KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Przygody Erasta Fandorina #8
- Язык: польский
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów». Краткое содержание книги:
Przesiadłszy się do fiakra, pomknęliśmy w stronę Miasnickiej.
- Co tam na Chodynce, wasza mość? - odwrócił się woźnica. - Ludzie bają, że żydy w państwowe wino odurzających ziół podsypali i przez to ludzie potracili głowy, ze stu tysięcy prawosławnych zadeptali. Czy to prawda?
- Kłamią - odrzekł krótko Erast Piotrowicz. - Poganiaj, poganiaj!
Wpadliśmy do znanego nam już zaułka z trzaskiem i piskiem. Fandorin zeskoczył na ziemię i władczo machnął na dozorcę.
- Kto mieszka tam, pod tym numerem? - Wskazał na dom Pocztyliona.
- Urzędnik z poczty, pan Tierieszczenko Iwan Zacharowicz! - zaraportował dozorca, salutując miotłą.
- Wy z dymisjonowanych? - spytał surowo Erast Piotrowicz.
- Tak jest, wasza wysokość! Gefrajter jego cesarskiej wysokości księcia Henryka Pruskiego szóstego pułku dragonów Fiodor Świszcz!
- Słuchajcie więc, Świszcz. Przyjechaliśmy z tym panem aresztować owego Tierieszczenkę. Masz tu gwizdek, obejdź dom, sprawdź podwórze i patrz w oba okna. Gdyby wyszedł, gwiżdż co sił. Zrozumiałeś?
- Tak jest, wasza wysokość!
- Hej, poczekaj! - krzyknął Fandorin za byłym gefrajtrem, który już rzucił się wypełniać polecenie. - Masz łom? Przynieś, a potem rób, co mówiłem.
Stanęliśmy na werandzie tak, żeby nie było nas widać z okien.
Erast Piotrowicz zadzwonił, a potem jeszcze zastukał.
- Tierieszczenko! Panie Tierieszczenko! Otwierajcie, tu nadzorca z cyrkułu! Pilnie wzywają was na służbę! W związku z dzisiejszym wydarzeniem!
Przyłożył ucho do drzwi.
- Wyłamujcie, Ziukin.
Nigdy nie miałem w ręku tak ordynarnego narzędzia jak żelazny łom, a tym bardziej nie wyważałem nim drzwi. Okazało się, że to wcale nie jest takie proste.
Uderzyłem w zamek raz, drugi, potem trzeci. Drzwi poruszyły się, ale nie otworzyły. Wtedy wsunąłem zaostrzony, spłaszczony koniec w szczelinę, naparłem i próbowałem wyłamać zamek. Spociłem się, naprężając ze wszystkich sił, ale i tak nic z tego nie wyszło.
- Idźcie do diabła, Ziukin, z waszym łomem!
Erast Piotrowicz odsunął mnie na bok. Złapał się dłońmi za poręcze, podskoczył i obiema stopami uderzył w drzwi tuż przy zamku. Wyleciały na zewnątrz, krzywo zawisając na jednym zawiasie.
Szybko wbiegliśmy do pokoi. Fandorin trzymał mały czarny rewolwer gotowy do strzału. Nikogo nie było. Tylko rozrzucone części garderoby, sztuczne brody, ruda peruka, kilka lasek, płaszczy i kapeluszy, pomięta bielizna na podłodze.
- Spóźniliśmy się! - westchnął Erast Piotrowicz. - Niewiele, ale spóźniliśmy się.
Jęknąłem rozczarowany, a on uważnie obejrzał małą bawialnię i nagle cicho, zagadkowo rzekł:
- A to jest ciekawe...
Na stoliku przy oknie stała otwarta szkatułka. Fandorin wyjął z niej coś długiego, błyskającego żółtymi skrami.
- Co to? - zdziwiłem się.
- P-przypuszczam, że osławiony diadem - odpowiedział, z ciekawością oglądając łańcuch ozdobiony bezcennymi kamieniami. - A oto brylantowa agrafa cesarzowej Anny i szafirowa kokarda cesarzowej Elżbiety, i mały b-brylantowy bukiet, i ta... jak jej tam... egreta. Obiecałem jej cesarskiej mości, że drogocenności z coffret wrócą nienaruszone. Tak się stało.
Przypadłem do szkatułki i zamarłem ze szczęścia, nie wierząc własnym oczom. Co za sukces! Wszystkie te bajeczne skarby, okryte świętą aureolą historii cesarskiego domu, wracają do Korony! To już usprawiedliwiało przygody Fandorina i w pełni przywracało cześć i godność mojemu nazwisku. Większym szczęściem byłoby tylko odnalezienie Michała Gieorgijewicza i mademoiselle Declique.
Ale Fandorina cudowne znalezisko uradowało z zupełnie innego powodu.
- Lind był tutaj z-zupełnie niedawno i najwidoczniej zamierzał powrócić - to raz. Nie pozostał mu już nikt, jest zupełnie sam - to dwa. W końcu mamy wielką szansę go złapać - to trzy.
Pomyślałem chwilę.
- Gdyby nie planował tutaj wrócić, to nie porzuciłby szkatułki, tak? I gdyby miał pomocników, to kazałby im pilnować skarbu. Co robimy?
- Najpierw naprawimy drzwi.
Wróciliśmy na korytarz. Od uderzenia Fandorina jeden z zawiasów był wyrwany, jak to się mówi „z mięsem”, ale to jeszcze pół nieszczęścia. Gorzej, że przed domem zebrał się tłumek gapiów, z wielką ciekawością wpatrujących się w okna i pusty obrys drzwi.
- Do diabła! - jęknął Erast Piotrowicz. - Narobiliśmy takiego hałasu, że niedługo z-zbiegnie się tu cała dzielnica! Zaraz przyjdzie też p-prawdziwa policja i wszystko nam zepsuje. Nie, tutaj nie doczekamy się Linda. Trzeba chociaż sprawdzić, czy nie pozostały jakieś ślady.
Wrócił do pokoju i zaczął podnosić z podłogi rozrzuconą odzież. Jego uwagę zwrócił wąski zakurzony sztyblet - drugiego w pobliżu nie było.
Ja tymczasem wyszedłem na ciasny korytarz i nie mając nic do roboty, zajrzałem do obskurnej kuchenki z kaflowym piecem w rogu.
Nic interesującego, z wyjątkiem ogromnej ilości karaluchów. Już chciałem iść dalej, kiedy nagle rzuciła mi się w oczy klapa w podłodze. Pewnie do piwnicy - pomyślałem. Chcąc najzwyczajniej w świecie zabić czas, dopóki Fandorin nie skończy swojej rewizji, pochyliłem się i uniosłem klapę. A może pchnęła mnie do tego jakaś mistyczna siła.
Z ciemnej dziury wionęło zapachem pleśni, wilgoci i ziemi; ogólnie biorąc, tak właśnie powinno pachnieć z piwnicy, gdzie przechowuje się buraki, marchew czy ziemniaki.
Już chciałem zatrzasnąć klapę, gdy rozległ się dźwięk, od którego w pierwszym momencie zamarłem, a potem za trząsłem się. Był to słaby, ale prawdziwy jęk!
- Panie Fandorin! - wrzasnąłem na całe gardło. - Tutaj!!!
A sam chwyciłem lampę naftową z kuchennego stołu, drżącymi rękami potarłem zapałkę i zszedłem w ciemność i chłód.
Pokonałem zaledwie kilka szczebli w dół, kiedy ją zobaczyłem.
Mademoiselle Declique, zwinięta w kłębek, leżała pod ścianą między jakimiś szarymi workami. Była tylko w koszuli - rzuciła mi się w oczy cienka kostka okolona krwawą pręgą i pospiesznie oderwałem wzrok. Ale teraz nieważne były dobre obyczaje.
Postawiłem lampę na beczce (sądząc po zapachu, z kwaszoną kapustą) i przeskoczyłem do uwięzionej.