Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #1
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187080
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe». Краткое содержание книги:
– Wyrzynając wszystkich? Pustosząc ich miasta? Nieznajoma, z każdym słowem potwierdzasz moją opinię o twoim plemieniu.
Wzruszyła ramionami.
– Harudi dał nam prawa, w tym i to najważniejsze – dotknęła dłonią ekchaaru – które chroni nas przed rozpuszczeniem się w kolejnych falach migrujących ludów. Dzięki temu będziemy tu, gdy po waszym Imperium pozostanie tylko pył i garść legend.
– Według mnie...
– Nie interesuje mnie twoja opinia – syknęła gniewnie. – Słuchasz, a nie słyszysz, kiwasz głową, a nie rozumiesz. Próbuję ci opowiedzieć, jak to jest urodzić się i wychować wśród Issaram. Dorastać, słuchając opowieści o Wojnach Bogów nie jako bajek, uładzonych historyjek na dobranoc, ale jako prawdy przekazywanej z pokolenia na pokolenie przez tych, którzy tam byli. Widzieli pierwsze przybycie, patrzyli, jak arogancja, pycha i brak zrozumienia doprowadzają do uraz, a urazy do wojny. Byli świadkami zdrady i wierności, upadków i wzlotów, gniewu i miłosierdzia. Jako dziecko zasypiasz, wysłuchawszy kilku takich opowieści, a budząc się, masz pewność, że wrosły w twoją duszę. Zanim skończysz sześć lat, odbywasz pokuty za Zdradę Wyrkonna, pościsz, żeby uczcić Śmierć Layny, medytujesz, chcąc zrozumieć, co skłoniło Frendala z Gann do przejścia na stronę wroga. Co pięć lat nasze kobiety wychodzą na pustynię, by posypawszy głowy piachem, powtarzać taniec Qwe’nnei, ten, którym obdarzyła świat po stracie swojego vaann. Nadal nie wiemy, kim lub czym był bądź było vaann, lecz widząc ten taniec, nasi przodkowie pojęli, że jakkolwiek byśmy się różnili, ból i cierpienie są takie same. Łączą nas. Pamiętamy też cierpienie Reagwyra, który dał się ponieść szałowi walki i nie poszedł na pomoc Kay’ll. Ból po jej stracie prawie odebrał mu zmysły. Musieliśmy stanąć przeciw niemu z bronią w ręku, by powstrzymać zniszczenie całego kontynentu.
Przerwała, patrząc z napięciem na mężczyznę. Nadal nic nie rozumiał.
– Żyjąc tu, przyjmujesz na siebie grzechy przodków, bo chociaż w Wojnach Bogów śmiertelnicy nie znaczyli więcej niż pył, to jednak w ostatecznym rozrachunku to oni okazali się najważniejsi. To oni powiedzieli dość. Tak, wytrzeszczaj oczy, wykrzywiaj usta, człowieku z równin – mówiła coraz szybciej. – Bo to jest coś zupełnie innego niż opowiadają wam kapłani, prawda? Honor i niegodziwość znalazły sobie w tamtych wojnach dom po obu stronach. Więc jeśli rodzisz się jako Issaram, to żyjesz w tych górach i ćwiczysz ciało i ducha, aby osiągnąć biegłość w walce, dzięki której będziesz gotów na powrót. Modląc się i medytując, usiłujesz osiągnąć równowagę między tym, co chcesz osiągnąć, a tym, co osiągnąć możesz. Matka do snu śpiewa ci kołysanki-modlitwy, które wypalają swoje piętno w sercu, aż wreszcie stają się częścią ciebie. Uczysz się, że ścieżka wiodąca do odkupienia jest wąska i śliska, że tylko najlepsi mogą nią podążać. Więc się starasz, jak twoi przodkowie. Zanim skończysz dwanaście lat, znasz wszystkie sześćset dwadzieścia dwie modlitwy, tworzące kendet’h. Modlitwa za grzech pychy, złości, lenistwa, gniewu, modlitwa za pomyślność rodu, plemienia, ludu, modlitwa po śmierci przyjaciela lub wroga, o zdrowie, o dobre zbiory, o pomyślność w małżeństwie, o dobrą śmierć. Cały czas powtarzają ci, że każdy obcy to niebezpieczeństwo, nie wróg, wrogów należy zabijać, ale niebezpieczeństwo utraty duszy, zostania pustą skorupą, osłabienia plemienia. I obiecują, że po śmierci twój fragment duszy zostanie wchłonięty przez duszę plemienia i będzie bezpieczny aż do czasów odkupienia, gdy wszyscy odrodzą się jako wolni i szczęśliwi ludzie. Chyba że plemię zginie. Więc musisz się starać z całych sił, bo dbasz nie tylko o to, co jest, ale także o dusze wszystkich swoich przodków oraz wszystkich swoich potomków. Nie ma dla ciebie innej drogi.
Zamilkła, wyczerpana monologiem. Patrzył na nią zmrużonymi oczyma. Milczał.
– Nadal nie rozumiesz? Twoi przodkowie przybyli tu tysiąc czterysta lat temu. Fala ludów nazywających się Meekhanami. Nie wiemy, skąd wzięliście swój początek, czy wasze ludy istniały w czasie Wielkich Wojen, czy też powstały dopiero po nich. Podzieleni na plemiona, osiedliliście się wokół Gór Krzemiennych, asymilując resztki f’Eldyrów, którzy wyniszczeni wojnami z plemionami fennyjskimi byli zbyt słabi, aby się wam oprzeć. Mieliście własne konflikty, zwycięstwa i klęski. Religijne wojny, które pustoszyły kontynent, omijały was przez pierwsze dwieście lat, głównie dlatego, że macie, jak powiedział jeden z naszych Wiedzących, bardzo rozsądne podejście do religii. Czcicie bogów, ale nie pozwalacie, by wtrącali się w politykę. Wasze miasta-państwa omijała zawierucha. Potem jednak przyszła i na nie pora, plemiona na północ od gór zostały podbite przez zakonną armię Reagwyra, te z południa padły ofiarą Sióstr Wojny. Na koniec zostało tylko jedno, najbogatsze, Meekhan. Gdy wasza stara stolica została zdobyta po raz trzeci, jej młody władca uciekł na południe, szukając ratunku dla siebie i rodu...
Przerwał jej, unosząc rękę.
– Po co mi to opowiadasz? Znowu mnie mamisz? Zwodzisz? Opowiastkami dla dzieci chcesz odwieść od prawdy o twoim bracie-mordercy? Ja to wszystko wiem. Znam legendę o Freganie-ken-Leow, pierwszym cesarzu. Słyszałem setki razy, jak wygnany na pustynię medytował całymi dniami, aż przepełniona litością ukazała mu się Wielka Matka i wyjawiła, jak zjednoczyć podzielony kontynent, oraz wskazała miejsce ukrycia starożytnego skarbu, dzięki któremu mógł wyekwipować pierwszą armię.
– Tak. „Niech wszystkie moje dzieci pójdą w me objęcia”. Tak powiedziała. Podobno. W tamtych czasach kult Baelta’Mathran był już niemal zapomniany, czczono ją tylko w jednym miejscu kontynentu. Bogini nie wymagała ofiar, świątyń ani specjalnych ceremonii. Nie obchodziło jej to, jak zresztą większości panteonu. Bogów interesuje krew i poświęcenie, modlitwy i medytacja – w ten sposób, niejako przez pośredników, oswajają Moc, gromadzą ją i wykorzystują. To ludzie stworzyli religie, niemal wbrew bogom, całe te hierarchie, akolitów, kapłanów, arcykapłanów. To kapłani budują świątynie, w których złocone freski na ścianach nie pozwalają skupić się na modlitwie, za to szeroko otwierają kiesy wiernych. W czasach Wielkich Wojen tego nie było. Wielkiej Matki również nie interesowały świątynie i kapłani. Czyż nie powiedziała „Uczcijcie mnie modlitwą w sercu, w świątyni o ścianach z pni drzew i dachu z liści”? A dziś podobno macie w Meekhanie świątynię, w której kolumny podtrzymujące sklepienie są ozdobione złotymi i srebrnymi liśćmi i wyrzeźbiono je w kształt pni drzew. Nic dziwnego, że bogowie tak rzadko odzywają się do ludzi. Każde zdanie przerabiamy po swojemu, aby było nam łatwiej i wygodniej.
– Nie przyszedłem tu na religijne pogaduszki z jakąś przemądrzałą dzikuską – przerwał jej. Głos mężczyzny był zadziwiająco spokojny.
Jej stryj miał rację, mówiąc, że obelgi wypowiedziane takim tonem dotykają najbardziej. Uśmiechnęła się pod nosem. Obelga za obelgę, Meekhańczyku.
– Nie, przyszedłeś tu szukać usprawiedliwienia własnej winy i krótkowzroczności. Przyszedłeś przepełniony poczuciem krzywdy, gniewem i pragnieniem, żeby ukarać i upokorzyć bandę brudnych barbarzyńców. A ja próbuję ci wytłumaczyć, kim jesteśmy. – Założyła ramiona na piersi w odwiecznym dla swojego ludu obraźliwym geście. Oczywiście nie zrozumiał. – Mówisz: legenda o cesarzu... My znamy tę opowieść nie jako legendę, lecz historię. Prawdę. Prawdę o ludziach z północy, których spotkaliśmy, kiedy ginęli z pragnienia na pustyni. Zaprowadziliśmy ich do oazy, podzieliliśmy się wodą i żywnością. Ośmioro żebraków na skraju śmierci. Nikt by nie pomyślał, że z takiego ziarna wykiełkuje Imperium.