KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Przygody Erasta Fandorina #8
- Язык: польский
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów». Краткое содержание книги:
Z przodu rozległy się przeciągłe gwizdki, wystrzelono w powietrze.
Ktoś blisko zaryczał:
- Dokąd, dokąd?! Stratujecie się!
Chór gardeł wesoło odpowiedział:
- Nie bój się, wasza mość! Chłopaki, ładujemy!
Rozpaczliwie zapiszczała kobieta.
Kiedy wreszcie dotknąłem nogami ziemi, pobiegłem wraz z tłumem. Fandorina obok mnie już nie było - odrzuciło go gdzieś na bok. O mało się nie potknąłem, następując na coś miękkiego; nie od razu pojąłem, że to człowiek. Pod nogami bielał deptany żołnierski podkoszulek, ale pomóc nieszczęsnemu nie było możliwości. Ręce miałem ciasno dociśnięte do ciała.
Potem leżący trafiali się coraz częściej i myślałem już tylko o jednym: nie daj, Boże, się potknąć, bo nigdy więcej nie wstanę. Po lewej ktoś biegł wręcz po ramionach i głowach, migały czarne, wysmarowane dziegciem buty. Zachwiał się, zamachał rękoma i poleciał w dół.
Niosło mnie prosto na najeżony ostrymi drzazgami róg drewnianego kiosku. Próbowałem przepchnąć się trochę na bok, ale nijak nie mogłem.
- Weź! - krzyknęli z prawej. - Weź małego!
Na wyciągniętych rękach podawali sobie ośmioletniego chłopczyka. Dzieciak z przerażeniem rozglądał się na boki, pociągając zakrwawionym nosem.
Rzuciło mnie na ścianę, powlokło twarzą po drzazgach, aż mi z oczu popłynęły łzy bólu. Uderzyłem skronią o rzeźbioną framugę okna i zacząłem osuwać się po ścianie. Zdążyłem tylko pomyśleć: to już koniec, teraz stratują.
Ktoś mocno chwycił mnie pod pachy i szarpnięciem postawił na nogi. Fandorin. Byłem w takim stanie, że nawet nie zdziwiłem się na jego widok.
- Oprzyjcie się rękoma o ścianę! - krzyknął. - Bo zmiażdżą!
Wziął zamach i jednym uderzeniem pięści wybił ozdobną framugę. Złapał mnie za boki i z niewiarygodną siłą podniósł do góry - nie tyle przelazłem, ile przeleciałem przez parapet i upadłem na podłogę, pachnącą świeżo heblowanym drewnem. Dookoła, w równych piramidach, stały wieże koronacyjnych kufli. Erast Piotrowicz podciągnął się i też wszedł do kiosku. Miał rozbitą brew, mundur rozerwany, szabla do połowy wysunęła się z rapci.
Czyżbyśmy byli uratowani?
Wyjrzałem przez okienko i zobaczyłem, że całe pole wypełnia oszalały tłum. Krzyki, jęki, chrzęst, chichot - wszystko zlewało się w jedno. Tu było chyba nie sto tysięcy, lecz cały milion! Kłęby pyłu w powietrzu pobłyskiwały i kołysały się, jak tłusty, gęsty bulion.
Do sąsiedniego straganu także się wdarli i zaczęli rzucać przez okno kufle i woreczki z gościńcem. Pod ścianą natychmiast powstało pobojowisko.
- Boże, ratuj swój lud - wyrwało mi się i ręka sama zaczęła kreślić znak krzyża.
- A wy co? - krzyknęli do nas z dołu. - Rzucajcie kufle! Wino jest?
Kiosk zatrzeszczał, z sufitu posypały się trociny. Krzyknąłem z przerażenia, widząc, jak nasze wątłe schronienie rozsypuje się na kawałki. Coś stuknęło mnie w ciemię i - nawet z pewną ulgą - straciłem przytomność.
* * *
Nie wiem, kto i jak wyciągnął mnie z ruin, a potem przeniósł w bezpieczne miejsce. Najpewniej ratunek znowu zawdzięczałem Fandorinowi, choć myśl o tym zupełnie nie sprawia mi przyjemności.
Tak czy inaczej, doszedłem do siebie na drewnianej trybunie, ustawionej na skraju Pola Chodyńskiego. Słońce było już wysoko na niebie. Podniosłem głowę, ale od razu mi opadła, uderzając potylicą o twardą ławkę.
Jako tako usiadłem, obmacałem huczącą, zupełnie jak nie swoją, głowę. Na czubku wyczułem ogromnego guza, ale pozostała część mniej więcej była cała.
Fandorina nie widziałem. Przebywałem jakby w półśnie i nie mogłem się pozbyć metalicznego szumu, dźwięczącego mi w uszach.
Najpierw usiłowałem objąć wzrokiem całe pole. Zobaczyłem wykrzywione stragany, gęste szpalery żołnierzy, powoli przesuwające się po trawie. Wszędzie - praktycznie jedno przy drugim - leżały ciała, niektóre się poruszały. Patrzeć na te męki było koszmarem, w skroniach szumiało, a oczy ślepły od blasku słońca. Położyłem głowę na skrzyżowanych rękach i ni to usnąłem, ni to straciłem przytomność. Nie wiem, jak długo tak siedziałem, oparty o brzeg trybuny, ale kiedy znowu odzyskałem zmysły, było już dawno po południu, a pole opustoszało - ani żołnierzy, ani ciał.
Głowa bolała już mniej, za to bardzo chciało mi się pić.
Siedziałem, słabo kojarząc, czy powinienem dokądś pójść, czy też pozostać na miejscu.
Zostałem - i dobrze zrobiłem, ponieważ wkrótce pojawił się Erast Piotrowicz.
Był nadal w policyjnym mundurze, tylko buty miał ubłocone, a białe rękawiczki poczerniałe od ziemi.
- Odżyliście? - spytał ponuro. - Boże, Ziukin, co za nieszczęście! Coś t-takiego widziałem tylko pod Plewną. Tysiące zabitych i rannych. To największa zbrodnia Linda. Jak przedpotopowy król pociągnął za sobą w mogiłę tysiące niewolników.
- Więc Lind też został stratowany? - spytałem bez specjalnego zainteresowania, ciągle jeszcze nie mogąc się wyrwać z sennego otępienia.
- Nie wyobrażam sobie, by mógł ocaleć w takim tłoku. Zresztą zaraz sprawdzimy. Żołnierze i policja akurat zakończyli układać stratowanych. Linia trupów ciągnie się wzdłuż drogi prawie na wiorstę. Tylko jak go rozpoznać? Przecież nie znamy twarzy doktora. Może po płaszczu... Idziemy, Ziukin, idziemy.
Kulejąc, poszedłem za nim.
Wzdłuż szosy rzeczywiście ułożono szeregiem nieboszczyków - po obu stronach, jak wzrokiem sięgnąć. Z Moskwy jechały fiakry, dorożki i wozy - polecono zwozić zabitych na cmentarz Wagańkowski, jednak przewóz jeszcze się nie rozpoczął.
Wszędzie przechadzali się ponurzy dowódcy wojskowi i policyjni oraz cywilni; każdemu towarzyszyła świta. Och, dostanie się wam za zakłócenie koronacji - pomyślałem bez złośliwości, raczej ze współczuciem. Tragedia była dziełem Linda, a odpowiedzą za nią niewinne osoby.