Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Исторические детективы » KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów
KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów

Электронная книга - «KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów». Краткое содержание книги:

Podczas przygotowań do koronacji cara Mikołaja II porwany zostaje syn Wielkiego Ksiecia Georgija Aleksandrowicza. Porywacz jako okupu żąda `Orłowa`. Ten bezcenny brylant zdobiący berło jest narodową świętością. Fandorin wie, że zbrodniarz nie zwykł zostawiać swych ofiar przy życiu. Musi więc wygrać wyścig z czasem.
1 ... 87 88 89 90 91 92 93 94 95 ... 104
Перейти на страницу:

- Nie wiem. Rozłączyli nas, jak tylko wydostaliśmy się z podziemnego korytarza, a później trzymali oddzielnie. Chłopczyk był nieprzytomny, a i ja znajdowałam się w stanie otumanienia - dość mocno uderzono mnie w głowę, kiedy próbowałam krzyczeć.

- Tak - ożywił się Erast Piotrowicz. - Co próbowaliście nam powiedzieć? Krzyknęliście: „Lind tu jest. To...” I więcej ani słowa.

- Tak, zatkał mi usta i uderzył pięścią w twarz. Poznałam go mimo maski!

- Poznaliście?! - wykrzyknęliśmy z Erastem Piotrowiczem jednym głosem.

Właśnie wtedy mademoiselle, unosząc ze zdziwieniem brwi, zadała pytanie, które tak zawstydziło Fandorina.

- Jak to, nie domyśliliście się, kim jest Lind? A ja byłam pewna, że wy, z waszym intelektem, już dawno to odgadliście. Ach, teraz wydaje mi się, że to nie było takie proste! Zaprawdę wszyscy byliśmy ślepi.

Popatrzyliśmy z Fandorinem na siebie i po jego złodziejskim spojrzeniu poznałem, że chce sprawdzić, czy nie okazałem się bardziej domyślny od niego.

Niestety. Choć wiele bym za to dał.

- O Boże, przecież to Banville. - Pokiwała głową, wciąż jeszcze nie przestając się dziwić naszej niedomyślności. - A w każdym razie ten, którego my znaliśmy jako lorda Banville’a. Poznałam go po głosie - jeszcze tam, w piwnicy. Kiedy na górze ktoś krzyknął: „Alarm! Uciekajcie!”, Lind stracił swoją zwykłą ostrożność i wrzasnął na cały głos: Take the kid and the slut! Run!* [Bierzcie dzieciaka i dziewczynę! Uciekamy! (ang.).] To był Banville!

- Banville? - powtórzył z roztargnieniem Erast Piotrowicz. - Ale jak to możliwe? Przecież to przyjaciel Gieorgija Aleksandrowicza? Długo się znają!

- Nie tak długo - poprawiłem, próbując zebrać myśli. - Z Banville’em jego wysokość poznał się tej wiosny, w Nicei.

- Nie wiedziałem o tym - rzekł Fandorin, jakby się usprawiedliwiając. - Rzeczywiście, to takie proste... - Przeszedł na rosyjski. - Czasem i mądry głupio sobie poczyna. Ale w danym przypadku moje prostactwo jest zupełnie niewybaczalne. No, oczywiście!

Wstał z łóżka i zaczął chodzić szybko po pokoju, gwałtownie gestykulując. Jeszcze nigdy nie widziałem go tak poruszonego. Słowa wyrywały się z jego ust, wpadając jedno na drugie.

- Właśnie w Nicei doktor przystąpił do realizacji swojego planu. Z pewnością specjalnie tam p-pojechał, żeby wypatrzyć ofiarę. Przecież na Lazurowe Wybrzeże przyjeżdża wiosną tylu grands-ducs russes! A o majowej koronacji w Moskwie też już było wiadomo! Zdobyć z-zaufanie kogokolwiek z rodziny cesarskiej, zaprzyjaźnić się, wyłudzić z-zaproszenie na uroczystości, a reszta to już tylko kwestia techniczna!

- I w dodatku jeszcze to! - przerwałem. - Nienawiść do kobiet. Sami mówiliście, że Lind nie cierpi w swoim otoczeniu niewiast! Teraz wiadomo dlaczego. Wyszło na to, że Endlung miał rację!

- Endlung? - spytał Erast Piotrowicz łamiącym się głosem i ze złością potarł czoło, jakby chciał je przetrzeć aż do samego mózgu. - Tak, rzeczywiście. A ja uznałem jego teorię za głupią i kompletnie zlekceważyłem - tylko dlatego, że wpadł na nią ten bałwan Endlung. Dosłownie: „Wybrał nierozgarniętych, aby mądrych zawstydzić”. Ach, Ziukin, snobizm to najgorszy z grzechów... Banville! To był Banville! I perfumy „Hrabia Essex”... Jak chytrze zapewnił sobie swobodę działania, udając niespodziewany wyjazd! I ten tak w porę wywołany pojedynek! A Glińskiego trafił w samo serce! Poznaję diabelską celność Linda! Doskonałe przebranie: ekscentryczny brytyjski homoseksualista. Rozmach, zegarmistrzowski plan, niewiarygodna arogancja, brak litości - to bezwarunkowo znaki rozpoznawcze Linda! A ja znowu go puściłem...

- Ale pozostał mister Carr - przypomniałem. - To przecież człowiek Linda.

Erast Piotrowicz z rezygnacją machnął ręką.

- Zapewniam was, że Carr nie ma z tym nic wspólnego. Inaczej Lind by go nie p-porzucił. Pretensjonalnego pięknisia doktor przywiózł ze sobą dla większej wiarygodności kamuflażu, a możliwie, że i dla połączenia przyjemnego z pożytecznym. Lind jest znany ze swoich nawyków sybaryty. Do diabła, najgorsze, że Endlung miał rację! Banda h-homoseksualistów - połączona nie tylko interesami finansowymi, ale i innymi więzami. Oto skąd takie oddanie i samopoświęcenie!

Mademoiselle, zmarszczywszy czoło, ze skupieniem słuchała monologu Fandorina i wydaje się, że wszystko albo prawie wszystko zrozumiała.

- O tak, Lind rzeczywiście nienawidzi kobiet. - Uśmiechnęła się gorzko. - O tym miałam możliwość się przekonać na własnej skórze. Tylko raz dostałam kawałek chleba i dwukrotnie szklankę wody. Dobrze, że choć obok stała beczka z tą waszą okropną kapustą... Trzymali mnie na łańcuchu, rozebraną. A wczoraj wieczorem Banville, to jest Lind, zszedł na dół zły jak sto diabłów i nie mówiąc ani słowa, zaczął mnie kopać! Wydaje się, że spotkała go jakaś nieprzyjemność. Bardzo bolało, ale jeszcze boleśniejszy był strach. - Emilia zadrżała i podciągnęła kołdrę aż po sam podbródek. - To nie człowiek, tylko wcielone zło. Bił mnie, nie mówiąc ani słowa, i dał się ponieść takiej furii, że gdyby nie właściciel domu, pewnie zatłukłby mnie na śmierć. Nawiasem mówiąc, gospodarz - dosyć wysoki mężczyzna z ponurą twarzą - był jedynym, który mnie nie męczył. To on dał mi chleb i wodę.

Mademoiselle ostrożnie dotknęła zaklejonej brwi.

- Widziałeś, Eraście, jak Lind mnie skatował. Łajdak! A do tego: zupełnie za nic!

- Wpadł w szał, kiedy się dowiedział, że stracił dwóch pomocników - wyjaśniłem. - Pan Fandorin jednego z nich zabił, a drugiego oddał policji.

- Szkoda, Eraście, że nie zabiłeś obu - powiedziała, pociągając nosem i obcierając z rzęsy łzę. - Ci Niemcy to były prawdziwe bydlaki. Którego zabiłeś - takiego z odstającymi uszami czy piegowatego?

- Piegowatego - odrzekł Erast Piotrowicz.

A ja nie zdążyłem się przyjrzeć ani jednemu, ani drugiemu; przecież w bramie było ciemno.

- To nieważne - zauważyłem. - Za to teraz doktor pozostał zupełnie sam.

Fandorin sceptycznie skrzywił usta.

- Wątpliwe. Przecież ktoś jeszcze pilnuje chłopczyka. Jeśli biedne dziecko wciąż żyje...

1 ... 87 88 89 90 91 92 93 94 95 ... 104
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)