Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Исторические детективы » KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów
KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów

Электронная книга - «KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów». Краткое содержание книги:

Podczas przygotowań do koronacji cara Mikołaja II porwany zostaje syn Wielkiego Ksiecia Georgija Aleksandrowicza. Porywacz jako okupu żąda `Orłowa`. Ten bezcenny brylant zdobiący berło jest narodową świętością. Fandorin wie, że zbrodniarz nie zwykł zostawiać swych ofiar przy życiu. Musi więc wygrać wyścig z czasem.
1 ... 84 85 86 87 88 89 90 91 92 ... 104
Перейти на страницу:

Miałem dziwne wrażenie, kiedy powoli szedłem wzdłuż pobocza - jakbym był jakąś ważną personą, przyjmującą paradę martwych. Wielu z nich szczerzyło do mnie białe zęby z zupełnie rozpłaszczonych twarzy. Od samego początku byłem jakiś otumaniony, kompletnie zobojętniały, jak z drewna, co pewnie, mnie uratowało. Na moment tylko zatrzymałem się przy tym chłopczyku, którego wcześniej próbowano wynieść ze zbiegowiska na rękach, Widać nie udało się. Z tępą ciekawością popatrzyłem na szeroko otwarte niebieskie oczy i podreptałem dalej. Takich jak my, wpatrujących się w twarze nieboszczyków, było całkiem sporo - ktoś szukał bliskich, ktoś przyszedł ze zwykłej ciekawości.

- Patrz, no, patrz - usłyszałem. - A to się wzbogacił.

Obok jednego ciała zebrała się grupka gapiów. Stał tam też policjant miejski. Trup jak trup - szczupły, ze słomianymi włosami i rozgniecionym nosem, tylko na jego piersi wyłożono z tuzin portfeli i portmonetek oraz kilka zegarków na łańcuszkach.

- Kieszonkowiec - wyjaśnił mi dziarski staruszek i zacmokał z żalem. - I nad nim, złodziejem, los się nie ulitował. A taki połów mu się trafił!

Z przodu ktoś zawył strasznym głosem - widać poznał swojego - więc postarałem się jak najszybciej przejść obok.

Zrobiłem ze dwadzieścia kroków i nagle otępienie jakby ze mnie opadło. Poznałem czarny surdut!

Tak, to na pewno był on - Pocztylion!

Fandorin także go zobaczył i natychmiast przykucnął.

Oblicze pomocnika doktora było nienaruszone, tylko na policzku odcisnęła się podeszwa czyjegoś buta.

Wstrząsnął mną wyraz twarzy, który zastygł w nieruchomych rysach. Co go tak zdziwiło w ostatniej chwili przestępczego życia? Co tak niewiarygodnego zobaczył? Otwierające się otchłanie piekła?

Erast Piotrowicz wstał i ochrypłym głosem stwierdził:

- Lind żyje!

Widząc, jak moje brwi uniosły się ze zdziwieniem, nachylił się, rozsunął na piersi trupa mokrą od krwi odzież, rozpiął koszulę i obnażył bladą, porośniętą włosem pierś. Pod lewym sutkiem czerniała trójkątna ranka.

- Tak jest - powiedział cicho Fandorin. - Znany ślad. To sztylet Linda. Doktor jest wierny swoim zasadom, świadków nie zostawia. - Wyprostował się i zwrócił głowę w stronę Moskwy. - Jedziemy, Ziukin, tu nie mamy już nic do roboty. Szybciej!

I prawie biegiem skierował się w stronę pałacu Piotrowskiego.

- Dokąd?! - krzyknąłem, doganiając go.

- Jak to dokąd? Do domu Pocztyliona! Może Lind jeszcze tam jest. Przecież nie wie, że odnaleźliśmy jego kryjówkę!

Jednak nie można było na piechotę dotrzeć do Moskwy, a wszystkie fiakry zostały zmobilizowane przez policję do przewozu zabitych - rannych rozwieziono po szpitalach jeszcze rankiem. Zaprzęgi odjeżdżały w stronę rogatki twerskiej jeden za drugim, a każdy wiózł straszny ładunek.

Obok, otoczony grupką niebieskich mundurów, przeszedł oberpolicmajster Łasowski. Pospiesznie odwróciłem twarz i dopiero potem doszedłem do wniosku, że rozpoznanie mnie graniczyłoby z cudem. Nie mówiąc już o tym, że wątpliwe, by pułkownik zaprzątał sobie teraz głowę niejakim Afanasijem Ziukinem. Porwanie Michała Gieorgijewicza i zniknięcie „Orłowa” zbladły w porównaniu z dzisiejszą tragedią. Coś takiego przy koronacji nowego najjaśniejszego pana nie zdarzyło się na Rusi przynajmniej od czternastego grudnia 1825 roku! Boże, jaki ogólnoświatowy skandal! I jaka okropna wróżba dla obejmującego właśnie tron!

Twarz oberpolicmajstra była blada i posępna. Nic dziwnego - na niego spadnie niemal cała odpowiedzialność. Dymisją się nie wykręci. Oficjalnie za organizację uroczystości koronacyjnych odpowiada moskiewski generał-gubernator, ale nie oddadzą pod sąd wuja jego cesarskiej mości?! A osądzić zwierzchników władz miejskich trzeba. Dlaczego nie przewidzieli, że będzie tyle ludzi? Dlaczego wystawili taki nieliczny kordon?

Fandorin stanął na baczność, pięknie zasalutował swojemu policyjnemu szefowi, ale Łasowski nawet nie spojrzał w jego stronę.

- Świetnie - rzekł do mnie półgłosem Erast Piotrowicz. - Oto i pojazd.

Zobaczyłem obok słynny zaprzęg oberpolicmajstra, z parą wronych rysaków. Na koźle, z ważną miną, siedział woźnica Syczow, często opisywany przez moskiewskie gazety w związku z codziennymi wyjazdami niestrudzonego naczelnika policji w poszukiwaniu nietrzeźwych dozorców i niezbyt pilnych policjantów miejskich.

Erast Piotrowicz podniósł szablę i zuchowato dzwoniąc rapciami, biegiem rzucił się do powozu.

- Pilna wiadomość! - krzyknął do woźnicy, z rozbiegu wskakując do kolaski. - Dawaj, Syczow, nie śpij! Rozkaz pana oberpolicmajstra! - Odwrócił się do mnie i przyłożył palce do daszka. - Wasza jaśniewielmożność, błagam, szybciej!

Woźnica obejrzał się na energicznego oficera, popatrzył na mnie. Choć miałem na sobie prostą kurtkę, zdjętą z niemieckiego bandyty, Syczow chyba niezbyt się zdziwił. Taki zwariowany dzień, że nie wiadomo, kogo mogą kazać przewieźć powozem oberpolicmajstra.

- Wytrzeszczajcie o-oczy - szepnął Fandorin, siadając naprzeciw. - Jesteście ważną personą. Byle kogo tym zaprzęgiem nie powiozą.

Nadąłem się, jak przystało naprawdę ważnej osobistości, zacząłem patrzeć ciut na bok i do góry, a na czoło przywołałem państwowe zmarszczki. Dzięki Bogu, napatrzyłem się w życiu na ministrów i generałów.

- Jedź, Syczow, jedź! - warknął Erast Piotrowicz, dźgając palcem urzędowego woźnicę w wywatowane plecy.

Ten gorączkowo poderwał wodze, cudowne konie zgodnie ruszyły rysią i powóz zakołysał się na miękkich resorach. Od czasu do czasu Syczow pokrzykiwał basem:

- Uuuwaga!

Zamigotały pobielone pnie przydrożnych topoli. Ponury szereg pojazdów, pozakrywanych rogożami, coraz szybciej odpływał do tyłu. Przechodnie zatrzymywali się i popatrywali za nami (a w każdym razie tak mi się wydawało) ze strachem i nadzieją. Policjanci salutowali.

Przy Dworcu Aleksandrowskim Fandorin polecił woźnicy zatrzymać się. Wysiadając, rzucił na skórzane siedzenie swoją kartę wizytową i gestem ręki dał Syczowowi znać, by jechał z powrotem.

1 ... 84 85 86 87 88 89 90 91 92 ... 104
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)