KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Przygody Erasta Fandorina #8
- Язык: польский
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów». Краткое содержание книги:
- Nie wiem. Rozłączyli nas, jak tylko wydostaliśmy się z podziemnego korytarza, a później trzymali oddzielnie. Chłopczyk był nieprzytomny, a i ja znajdowałam się w stanie otumanienia - dość mocno uderzono mnie w głowę, kiedy próbowałam krzyczeć.
- Tak - ożywił się Erast Piotrowicz. - Co próbowaliście nam powiedzieć? Krzyknęliście: „Lind tu jest. To...” I więcej ani słowa.
- Tak, zatkał mi usta i uderzył pięścią w twarz. Poznałam go mimo maski!
- Poznaliście?! - wykrzyknęliśmy z Erastem Piotrowiczem jednym głosem.
Właśnie wtedy mademoiselle, unosząc ze zdziwieniem brwi, zadała pytanie, które tak zawstydziło Fandorina.
- Jak to, nie domyśliliście się, kim jest Lind? A ja byłam pewna, że wy, z waszym intelektem, już dawno to odgadliście. Ach, teraz wydaje mi się, że to nie było takie proste! Zaprawdę wszyscy byliśmy ślepi.
Popatrzyliśmy z Fandorinem na siebie i po jego złodziejskim spojrzeniu poznałem, że chce sprawdzić, czy nie okazałem się bardziej domyślny od niego.
Niestety. Choć wiele bym za to dał.
- O Boże, przecież to Banville. - Pokiwała głową, wciąż jeszcze nie przestając się dziwić naszej niedomyślności. - A w każdym razie ten, którego my znaliśmy jako lorda Banville’a. Poznałam go po głosie - jeszcze tam, w piwnicy. Kiedy na górze ktoś krzyknął: „Alarm! Uciekajcie!”, Lind stracił swoją zwykłą ostrożność i wrzasnął na cały głos: Take the kid and the slut! Run!* [Bierzcie dzieciaka i dziewczynę! Uciekamy! (ang.).] To był Banville!
- Banville? - powtórzył z roztargnieniem Erast Piotrowicz. - Ale jak to możliwe? Przecież to przyjaciel Gieorgija Aleksandrowicza? Długo się znają!
- Nie tak długo - poprawiłem, próbując zebrać myśli. - Z Banville’em jego wysokość poznał się tej wiosny, w Nicei.
- Nie wiedziałem o tym - rzekł Fandorin, jakby się usprawiedliwiając. - Rzeczywiście, to takie proste... - Przeszedł na rosyjski. - Czasem i mądry głupio sobie poczyna. Ale w danym przypadku moje prostactwo jest zupełnie niewybaczalne. No, oczywiście!
Wstał z łóżka i zaczął chodzić szybko po pokoju, gwałtownie gestykulując. Jeszcze nigdy nie widziałem go tak poruszonego. Słowa wyrywały się z jego ust, wpadając jedno na drugie.
- Właśnie w Nicei doktor przystąpił do realizacji swojego planu. Z pewnością specjalnie tam p-pojechał, żeby wypatrzyć ofiarę. Przecież na Lazurowe Wybrzeże przyjeżdża wiosną tylu grands-ducs russes! A o majowej koronacji w Moskwie też już było wiadomo! Zdobyć z-zaufanie kogokolwiek z rodziny cesarskiej, zaprzyjaźnić się, wyłudzić z-zaproszenie na uroczystości, a reszta to już tylko kwestia techniczna!
- I w dodatku jeszcze to! - przerwałem. - Nienawiść do kobiet. Sami mówiliście, że Lind nie cierpi w swoim otoczeniu niewiast! Teraz wiadomo dlaczego. Wyszło na to, że Endlung miał rację!
- Endlung? - spytał Erast Piotrowicz łamiącym się głosem i ze złością potarł czoło, jakby chciał je przetrzeć aż do samego mózgu. - Tak, rzeczywiście. A ja uznałem jego teorię za głupią i kompletnie zlekceważyłem - tylko dlatego, że wpadł na nią ten bałwan Endlung. Dosłownie: „Wybrał nierozgarniętych, aby mądrych zawstydzić”. Ach, Ziukin, snobizm to najgorszy z grzechów... Banville! To był Banville! I perfumy „Hrabia Essex”... Jak chytrze zapewnił sobie swobodę działania, udając niespodziewany wyjazd! I ten tak w porę wywołany pojedynek! A Glińskiego trafił w samo serce! Poznaję diabelską celność Linda! Doskonałe przebranie: ekscentryczny brytyjski homoseksualista. Rozmach, zegarmistrzowski plan, niewiarygodna arogancja, brak litości - to bezwarunkowo znaki rozpoznawcze Linda! A ja znowu go puściłem...
- Ale pozostał mister Carr - przypomniałem. - To przecież człowiek Linda.
Erast Piotrowicz z rezygnacją machnął ręką.
- Zapewniam was, że Carr nie ma z tym nic wspólnego. Inaczej Lind by go nie p-porzucił. Pretensjonalnego pięknisia doktor przywiózł ze sobą dla większej wiarygodności kamuflażu, a możliwie, że i dla połączenia przyjemnego z pożytecznym. Lind jest znany ze swoich nawyków sybaryty. Do diabła, najgorsze, że Endlung miał rację! Banda h-homoseksualistów - połączona nie tylko interesami finansowymi, ale i innymi więzami. Oto skąd takie oddanie i samopoświęcenie!
Mademoiselle, zmarszczywszy czoło, ze skupieniem słuchała monologu Fandorina i wydaje się, że wszystko albo prawie wszystko zrozumiała.
- O tak, Lind rzeczywiście nienawidzi kobiet. - Uśmiechnęła się gorzko. - O tym miałam możliwość się przekonać na własnej skórze. Tylko raz dostałam kawałek chleba i dwukrotnie szklankę wody. Dobrze, że choć obok stała beczka z tą waszą okropną kapustą... Trzymali mnie na łańcuchu, rozebraną. A wczoraj wieczorem Banville, to jest Lind, zszedł na dół zły jak sto diabłów i nie mówiąc ani słowa, zaczął mnie kopać! Wydaje się, że spotkała go jakaś nieprzyjemność. Bardzo bolało, ale jeszcze boleśniejszy był strach. - Emilia zadrżała i podciągnęła kołdrę aż po sam podbródek. - To nie człowiek, tylko wcielone zło. Bił mnie, nie mówiąc ani słowa, i dał się ponieść takiej furii, że gdyby nie właściciel domu, pewnie zatłukłby mnie na śmierć. Nawiasem mówiąc, gospodarz - dosyć wysoki mężczyzna z ponurą twarzą - był jedynym, który mnie nie męczył. To on dał mi chleb i wodę.
Mademoiselle ostrożnie dotknęła zaklejonej brwi.
- Widziałeś, Eraście, jak Lind mnie skatował. Łajdak! A do tego: zupełnie za nic!
- Wpadł w szał, kiedy się dowiedział, że stracił dwóch pomocników - wyjaśniłem. - Pan Fandorin jednego z nich zabił, a drugiego oddał policji.
- Szkoda, Eraście, że nie zabiłeś obu - powiedziała, pociągając nosem i obcierając z rzęsy łzę. - Ci Niemcy to były prawdziwe bydlaki. Którego zabiłeś - takiego z odstającymi uszami czy piegowatego?
- Piegowatego - odrzekł Erast Piotrowicz.
A ja nie zdążyłem się przyjrzeć ani jednemu, ani drugiemu; przecież w bramie było ciemno.
- To nieważne - zauważyłem. - Za to teraz doktor pozostał zupełnie sam.
Fandorin sceptycznie skrzywił usta.
- Wątpliwe. Przecież ktoś jeszcze pilnuje chłopczyka. Jeśli biedne dziecko wciąż żyje...