KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Przygody Erasta Fandorina #8
- Язык: польский
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów». Краткое содержание книги:
Fandorin przyszedł na śniadanie w porannym smokingu i białym krawacie, najwidoczniej demonstrując, że swoboda, na którą sobie pozwolił dnia poprzedniego, w żaden sposób nie umniejszyła szacunku, jaki żywił do gościa. Doceniłem ten gest. Prawdę mówiąc, moje myśli biegły tym samym torem, tylko w odróżnieniu od Erasta Piotrowicza nie miałem w co się przebrać. Pocieszyłem się tylko tym, że po mistrzowsku ogoliłem swoją nagą twarz.
Kiedy piliśmy kawę (ja też siedziałem za stołem, ponieważ przebywałem tu nie w charakterze sługi, lecz jako osoba prywatna), Erast Piotrowicz przedstawił plan dalszych działaniach. Rozmawialiśmy po francusku.
- Mało spałem tej nocy i wiele rozmyślałem. Teraz rozumiem, skąd się wziął mój niewybaczalny błąd. Nie oczekiwałem po doktorze Lindzie takiej arogancji - podczas wszystkich poprzednich operacji zachowywał się bardzo ostrożnie. Ale tym razem kąsek był zbyt wielki i Lind zdecydował się zająć najbardziej eksponowane i gwarantujące sukces miejsce. Przebywając w Ermitażu, mógł obserwować wszystkie nasze przygotowania. A dodatkowym źródłem pozyskiwania informacji był oczywiście mister Carr, tak trafnie podsunięty Symeonowi Aleksandrowiczowi. Dramat zazdrości najpewniej był niczym innym, jak tylko spektaklem. Generał-gubernator z pewnością szczerze rozmawiał ze swoim druhem Anglikiem, a ten później przekazywał to, co usłyszał, domniemanemu lordowi Banville’owi.
- Być może arogancję doktora można wyjaśnić tym, że po zawładnięciu tak ogromnym łupem zamierzał się wycofać z dalszych działań - zauważyła Emilia. - W końcu ile pieniędzy potrzeba człowiekowi?
Fandorin wykrzywił usta.
- Nie wiem, co temu osobnikowi jest bardziej potrzebne - pieniądze czy samo przestępstwo. To nie zwykły złodziejaszek. To prawdziwy poeta zła, wirtuoz podstępu i okrucieństwa. Zapewne doktor znajduje zadowolenie w tworzeniu przestępczych konstrukcji i tym razem przeszedł samego siebie - wzniósł prawdziwą wieżę Eiffla. Podkopaliśmy jego budowlę, lecz ta, upadając, poważnie uszkodziła fundamenty rosyjskiej monarchii.
Westchnąłem ciężko, myśląc o tym, że już sama wczorajsza katastrofa może doprowadzić do nieprzewidywalnych rezultatów. Byle tylko nie doszło do buntu! A o tym, co zaczną wypisywać emigracyjne gazety albo prasa wrogich państw, nawet pomyśleć się bałem.
- Nie bardzo zrozumiałam waszą alegorię o padającej wieży, ale wydaje mi się, Eraście, że bardzo dobrze wyłowiłeś główną cechę Linda. - Emilia skinęła głową. - To właśnie poeta zła. I nienawiści. Ten człowiek jest pełen nienawiści, jakby był nią przesycony. Gdybyście tylko usłyszeli, jak on wymawia wasze imię! Jestem pewna, że wyrównanie z wami rachunków warte jest dla niego nie mniej niż ten fatalny brylant. A właśnie, czy ja prawidłowo zrozumiałam okrzyki doktora? Macie kamień?
- Chcecie spojrzeć?
Fandorin wyciągnął z kieszeni zawinięty pakuneczek, wyjął brylant i niebieskawe szlify zamigotały tęczowymi ognikami, przyciągając promienie porannego słońca.
- Jak dużo światła - powiedziała w zamyśleniu mademoiselle, aż zmrużywszy oczy od tego jaskrawego blasku. - Wiem, co to za światło. W ciągu wieków kamień ugasił wiele istnień i wszystkie one teraz świecą tam, wewnątrz. Pójdę o zakład, że w ciągu ostatnich dni, nakarmiony świeżym pożywieniem, „Orłow” zaświecił jeszcze jaśniej.
Spojrzała na mnie, a dokładniej - na moją głowę, i powiedziała:
- Wybaczcie, Atanas, wczoraj byłam zbyt zajęta sobą i nawet nie spytałam, co się z wami działo. Skąd się wziął ten wielki purpurowy guz na waszej głowie?
- Ach, przecież wy o niczym nie wiecie! - spostrzegłem się. - Dlatego nie zrozumieliście słów o wieży Eiffla.
I opowiedziałem jej o wczorajszej tragedii na Polu Chodyńskim, kończąc słowami:
- Lind jest nie tylko bezlitosny, ale i nieludzko sprytny. Zginęły tysiące ludzi, a on wyszedł cało.
- Nie, to nie tylko spryt. - Mademoiselle klasnęła w dłonie, i kołdra spłynęła jej z ramienia.
Nasza trójca, gdyby patrzeć na nią z boku, wyglądała pewnikiem dosyć dziwacznie: Fandorin w białym krawacie, ja w porwanej kurtce i dama owinięta w jedwabną kołdrę - innej odzieży dla Emilii nie mieliśmy skąd wziąć.
- Moim zdaniem doktor Lind należy do tych ludzi, którzy lubią jednym strzałem zabić dwa zające - kontynuowała mademoiselle. - Kiedy biegliśmy przez ten okropny podziemny korytarz, powiedział do swoich ludzi po niemiecku: „Mam w Moskwie jeszcze cztery sprawy: brylant, Fandorina, księcia Symeona i tego judasza Carra”. Dlatego przypuszczam, Eraście, że wasza hipoteza o udawanej zazdrości nie jest zgodna z prawdą. Lind rzeczywiście czuje się urażony zdradą kochanka. A co do wczorajszej katastrofy, to najpewniej miał w tym i drugi ceclass="underline" zemścić się na moskiewskim generale-gubernatorze. Gdyby Lind chciał się po prostu ukryć, wymyśliłby coś mniej skomplikowanego i ryzykownego. Jego w tym tłumie też mogli stratować.
- Pani jest wyjątkowo inteligentna, mademoiselle - powiedział z poważną miną Erast Piotrowicz. - Czy zatem należy przypuszczać, że życie amatora farbowanych goździków jest w niebezpieczeństwie?
- Bezwarunkowo. Lind nie z tych, którzy się cofają albo wybaczają. Porażki jedynie rozjątrzą kipiącą w nim nienawiść. Wiecie, odniosłam wrażenie, że ci ludzie nadają homoseksualizmowi jakiś odrębny, prawie mistyczny status. Nie w tym rzecz, że bandyci Linda bali się czy też szanowali swojego szefa. Mnie wydawało się, że są w nim zakochani - jeśli można tu użyć tego słowa. Lind jest kimś w rodzaju sułtana w haremie, tylko zamiast odalisek otaczają go złodzieje i zabójcy. Myślę, że co do mister Carra mieliście rację - dla Linda jest jakby ukochanym pieskiem, bolończykiem lub lowchenem, połączeniem przyjemnego z pożytecznym. Jestem pewna, że doktor nie przebaczy mu zdrady.
- A to oznacza, że Carra trzeba chronić. - Fandorin położył na stole pogniecioną serwetkę i wstał. - Emilio, odeślemy was do Ermitażu, uprzedzicie Anglika o grożącym mu niebezpieczeństwie.