Yphir był mieczem wywodzącym się w prostej linii od grestha, ciężkiej, dwuręcznej broni używanej najczęściej w walce z konnicą. Lekko zakrzywiona klinga i półtoraręczna rękojeść sprawiały, że był idealny dla szermierzy lubiących błyskawiczny, płynny i niestandardowy styl walki. Mógł z równym powodzeniem rozrąbywać stalowe hełmy, jak i zadawać delikatne, śmiertelnie precyzyjne uderzenia, otwierające tętnice i przecinające nerwy. Jej talhery były krótsze i lżejsze, a podwójna krzywizna ostrza czyniła z nich broń niezwykle trudną do opanowania. I jednocześnie zaskakującą i nieprzewidywalną dla przeciwnika. Zaraz zobaczymy, ile zdążyłeś zapomnieć, braciszku, pomyślała.
Skoczyła w jego stronę bez ostrzeżenia, wyciągając obie szable. Lewą zamarkowała cios w szyję, wyprowadzając jednocześnie prawą szybkie, podstępne pchnięcie w brzuch. Ostatni pojedynek ze swoim nauczycielem wygrała tą właśnie sztuczką.
Yatech miękko zszedł z linii ataku, zignorował fałszywy cios, prawdziwy sparował w krótkim półobrocie. Nie zauważyła, kiedy wyciągnął miecz. Tylko jeden, drugi ciągle tkwił w pochwie. Och, ci chłopcy i ich arogancja.
Mimo wszystko potrzebowała aż pięciu uderzeń serca, żeby zmusić go do wyciągnięcia drugiego miecza. Był świetny, miał ten instynktowny, na wpół natchniony styl, cechujący urodzonych szermierzy. Zanim wyjechał na północ, uchodził w plemieniu za jednego z najzdolniejszych młodych wojowników, a lata spędzone na służbie poświęcił najwyraźniej na mozolne ćwiczenia. Przez kilka następnych chwil parował jej ataki, jeden po drugim, jakby odpędzał się od natrętnego dziecka. Uśmiechnęła się szeroko, początek był tylko testem, zabawą, rozgrzewką. Zaraz mu pokaże...
Przeszedł do kontry tak szybko, że omal nie wytrącił jej broni z ręki. Uderzał na przemian, prawa ręka, lewa, by nagle złamać schemat i rytm ataku, prawa, prawa, lewa, prawa, lewa, lewa, lewa, prawa... Coraz szybciej, coraz dynamiczniej. Wydawało się, że zapomniał o sztychach, zadawał tylko cięcia, szerokie i płytkie, z przedramienia i nadgarstka, góra, dół, góra, góra, dół, góra, dół, dół... Jego broń była dłuższa i cięższa, mógł atakować, trzymając w miarę bezpieczny dystans. No cóż, zacisnęła zęby, tak mu się tylko wydawało.
Nagle przejęła inicjatywę, odskoczyła na mgnienie oka, żeby wybić go z rytmu, a gdy poszedł za ciosem, skróciła odległość i zarzuciła gradem uderzeń. Powinien się cofnąć, każdy na jego miejscu by tak uczynił, walka na tak krótki dystans dawała szermierzowi władającemu talherami zdecydowaną przewagę, rozsądek nakazywał cofnąć się i wykorzystać długość i ciężar yphirów.
Ale tego nie zrobił. Przyjął wymianę ciosów na jej warunkach, prawie twarzą w twarz. Na dziesięć, może dwanaście uderzeń serca otoczyła ich rozmigotana, rozświetlona błyskami ostrzy zasłona, wypełniająca całą przestrzeń kaskadą dźwięków. Och, przemknęła jej przez myśl, nawet tu, na placu ćwiczeń w issarskiej afraagrze, gdzie do walki szkolono już dzieci, które nie umiały jeszcze poprawnie wymówić własnego imienia, taki widok był czymś niezwykłym. Przez kilka boleśnie długich uderzeń serca oboje znaleźli się w transie khaan’s, na drodze, którą kroczą tylko najlepsi z najlepszych szermierzy wśród Issaram. Potrzeba było lat ćwiczeń szlifujących wrodzone zdolności i czegoś jeszcze, czegoś nieuchwytnego i trudnego do nazwania, by taki stan osiągnąć. Gdy się to udawało, broń przestawała być zwykłym przedłużeniem woli, w transie przestawało się czuć jej wagę, wewnętrzna przestrzeń, obejmująca ciało, rozszerzała się na sferę, której granicę wyznaczał zasięg klingi. Błysk, cień, dźwięk, zapach, smuga ciepłego powietrza, wszystko to dostarczało informacji o sile i kierunku nadchodzących uderzeń. Widywała wojowników walczących z pięcioma, sześcioma przeciwnikami jednocześnie i będących całkowicie poza zasięgiem ciosów czy pocisków.
Nigdy, w całym swoim życiu, nie byli sobie bliżsi i dalsi jednocześnie.
Po raz pierwszy od chwili rozpoczęcia pojedynku spojrzała mu w oczy i omal nie krzyknęła. Wypełniała je tak bezbrzeżna pustka, jakby stał już po drugiej stronie Mroku. Z przerażającą jasnością dotarło do niej, dlaczego on tak dobrze walczy.
Bo nie zależy mu na własnym życiu.
Przerwała pojedynek, cofając się błyskawicznie o kilka kroków. Wsunęła szable do pochew, ale nie wypuściła ich rękojeści z dłoni. Gdyby to zrobiła, mógłby zobaczyć jak się trzęsie. Jej brat próbował oddać duszę plemieniu. Rękoma rodzonej siostry. Tego, co poczuła, nie można było nazwać gniewem. Gdyby nie pozostałości transu khaan’s, rozerwałaby go na strzępy gołymi rękami. Tu i teraz, bez względu na prawa krwi.