Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
Pan Lodowego Ogrodu. Tom I - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pan Lodowego Ogrodu. Tom I

Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:

Jarosław Grzędowicz — urodzony w 1965 roku, debiutował w 1982 na łamach tygodnika „Odgłosy” opowiadaniem Azyl dla starych pilotów. Klub absolutnej karty kredytowej (publikacja w internecie w 1999 r.) otrzymał nominację do Nagrody Elektrybałta, a po publikacji w Wizjach alternatywnych 2002 także nominację do nagrody Sfinksa. W 1990 roku wraz z Andrzejem Łaskim, Krzysztofem Sokołowskim, Dariuszem Zientalakiem i Rafałem Ziemkiewiczem założył magazyn literacki „Fenix”, w którym prowadził dział prozy polskiej, a od 1993 roku był jego redaktorem naczelnym.
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
1 ... 83 84 85 86 87 88 89 90 91 ... 98
Перейти на страницу:

Marynowane mięso było za słodkie, pasta rybna za ostra, a mimo to czułem, jakbym nigdy w życiu nie jadł niczego lepszego.

Córka Lemiesza przyniosła na jego prośbę cintar i zagrała. Było to okropne, ale i tak czułem, jakbym trafił do domu. Mógłbym słuchać jej godzinami.

Po kolacji przyniesiono Lemieszowi puszkę z ziołami i fajeczkę. Brus miał kamienną twarz i nawet nie przełknął śliny. Nawet nie spojrzał na zioła.

Gospodarz nie posiadał się z niecierpliwości, czekając na nowiny, ale nie popędzał nas. Wreszcie zapytał, co się dzieje, niezobowiązująco i dyskretnie, więc powiedzieliśmy mu pokrótce i chaotycznie to, co mogło wiedzieć dwóch prowincjuszy, zaskoczonych przez przewrót w stolicy.

Efekt był piorunujący. Żona Lemiesza zbladła jak ściana, co było widoczne nawet pod dziwacznym makijażem, a on sam siedział nieruchomo i słuchał, zwinąwszy pięści i bezwiednie zaciskając zęby.

— Obalono... Tygrysi Tron? — zapytał bezradnie. — Cesarz nie żyje? Wraca Kodeks Ziemi?!

— Nadszedł dzień gniewu Podziemnej Matki — powiedział Brus. — Zesłała nam suszę, byśmy się opamiętali. A potem przysłała z Nahel Zymu prorokinię, zwaną Ogniem Pustyni, która zechciała zmieść cudzoziemską dynastię i wypalić ją świętym płomieniem. Tak nam mówiono.

— Więc to prawda, co sądziłem przez całe życie. — wycedził wściekły Lemiesz. — My, Amitraje, jesteśmy głupcami! Rację mają barbarzyńcy, którzy spluwają na sam nasz widok. Jesteśmy niewolnikami i jedyne, co znamy, to niewola. Dla nas i dla wszystkich. Raz trafiła nam się dynastia, która przyniosła coś więcej niż pejcz. Mogliśmy nauczyć się żyć jak ludzie cywilizowani. Od tych, których kiedyś zniszczyliśmy. Mogliśmy mieć prawo, drogi, muzykę, myć się, budować i handlować. Mogliśmy wreszcie zrozumieć, co to jest honor i wolność. Mogliśmy nauczyć się Drogi Pod Górę jak wszystkie istoty na świecie. Ale nie. Po co? Czy nie lepiej znowu oddać się w niewolę durniom w maskach i księdze, w której nie ma nic poza bezmyślnymi zakazami? Znowu będziemy bandą dzikusów, rzucających się na cały świat jak wściekłe psy. Znowu będziemy ryć ziemię pazurami tam, gdzie normalny człowiek sięgnąłby po łopatę. Znowu będziemy palić wszystko, czego nie znamy z księgi, i niszczyć wszystko, czego nie rozumiemy. Bo tak każe stary, barbarzyński kodeks. Prawo dzikich, pustynnych koczowników!

— Nie wolno nam tego słuchać... — wybełkotał Brus, patrząc w ziemię.

— Och, usłysz ostatni raz w życiu, co ci mówi wolny człowiek! — zawołał Lemiesz. — Posłuchaj czegoś, czego więcej nie usłyszysz, a co nazywa się prawdą! Jestem Amitrajem tak jak ty. Ale nie chcę od dziś o tym pamiętać. Od dziś będę już tylko Lemieszem, synem Szkutnika z klanu Gęsi. Ja i cała moja rodzina. Będziemy tu siedzieć. Nie założymy klanowych szmat i nie pozwolimy rozdzielić się i karmić kapłanom jak domowe bydło. Może zapomną o nas na tym pustkowiu. A jeżeli nie, będziemy się bić. Zrobimy to, co zrobiliby na naszym miejscu Kireneni. Wiesz co, sitar Tendzyn? Bo jesteśmy ostatnimi Kirenenami. Zapamiętaj nas. Zapamiętaj, jak wygląda ten dom. Zapamiętaj, co jadłeś i jak traktuje się wędrowca, który jest samotny, zmęczony i głodny. To wszystko nazywa się cywilizacja. Zapamiętaj to, mój biedny, ciemny przyjacielu, to wtedy świat do końca nie umrze.

Długo leżałem, patrząc w sufit. Może dlatego, że odwykłem od spania w nocy, a może od miękkiej pościeli i jasnych ścian. A może dlatego, że nie mogłem zapomnieć słów Amitraja, który udawał Kirenena. Ja byłem Kirenenem i udawałem Amitraja. Obaj byliśmy doskonali w swoich rolach. A ja dałbym wszystko, żeby móc się z nim zamienić.

Rano zjedliśmy śniadanie jak gdyby nigdy nic. Dostaliśmy naparu i gorące placki chleba, i pastę z twarogu. Dał nam też zapasy na drogę, owinięte troskliwie w chusteczki.

— Nie przynieśliście mi dobrych wieści — powiedział. — Ale to, co powiedzieliście, było ważne. Teraz będziemy przygotowani.

— Nic nie można poradzić na gniew bogini — powiedział mu Brus. — Nie można go zatrzymać, jak nie można zatrzymać burzy.

— To nie jest żadna bogini, przyjacielu — rzekł Lemiesz. — To tylko jeden z duchów-żywiołów. Nadaku. Jedna z dziwnych istot, które mieszkają na świecie razem z nami. Niczego nie stwarza ani nic nie daje. Zapamiętaj, mój przyjacielu, bo jeżeli kiedyś zobaczysz prawdziwego Boga, rozpoznasz go od razu. To ten, co daje życie, co stwarza świat i do którego wszyscy dążymy. Jest dużo większy niż twoja bogini i większy nawet niż świat. Jego wielkość nie zależy od takich głupstw, jak to, co kto zjadł, jak się ubrał, z kim się ożenił albo z kim spał. I nie potrzebuje od nikogo ofiar z krwi ani nie trzeba błaznów w czerwonych płaszczach i maskach, żeby go zrozumieć.

— Dziękujemy ci za gościnę — powiedział cicho Brus. — Proszę cię, zabierz swoich i odejdźcie stąd. Jak najdalej. Słyszałem, że Kireneni też potrafili uciekać, kryć się i walczyć podstępem, kiedy wrogowie byli zbyt liczni.

— Nie, sitar Tendzyn — odparł Lemiesz. — Na to nie pozwoliłby im honor. Uwierz mi, wiem najlepiej, co zrobiliby prawdziwi Kireneni. Zostaliby w swojej rodowej siedzibie i żyli spokojnie, rozumnie i cywilizowanie. A gdyby ich napadnięto, walczyliby do ostatniego. Wiem to, bo sam jestem Kirenenem.

Długo milczeliśmy, idąc traktem, po raz pierwszy od dawna w świetle dnia. Nie wiedzieliśmy, co powiedzieć.

Koło południa dotarliśmy do szerszej drogi, ale nie potrafiłem powiedzieć, czy to jest ten sam szlak, którym wędrowaliśmy przez las, czy jakiś inny. Myślę, że jednak inny, bo tamten był niemal pusty, a tu już dwa razy musieliśmy kryć się, słysząc tętent koni. Raz było to pięciu jeźdźców, a innym razem dwóch.

— To musi być wojsko — powiedział Brus. — Jeżeli zdążyli już przywrócić Kodeks Ziemi, to nikomu prócz wojska i kapłanów nie będzie wolno podróżować inaczej niż na piechotę i tylko z zezwoleniem.

— Dlaczego nie przeczekamy dnia?

— Zbliżamy się do rzeki. Jest tam niewielkie miasto i most. Z całą pewnością zamknięty i są na nim posterunki, więc musimy znaleźć sposób, żeby przejść, a to będzie możliwe tylko w dzień. To nie jest jakiś bardzo ważny most, więc mam nadzieję, że coś wymyślę. Pamiętaj, w mieście zawsze najłatwiej się ukryć. Na pustkowiach jest mało ludzi, ale dlatego każdy od razu zwraca uwagę.

Po jakimś czasie minął nas dwukołowy wóz zaprzężony w woły. Chłop, wiozący na nim sterty obwiązanych płótnem pakunków, szedł obok wozu, z kijem w ręku i nie pozdrowił nas ani nie zaproponował podwiezienia.

— Będziemy mijali blokady i posterunki na drogach — powiedział Brus. — Nie zawsze uda się tego uniknąć. Musisz więc zapamiętać zasadę czterech podobieństw. Jeżeli cię szukają, dostają opis. Prosty, taki, jaki mogą pojąć zwykli żołnierze i nauczyć się go na pamięć. Jeśli zgadzasz się z tym opisem w jednym punkcie, zwracają na ciebie uwagę. Jeżeli w dwóch, robią się podejrzliwi. Jeżeli w trzech, jesteś podejrzany, i wtedy z reguły jakiś oficer musi już podjąć decyzję, co robić dalej. Jeżeli twój wygląd zgadza się z opisem w czterech punktach, to jesteś tym, którego szukają, i zostaniesz zatrzymany. Nic ich nie obchodzi, czy już takiego wcześniej zatrzymali. To wojsko. Według nich, kiedy mają dostarczyć młodzieńca w odpowiednim wieku, wyglądającego i zachowującego się jak następca Tygrysiego Tronu, to im więcej ich dostarczą, tym lepiej. Lepiej znaleźć pięciu cesarzy niż jednego. Do tego, żeby pokonać posterunek drogowy, potrzebny jest fortel.

— A nie moglibyśmy ominąć mostu?

— Nie mamy już łodzi, a ta rzeka jest zbyt bystra i zdradliwa.

1 ... 83 84 85 86 87 88 89 90 91 ... 98
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)