Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Исторические детективы » KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów
KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów

Электронная книга - «KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów». Краткое содержание книги:

Podczas przygotowań do koronacji cara Mikołaja II porwany zostaje syn Wielkiego Ksiecia Georgija Aleksandrowicza. Porywacz jako okupu żąda `Orłowa`. Ten bezcenny brylant zdobiący berło jest narodową świętością. Fandorin wie, że zbrodniarz nie zwykł zostawiać swych ofiar przy życiu. Musi więc wygrać wyścig z czasem.
1 ... 93 94 95 96 97 98 99 100 101 ... 104
Перейти на страницу:

- Nic nie słyszę! - dobiegło mnie z głośnika. - Afanasiju Stiepanowiczu, gdzie jesteście? Jak mogę was odnaleźć?

Fandorin zabrał mi słuchawkę.

- Przy aparacie Fandorin. Dzień dobry, Somow. To ja chcę się z wami spotkać. Jeśli cenicie życie jego wysokości, natychmiast opuście dom wyjściem dla służby, przejdźcie park i za pół godziny, w żadnym wypadku nie później, bądźcie na cmentarzu Dońskim, pod murem przeciwległym do wejścia. Opóźnienie może mieć tragiczne następstwa.

I nie czekając na odpowiedź, rozłączył się.

- Po co taki pośpiech? - spytałem.

- Nie chcę, żeby zobaczył Emilię, która p-przybędzie do Ermitażu lada chwila. Żeby nie wpadło mu do głowy pozbyć się niebezpiecznego świadka. Słyszeliście, jak się zaniepokoił. Sądząc z zuchwałości, z jaką zabił Carra, wasz bezcenny pomocnik szykuje się do ucieczki.

Pokiwałem głową, zupełnie nieprzekonany.

- Starczy, Afanasiju Stiepanowiczu. - Fandorin włożył do kieszeni swój malutki rewolwer, wyjął z sakwojażu jeszcze jeden, większy, i wsunął go za pas. - Teraz nasze d-drogi się rozchodzą. Spotkam się z Somowem i porozmawiam z nim jak należy.

- Co znaczy „jak należy”?

- Powiem mu, że został zdekonspirowany, i zaproponuję wybór: dożywotnia k-katorga albo pomoc w ujęciu Linda.

- A jeśli się mylicie i nie jest niczemu winien?

- Zorientuję się p-po jego zachowaniu. Ale Somow to szpieg, jestem pewny.

Chodziłem za Erastem Piotrowiczem po pokoju, w żaden sposób nie mogąc pozbierać myśli. Wszystko działo się zbyt szybko.

- A dlaczego mamy się rozstać?

- Dlatego, że jeśli Somow jest człowiekiem Linda, to zupełnie możliwe, że właśnie w tej chwili telefonuje do swojego szefa i na cmentarzu czeka mnie p-przywitanie gorętsze, niż się spodziewam. Nie mają wprawdzie czasu na p-przygotowania, ale miejsce jest dogodne, bezludne.

- Tym bardziej powinienem pójść z wami!

- Nie, Ziukin. Powinniście zostać tutaj i pilnować tego.

Erast Piotrowicz wsunął rękę do kieszeni i wyjął zawinięty w chusteczkę brylant. Z wielką czcią podstawiłem dłoń i odczułem dziwne ciepło, bijące od świętego kamienia.

Fandorin obrócił się na piętach i wyszedł na korytarz. Nie opuszczałem go ani na krok. Na progu kuchni przykucnął, odczepił jedną z desek podłogi, podniósł ją i po chwili w jego rękach ujrzałem znaną mi szkatułkę.

- A więc, Ziukin, teraz nie jestem nic winien d-domowi Romanowów. Chyba mogę was uznać za pełnomocnego przedstawiciela najjaśniejszej rodziny? - Uśmiechnął się przelotnie. - Najważniejsze: nie odchodźcie nigdzie od aparatu. Na pewno do was zadzwonię.

- Skąd?

- Jeszcze nie wiem. Z jakiegoś h-hotelu, restauracji, oddziału pocztowego.

Przy samych drzwiach odwrócił się i popatrzył na mnie dziwnie, jakby nie mógł się zdecydować, czy coś mi powiedzieć, czy też lepiej przemilczeć. Bardzo mi się to nie spodobało; prawdę mówiąc, myślałem już, że się rozmyślił i zamierza zabrać klejnoty ze sobą.

Cofnąłem się o krok i mocniej ścisnąłem szkatułkę.

- Nie zdążycie. To dość daleko. A jeśli Somow nie zaczeka?

- Zaczeka - powiedział z roztargnieniem Fandorin, wyraźnie myśląc o czymś innym.

Czy to nie współczucie było w jego wzroku?

- Posłuchajcie, Afanasiju Stiepanowiczu...

- Co? - nastroszyłem się, czując, że zaraz oznajmi coś bardzo ważnego.

- Nie... Nic. Czekajcie na telefon.

Odwrócił się i wyszedł. Co za okropny sposób bycia!

* * *

Usiadłem przy aparacie, przygotowany na długie czekanie.

Pewny, że w ciągu najbliższej godziny Fandorin w żadnym razie nie zdąży zadzwonić, wziąłem pieniądze (Erast Piotrowicz zostawił na stole cały plik banknotów), poszedłem na Miasnicką i kupiłem świeżą bułkę, wspaniałą moskiewską szynkę i gazety. Szkatułkę wziąłem ze sobą. Mocno przyciskałem ją łokciem i bardzo uważnie rozglądałem się na boki, czy nie kręci się aby w pobliżu jakiś złodziej. „Orłowa” miałem zawieszonego na szyi, w specjalnie przygotowanym woreczku z sukiennej skarpetki.

Moja zmęczona wstrząsami dusza zahartowała się i sczerstwiała. Jeszcze kilka dni temu nie mógłbym tak spokojnie siedzieć, pojadać, popijać herbaty i przeglądać gazet.

O chodyńskiej tragedii gazety miejskie nie tyle milczały - spróbuj coś takiego przemilczeć, kiedy w całej Moskwie jęki i płacz - ile pisały wymijająco, kładąc główny nacisk na akty miłosierdzia i pomoc najwyższych osób. Odczuwało się w tym stosowną delikatność i troskę o autorytet najjaśniejszego domu.

Na przykład „Moskowskije Wiedomosti” szczegółowo opisywały odwiedziny cesarzowej wdowy w Szpitalu Starojekatierińskim, gdzie jej cesarska mość każdemu z rannych podarowała po butelce madery.

Najjaśniejsi państwo zlecili pokryć koszty pogrzebów z zasobów skarbca państwowego, a rodzinom, które straciły żywiciela, wyznaczono zapomogi.

Był to czyn w najwyższym stopniu godny pochwały, jednak odniosłem wrażenie, że gazeta zbytnio zachwyca się szczodrością ich wysokości, przemilczając przyczyny owego aktu miłosierdzia. Wątpliwe, żeby artykuł przypadł do gustu moskwianom.

A zupełnie rozstroiła mnie „Moskowskaja Illustrirowannaja Gazieta”, która zamieściła artystycznie ozdobione menu zbliżającej się uroczystej kolacji w Sali Granitowej na trzy tysiące osób.

Od razu zauważyłem, że z powodu tragicznych wydarzeń menu zaplanowano bardzo skromne, bez jakichkolwiek zbędnych dań (tylko jedna sałatka?). Ani jesiotrów, ani faszerowanych bażantów, ani nawet ikry z bieługi. Prawdziwie spartańska uczta. Zrozumieją to i ocenią godnie ci wysocy goście, których zaproszono na posiłek. Ale po co drukować coś takiego w gazecie? Przecież wśród wielu jej czytelników kiełbasa „psia radość” uchodzi za smakołyk.

Po dłuższym namyśle dopatrzyłem się w tym wszystkim nie troski o prestiż władzy, lecz czegoś zupełnie przeciwnego. Najwidoczniej Symeon Aleksandrowicz i oberpolicmajster zakazali prasie swobodnie pisać o wydarzeniach i redaktorzy próbują, każdy na swój sposób, podgrzać nastroje tłumów.

1 ... 93 94 95 96 97 98 99 100 101 ... 104
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)