Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
Pan Lodowego Ogrodu. Tom I - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pan Lodowego Ogrodu. Tom I

Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:

Jarosław Grzędowicz — urodzony w 1965 roku, debiutował w 1982 na łamach tygodnika „Odgłosy” opowiadaniem Azyl dla starych pilotów. Klub absolutnej karty kredytowej (publikacja w internecie w 1999 r.) otrzymał nominację do Nagrody Elektrybałta, a po publikacji w Wizjach alternatywnych 2002 także nominację do nagrody Sfinksa. W 1990 roku wraz z Andrzejem Łaskim, Krzysztofem Sokołowskim, Dariuszem Zientalakiem i Rafałem Ziemkiewiczem założył magazyn literacki „Fenix”, w którym prowadził dział prozy polskiej, a od 1993 roku był jego redaktorem naczelnym.
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
1 ... 82 83 84 85 86 87 88 89 90 ... 98
Перейти на страницу:

Słyszałem, jak buty żołnierzy szurają po ziemi, kiedy Brus odwlekał ich jednego po drugim w las. Potem przeszukał krzaki i rzucił na ścieżkę dwa podarte, wielokrotnie łatane worki.

Milczałem. Brus wysypał zawartość worków, ale niewiele tego było: jakieś szmaty, pogięty kubek, spleśniały kawałek sera, zawinięty w przetłuszczony papier. Znalazł płaski, niemal pusty bukłak i, trzymając go między kolanami, oblał wodą pokrwawione dłonie i nóż.

— Wojna to tryumf konieczności — odezwał się, spłukując krew. I myjąc metodycznie ręce. — Bardzo często robisz nie to, co słuszne albo szlachetne, ale to, co trzeba. Oni uznali, że muszą nas obrabować i zabić. Byli głodni, zaszczuci i porzuceni. Dlatego to my musieliśmy zabić ich. I dlatego trzeba było to dokończyć, kiedy byli już pokonani. Wzięcie do niewoli było niemożliwe. Pozostawienie konających na drodze, okrutne i niebezpieczne.

Pokiwałem głową w milczeniu.

Czułem się tylko zmęczony.

Worki i miecze wyrzuciliśmy w krzaki, plamy krwi na drodze zasypaliśmy piachem.

Szliśmy traktem przez całą noc, potem znaleźliśmy strumień i weszliśmy z jego biegiem spory kawałek w las, żeby umyć się, napić i przenocować wśród gęstego zagajnika. Kolejnej nocy wróciliśmy na szlak.

Wtedy po raz pierwszy spotkaliśmy na tej drodze zwykłego wędrowca. Ledwo zapadł zmierzch, usłyszeliśmy tętent i wskoczyliśmy natychmiast pomiędzy drzewa, gdzie padliśmy płasko na ziemię, czekając, aż podróżnik przejedzie.

To był jeden jeździec, jadący szybko na wielkim, cętkowanym koniu. Tyle tylko zdążyłem zauważyć. Odczekaliśmy, aż ucichnie tętent kopyt, potem jeszcze trochę, a później ruszyliśmy w dalszą drogę. Dla pewności brzegiem lasu.

Myślę, że byliśmy po prostu zmęczeni. Inna rzecz, że wyprzedziwszy nas i zaczaiwszy się za kępą krzaków dwieście kroków dalej, siedział zupełnie cicho. Nawet jego koń nie wydał z siebie najmniejszego dźwięku.

— Dobry wieczór, wędrowcy. — Odezwało się z ciemności.

Zamarliśmy obaj, sprężeni do skoku, zaciskając palce na drewnie podróżnych kijów. Siedział na leżącym koniu. Zwierzę szarpnęło głową i dźwignęło się na nogi, a jeździec tylko zakołysał się w siodle i zjechał na ścieżkę.

Miał na sobie kireneńską kurtę z klanowymi obszyciami, podróżny kapelusz, przypominający płaską miskę, nóż na lewym biodrze, miecz przy siodle i łuk na plecach. Patrzyliśmy na niego w osłupieniu.

— Zauważyłem, że schowaliście się, kiedy przejeżdżałem. Wędrujecie nocą i kryjecie się przed każdym, więc chyba nie jesteście niebezpieczni. Pozwólcie, że spojrzę wam w twarze. Unieście lekko ronda kapeluszy, dziękuję. Jestem Lemiesz, syn Szkutnika, kai-tohimon klanu Gęsi.

Milczeliśmy.

Wydawał się niemożliwy. Mógł nam się śnić albo pochodzić z jakiejś bajki, ale przecież nie mógł istnieć naprawdę.

— Spojrzałem wam w twarze. Wiem teraz, że mogę wam zaufać. Widzę twarze ludzi światłych i bywałych. Ale widzę też zmęczenie, widzę długą drogę i widzę strach ściganego. Dlatego powiem tak — odwiedźcie mój dom. Jedyny wśród tych pustkowi. Odpocznijcie, zjedzcie i wykąpcie się. A w zamian, powiedzcie mi, co się dzieje na świecie. Byłem w osadzie Hazył Gyr za lasem, ale tam chyba wszyscy poszaleli. Bredzą, jakby mieli gorączkę. Wy idziecie z daleka, więc powinniście coś wiedzieć.

— Dziękujemy, panie — odpowiedział Brus. — Jesteśmy Sindarami. Ja nazywam się Tendzyn Byrtałaj, a to jest mój siostrzeniec Ardżuk Hatarmał. Wkrótce będzie urzędnikiem. Wracamy do domu.

Dalej poszliśmy, trzymając się uprzęży jego konia. W bok z drogi kamienistą ścieżką, potem przez zagajnik. A potem omal nie krzyknąłem ze zdumienia.

Dom Lemiesza wyglądał jak kireneńska posiadłość namalowana na płótnie. Zabudowany w czworobok, z pokrytym dachówką, czterospadowym, podwójnym dachem, stojący nad strumieniem. Widziałem ciepłe światło bijące z okien i dym unoszący się z kominów.

Wydawało mi się, że śnię, kiedy przechodziłem przez dwuskrzydłową bramę, kiedy patrzyłem na domowników, którzy wyszli mu na spotkanie. Ostatni raz takie suknie i kaftany, drukowane w liście i geometryczne wzory, widziałem w Wiosce Chmur.

— Witajcie w naszym domu, wędrowcy — powiedziała ciemnowłosa kobieta, trzymając tacę, na której stały dwie maleńkie czarki naparu orzechowego i dwa ciasteczka.

Brus podziękował, bezradnie rozglądając się dookoła, po czym powąchał napar, jakby widział go po raz pierwszy w życiu. Ja miałem prostszą rolę i nie musiałem niczego udawać. Po prostu gapiłem się z otwartymi szeroko oczami jak ogłupiały.

Odebrano nam kosze, a potem zaprowadzono prosto do łaźni, wyłożonej jasnymi, wypolerowanymi kamieniami. Wszędzie były lampy, na gładkich deskach stały ozdobne drzewka w kamionkowych donicach. W łaźni przygotowano już dwa ogromne cebry pełne parującej wody, na stole leżały ręczniki i miska wyciągu z mydlnicy oraz gąbki.

Kiedy z bocznych drzwi weszły dwie młode służące, nagie, lśniące od oliwy, i zaczęły rozrabiać mydlnicę, poczułem, jak coś się we mnie roztapia z zachwytu.

Brus krzyknął i wypchnął mnie z łaźni, po czym odwrócił się do drzwi, ściskając w dłoniach kapelusz.

— Nie wolno... Niedobrze... — wybełkotał do śmiejącego się gospodarza. — Nie wolno nam patrzeć na ciało kobiety bez zgody Podziemnej... Nie wolno się obnażać, bardzo źle...

— Trudno — powiedział Lemiesz. — Ale jeżeli dziewczęta wyjdą, zgodzicie się umyć? Chcielibyśmy zjeść z wami posiłek, a bez tego... będzie to z różnych powodów niemożliwe. Taki mamy obyczaj, wybaczcie. Nie chcemy ściągać na was gniewu waszej bogini.

Zgodziliśmy się, burcząc coś pod nosem i patrząc w ziemię jak dwóch prostaków. Byliśmy Amitrajami. Wracaliśmy do domu w pustynnej osadzie. Gdyby nie Brus, zapomniałbym o tym natychmiast.

— Nie ufam mu — wymamrotał Brus, kiedy siedzieliśmy w wodzie. — Nigdy nie słyszałem o żadnym klanie Gęsi. Nigdy nie widziałem kai-tohimona, mieszkającego w chałupie kmiecia. Z drugiej strony, skąd tu miałaby się wziąć klanowa siedziba?

— A gdzie jego klan? Wszyscy mieszkają w tej chałupie? — zapytałem. — Mimo wszystko żałuję, że musiałeś odesłać dziewczęta.

— Jego kobieta sama wita gości i nosi podmalowaną twarz jak aktorka. Ten, który odebrał konia, to był jego syn. Nie podoba mi się to. Do tego wszyscy, mężczyźni i nawet służba, noszą odświętne ubrania. Ich klanowe znaki są cudaczne — odpowiedział. — Nie dotykaj mydlnicy, nie powinieneś nawet wiedzieć, co to jest.

— Co zatem zrobimy? Czy to pułapka?

— Ten dom stoi od dawna. Te odświętne ubrania były wielokrotnie naprawiane i łatane. Oni je noszą od lat. Niemożliwe, żeby pojawili się tutaj akurat z naszego powodu.

— Muszę wziąć odrobinę mydlnicy. Nie zmyję tego inaczej.

Wszystko było tu dziwne. Siedzieliśmy w wielkiej jadalni niczym ważni goście. Spoczywaliśmy na poduszkach, patrząc na drewniane tace i półmiski z potrawami, jakie zwykle podaje się na późne śniadanie. Za oknami była noc, a na palenisku w rogu komnaty trzaskał ogień.

Dookoła niskiego stołu siedzieli wszyscy domownicy, także służba, z wyjątkiem starej kobiety i chłopaka, którzy podawali do stołu, ale potem również i oni usiedli.

Brus usiłował nakładać sobie kiszone warzywa łyżką, obwąchiwał niepewnie pasty, jakby nie wiedział, co to jest, pozwalał pokornie gospodarzowi uczyć się, jak nakłada się pastę kawałkiem chleba. Lemiesz był zachwycony. Tłumaczył nam przeznaczenie każdego przedmiotu i opowiadał o każdej potrawie, jakby sam ją wymyślił.

1 ... 82 83 84 85 86 87 88 89 90 ... 98
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)