Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
Pan Lodowego Ogrodu. Tom I - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pan Lodowego Ogrodu. Tom I

Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:

Jarosław Grzędowicz — urodzony w 1965 roku, debiutował w 1982 na łamach tygodnika „Odgłosy” opowiadaniem Azyl dla starych pilotów. Klub absolutnej karty kredytowej (publikacja w internecie w 1999 r.) otrzymał nominację do Nagrody Elektrybałta, a po publikacji w Wizjach alternatywnych 2002 także nominację do nagrody Sfinksa. W 1990 roku wraz z Andrzejem Łaskim, Krzysztofem Sokołowskim, Dariuszem Zientalakiem i Rafałem Ziemkiewiczem założył magazyn literacki „Fenix”, w którym prowadził dział prozy polskiej, a od 1993 roku był jego redaktorem naczelnym.
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
1 ... 84 85 86 87 88 89 90 91 92 ... 98
Перейти на страницу:

Droga wiodła znów przez las, ale nie tak głęboki jak poprzedni. Co chwila wychodziliśmy na skaliste wrzosowisko, porośnięte krzakami.

Kiedy wychynęliśmy zza kolejnego zagajnika, natknęliśmy się na dziwny widok.

Na drodze stał krzywo drewniany, dwukołowy wózek, na którym siedział, ledwo utrzymując równowagę, kapłan Podziemnej w czerwonym płaszczu, osłaniając się od słońca parasolem. Przy osi wózka biedził się świątynny akolita o ogolonej głowie, również w czerwonych szatach, ale składających się z bufiastych portek, ściśle powiązanych wokół łydki czarnymi taśmami, i dziwnej kurty, zakrywającej tylko jedno ramię.

Na nasz widok kapłan zrzucił kaptur i jednym ruchem nałożył lśniącą jak lustro maskę.

— Hej, wy tam! — Głos kapłana brzmiał tak, jakby miał w gardle metalowe struny. — Biegiem tu! Pomóżcie temu niedorajdzie!

Brus uśmiechnął się jakimś takim dziwnym uśmiechem, który przywodził na myśl wilka.

— Nie znajdą ich? — spytałem później, siedząc na drewnianym koźle i patrząc na zadki osłów.

— Prędzej czy później znajdą — odpowiedział metaliczny głos zza lustrzanej maski. — Znajdą dwa gołe, bezimienne trupy. Te ich maski to dla nas ogromna wygoda, Ardżuk. Kiedy dojedziemy do miasta, musisz zejść z kozła i iść obok. Żadnemu żołnierzowi akolita idący na piechotę i wiozący rozpartego wygodnie kapłana nie skojarzy się z uciekającym następcą tronu. Jednak miasto i posterunki to zawsze ryzyko. Czas, byś wiedział, dokąd podążać. Gdyby coś mi się stało, dostań się za wszelką cenę do Sauragaru. Stamtąd do niewielkiego miasta na skraju pustyni, które zwie się Nahilgył. A tam przyłączysz się do karawany przemytników soli, idących przez pustynię.

— Ale dokąd?!

— Za Pustynię Końca Świata i Góry Barierowe. Do kraju potworów, barbarzyńców i bestii. Do kraju, z którego przypływają wilcze okręty.

Milczałem.

— Przecież nie przeżyję tam ani chwili. Ludzie Niedźwiedzie są ludożercami, a załogi wilczych okrętów to nieboszczycy i upiory!

— Bajki. To jedyne miejsce na ziemi, gdzie Nahel nie będzie mogła cię znaleźć ani po ciebie sięgnąć.

Przejechaliśmy jeszcze kawałek.

— A dlaczego mówisz mi to akurat teraz?

— Dlatego, że nie wiem, co stanie się za chwilę. W tym przebraniu może i przejedziemy przez most, ale być może będziemy musieli nocować wśród kapłanów w Czerwonej Wieży.

Wyjechaliśmy akurat zza zakrętu i Czerwona Wieża, ogromna i stara, ukazała się naszym oczom.

Rozdział 9

Ogród Rozkoszy Ziemskich

Zdycha ci bydło, umierają krewni

i ty sam umierasz;

Lecz sława, którąś sobie zdobył,

nie umrze nigdy.

Zdycha ci bydło, umierają krewni

i ty umierasz;

Wiem jedną rzecz, co nigdy nie umrze:

Sąd o umarłym.

Havamal — Pieśni Najwyższego

Sam wyznaczył jeszcze dwóch ludzi oprócz Grunaldiego. Kazał im założyć ciemne, najlepiej czarne ubrania i wysmarować włosy dziegciem. Rozrobił barwnik i wymalował czarne zygzaki na ramionach i twarzy. Zawiesił na szyi amulet Tańczących Węży. Patrzyli w milczeniu na to, co robił.

— Dajcie mi coś, co do nich należało. Ubrania, koce, grzebień.

Przynieśli. Nerwowo, z bieganiną, trwożnym przeszukiwaniem kątów, szukaniem po zakamarkach. Ale w końcu znaleźli. Jakiś szal, coś podobnego do swetra, kościany grzebyk. Drewnianego konika. Drakkainen ujął szalik i przycisnął go do twarzy, wciągając głęboko powietrze.

Stali wokół ciasnym kręgiem, wlepiając w niego ciemne, zwierzęce oczy bez wyrazu i milczeli w osłupieniu.

Zamknął oczy, usiłując wydobyć charakterystyczny, obcy zapach potu, grupy olifaktyczne, ale nie wiedział, czy się uda. Zapach był zbyt obcy, za dużo różnic. Nie dało się do niczego przyporządkować. Cyfral pracował na pełnych obrotach, ale oprogramowania nie przystosowano do zapamiętywania znaczników obcych.

— Kto to jest? — zapytała któraś z kobiet trwożnym szeptem.

— Cudzoziemiec. Zwą go Nocny Wędrowiec.

— To Czyniący?

— Nie wiem.

— Miecz, nóż, łuk i strzały — powiedział Drakkainen i wstał. — Nie brać innej broni. Za mało nas, żebyśmy wdawali się w bitwy. Weźcie konie, które nie boją się ognia ani jazdy po górach. Trochę jedzenia. Resztę, cokolwiek będzie nam potrzebne, musimy zdobyć sobie sami. Jeżeli zobaczymy Węży, nie robić hałasu. I zbierajcie się żwawo, potrzebna nam każda chwila dnia.

Wyszedł na majdan i sprawdził uprząż Jadrana. Ciemnowłosa kobieta z mieczem na plecach stała oparta o słupy krużganka i patrzyła na niego badawczo.

— Znajdę je — powiedział. — Jest na to nadzieja. Jeżeli żyją, odbijemy je i przyprowadzimy.

Spojrzał w ciemne oczy jak u wiewiórki, ale jak zwykle nie rozpoznał w nich żadnych emocji. Rozpacz? Rezygnacja?

— Z której strony palisady była drabina?

Wskazała ręką.

— Deszcz padał. Próbowaliśmy z psami, ale straciły trop.

— My nie stracimy.

Patrzyli w milczeniu, sceptycznie, jak opadł na czworakach pod palisadą, macając trawę i mokrą ziemię. Znalazł jeden wzór śladów, potem drugi. Tropy kilku psów i wielu ludzi.

— Wszystko tu zadeptane — powiedział z przyganą. — Na razie tam. — Wskazał kierunek. — Nie wsiadać na konie, idziemy na przełaj przez las.

Pobiegli za nim. Biegł truchtem, przykucając co chwilę, by macać delikatnie, niemal pieszczotliwie błoto, rozgarniać i wąchać ściółkę, rozglądać się i wdychać głęboko powietrze. Nie mogli za nim nadążyć. Drakkainen przeskakiwał pnie i kamienie, wspinał się po zboczu.

— Nie prowadzić koni bezmyślnie za mną! — warknął nagle twardym głosem. — Obchodźcie przeszkody! Ważne, żebyście mnie widzieli, a nie deptali mi po piętach.

Tropy prowadziły aż do niewielkiego strumyka, szumiącego wśród kamieni. Drakkainen wszedł w wodę i patrzył przez chwilę.

— Tu psy straciły ślad — powiedział z namysłem, jakby do siebie. Spuścił głowę i patrzył na dno, szukając kamieni odwróconych jaśniejszą stroną do góry, korzeni i gałęzi na brzegu, za które ktoś chwycił, by uchronić się przed upadkiem. Potem ruszył po kolana w wodzie w górę strumienia. Po jakimś czasie znowu przystanął i znów patrzył w wodę pod swoimi nogami, a potem lustrował wysoki brzeg.

— Tutaj — oznajmił. — W górę tego zbocza.

— Jedno z nich utyka — rzucił po chwili. — To chłopiec.

— Tarfi — odpowiedział głucho Spalle.

Stok był zbyt stromy dla koni, więc musieli obejść go, wdrapać się pośród wywróconych pni, wykrotów i skał po to tylko, żeby zaraz zejść z drugiej strony.

— Przecież tu jest ścieżka — wymamrotał Spalle z niezadowoleniem. — Mogliśmy normalnie dojechać w siodle.

— Przecież on tropi. Skąd miał wiedzieć, gdzie ślad prowadzi.

— Jeżeli on naprawdę tropi po takich deszczach, to znaczy jest tak, jak od początku mówiłem. To jest Czyniący.

— Ale nasz Czyniący.

— Dobrze, bo jeśli nie, to łazimy na próżno.

Z drugiej strony rzeczywiście była ścieżka, ale Drakkainen dość szybko zszedł z niej i powędrował w dół zbocza. Widać było, jak skacze pomiędzy srebrzystymi pniami i co chwila przyklęka przy ziemi. W dole między drzewami, było dużo jaśniej, tam otwierała się górska łąka. Widzieli, jak Vuko wychodzi na trawę i znowu lustruje ziemię na czworakach.

— Nie zejdziemy tędy z końmi. On se pokicał jak kozica, ale szkapy połamią nogi.

1 ... 84 85 86 87 88 89 90 91 92 ... 98
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)