KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Przygody Erasta Fandorina #8
- Язык: польский
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów». Краткое содержание книги:
- Nie, jakoś inaczej. - Zmarszczyłem czoło, szukając w pamięci. - Coś na literę „b”.
- Na „b”? Better?
- Tak, właśnie tak!
- No, no, spróbujemy odtworzyć angielskie wyrażenie. „Wy” - to you, „patrzeć” - to see lub look, potem better, „dziś” - to today. You see better today - to bez sensu. Więc pewnie: You bok better today.
- Tak, rzeczywiście! Te same słowa! - ucieszyłem się.
Erast Piotrowicz rozłożył ręce.
- W takim razie, Ziukin, muszę was rozczarować. To wcale nie rekomendacja, aby lepiej śledzić Linda, lecz wyrażenie oznaczające: „Dziś wyglądacie lepiej”.
- Tylko?
- Niestety. Staliście się z mister Freybym ofiarami dosłownego przekładu.
Wydało się, że Fandorin jest dumny ze swojego małego zwycięstwa. A jak mogłoby być inaczej? Po wczorajszej wpadce z Banville’em jego sława geniusza analitycznego mocno ucierpiała.
- Nie wolno nadmiernie ufać słownikom. A co do szpiega, to Freyby udzielił wam poważnej przestrogi. Powinienem o tym pomyśleć na samym początku. W Ermitażu na pewno był ktoś, kto szpiegował dla Linda. Doktor znał termin waszego przyjazdu i porządek dnia, wiedział nawet, dokąd i w jakim składzie pojechaliście na spacer. Banville, Carr i Freyby pojawili się zbyt późno - po prostu nie zdążyliby tego wszystkiego wyśledzić.
- Kto w takim razie był szpiegiem?
- Pomyślmy. - Erast Piotrowicz siadł w bawialni na kanapie, założył nogę na nogę. - Poczekajcie... no... rzecz jasna!
Klasnął dłonią w kolano.
- Słyszeliście, jak P-pocztylion wczoraj na Chodynce, zobaczywszy was, krzyknął: „Ziukin!”?
- Oczywiście, słyszałem.
- A skąd on właściwie mógł wiedzieć, że wy jesteście Ziukin? Czyżbyście byli z-znajomymi?
- Nie, ale widział mnie w urzędzie pocztowym i, naturalnie, zapamiętał.
- Kogo widział w urzędzie pocztowym? - Erast Piotrowicz wstał z kanapy. - Urzędnika Ministerstwa Gruntów i Nieruchomości Państwowych. Pocztylion powinien był sądzić, że to przebrany Fandorin. A jednak w jakiś sposób pojął, że to wy, chociaż nigdy w-wcześniej was nie widział. Skąd, pytam się, u niego taka nieziemska przenikliwość?
- No, widocznie później wyjaśnił to mu Lind - wyraziłem przypuszczenie.
- Dobrze, to nawet bardzo prawdopodobne. Ale skąd sam doktor wiedział o waszym udziale w operacji? List, w którym wyznaczałem spotkanie, napisałem we własnym imieniu, bez żadnej wzmianki o was. Czy komukolwiek m-mówiliście, że zostaliście moim pomocnikiem w tym niebezpiecznym przedsięwzięciu?
Chwilę pomyślałem i zdecydowałem się, że w tak ważnej operacji nie będę niczego ukrywał.
- Kiedy zakradliśmy się do Ermitażu, opowiedziałem o naszych planach dwóm osobom. Ale gdy wam wyjaśnię, w jakich to było okolicznościach, zrozumiecie, że innego wyjścia...
- Komu? - spytał szybko Erast Piotrowicz. - Nazwiska!
- Jej wysokości...
- Widzieliście Ksenię? - przerwał mi nerwowo. - Co powiedziała?
Sucho odrzekłem:
- Nic. Schowała mnie, i tyle.
Fandorin westchnął.
- A kim była druga osoba? - spytał.
- Mój moskiewski pomocnik Somow. Okazał się szlachetnym człowiekiem. Nie tylko nie wydał, ale i obiecał pomoc...
I przekazałem treść swojej rozmowy z Somowem, starając się przypomnieć ją sobie dokładnie.
- No tak, Somow jest tym szpiegiem. - Erast Piotrowicz wzruszył ramionami. - To jasne jak słońce. Zajął pozycję w Ermitażu jeszcze przed waszym przyjazdem z Petersburga. Poznał doskonale dom, rozmieszczenie pokoi. Z pewnością świetnie przestudiował park i wypatrzył odpowiednie miejsce do zasadzki. Łatwo było się d-domyślić, że po tak męczącej podróży wezmą dziecko na spacer. A o tym, że działacie ze mną ręka w rękę, nie mógł powiedzieć Lindowi nikt prócz Somowa.
Milczałem. Nijak nie mogłem podważyć słów Fandorina, ale wyrobiłem już sobie zdanie na temat Somowa i nie bardzo mi się chciało rozstawać z tą opinią.
- Widzę, że wątpicie? No cóż, spróbuję wam to udowodnić. Wspomnieliście, że Somowa przenieśli do waszego pokoju? A więc ma tam telefon. Zadzwońcie do niego. Powiedzcie, że jesteśmy w rozpaczliwym położeniu i że niezbędna jest nam jego pomoc.
- I co dalej?
- Potem p-przekażecie słuchawkę mnie.
Podałem numer panience w centrali. Przez trzy minuty słyszeliśmy tylko powtarzający się sygnał i już pomyślałem, że Korniej Sielifanowicz, zajęty swoimi obowiązkami, przebywa w jakiejś odległej części pałacu, ale nagle w słuchawce zatrzeszczało i rozległ się zadyszany głos Somowa.
- Ermitaż. Przy aparacie.
- Słuchajcie i nic nie mówcie - powiedziałem. - Poznaliście mnie?
- Tak - odrzekł po chwili.
- Dalej jesteście gotowi nam pomagać?
- Tak. - Tym razem odparł bez zwłoki.
- Musimy się spotkać.
- Ja... ja teraz nie mogę. Nie wyobrażacie sobie, co się tutaj dzieje! Mister Carr został znaleziony martwy! Przed chwilą! Wchodzę, a on leży u siebie w pokoju i z piersi sterczy mu nóż! Kuchenny, do porcjowania ryb szlachetnych! Policja przewróciła cały dom do góry nogami, przeszukuje ogród!
- Spytajcie, czy dawno został zabity - szepnął Erast Piotrowicz.
- Dawno został zabity? - powtórzyłem.
- Co? Skąd mogę... Chociaż nie, wiem! Słyszałem, jak panowie z policji dworskiej mówili, że ciało było jeszcze całkiem ciepłe.
- Ten Lind to nie człowiek, lecz diabeł! - szepnąłem, przysłaniając słuchawkę dłonią. - Nic go nie powstrzyma przed zemstą!
- Spytajcie, czy wróciła Emilia.
- Powiedzcie, Kornieju Sielifanowiczu, czy pojawiła się mademoiselle Declique?
- Mademoiselle? Czyżby się znalazła? - Głos Somowa drgnął. - Wiecie coś o niej?
Nie bez powodu, oj, nie bez powodu tak się zdenerwował. Od razu sobie przypomniałem, jak narzucał się Emilii z prośbami o lekcje francuskiego. Możliwe, że podejrzenia Fandorina wcale nie są bezsensowne!
- Czyżby Banville śmiał zakraść się do Ermitażu? - spytałem Erasta Piotrowicza. - To wręcz nieprawdopodobne!
- Oczywiście, że nieprawdopodobne - odrzekł z zimną krwią. - Carra zabił Somow. Na k-kuchennych nożach to z pewnością doskonale się zna.