Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #1
- Год: 2005
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Kolejne noce były takie same. Co gorsza, kluczyliśmy wokół identycznych bajorek i wśród takich samych kęp drzew albo podobnych krzaków. Zacząłem podejrzewać, że dawno już zgubiliśmy kierunek i chodzimy w kółko. Obawiałem się, że będziemy tak chodzić, aż zabraknie wody, potem jedzenia, i tak skończy się nasza ucieczka. Zaczniemy pić rudą wodę znad błota, aż w końcu padniemy obaj z głodu i bagiennej gorączki.
Potem obawiałem się, że łażąc po bagnach, natrafimy w końcu na uroczysko. Starałem się wypatrywać jego znaków: ustawionych w kręgi prastarych kamieni, dziwacznych, spotworniałych drzew, rosnących w kole albo wybujałych roślin lub też okrągłych placków łysej ziemi, na której nic nie rośnie.
Ale nic takiego nie znalazłem.
Kiedy po kilku dniach bagna skończyły się nareszcie i zaczął się suchy, pachnący żywicą las, poczułem niewysłowioną ulgę. Szybko jednak okazało się, że wędrówka przez las jest równie uciążliwa jak po bagnach, choć nieco szybsza. Nie musieliśmy już obchodzić trzęsawisk, ale za to nie było wody. Mieliśmy tylko po jednym bukłaku, co znaczyło, że szybko zaczniemy cierpieć z pragnienia. Do tego wszystkiego czułem, że jestem pokryty kurzem i zaschniętym potem, że cała skóra swędzi mnie z brudu.
Gdy pojawiło się światło brzasku, Brus pokazał mi, jak znajdować drzewa, które mają w sobie trochę wody, i jak zbierać ją, nacinając gałęzie. Pokazał, jak wyglądają parzące pnącza, których trzeba unikać, jak znajdować korzenie i orzechy nadające się do jedzenia i które liście leczą jątrzące się rany.
Straciłem poczucie czasu.
Dzień, noc, dzień, noc.
Miałem wrażenie, że nie pamiętam już blasku słońca. Kolejnej nocy spadł deszcz. Myliśmy się w jego strugach, rozpięliśmy płaszcze tak, by łapały wodę i pozwalały jej spływać do podstawionego kociołka. Straciliśmy dużo czasu, ale napełniliśmy przynajmniej bukłaki.
Którejś nocy znaleźliśmy biegnący przez las trakt i postanowiliśmy pójść nim przynajmniej kawałek, aż będziemy mogli zorientować się, gdzie jesteśmy. Brus wyciągał „oko północy” co jakiś czas, ale nie podobała mi się jego nieprzenikniona mina, kiedy patrzył na zmianę to w amulet, to znowu w gwiazdy.
To idąc wzdłuż tego traktu, natknęliśmy się na żołnierzy. Było ich dwóch i od razu można było zauważyć, że ani nie byli żadnym patrolem, ani nie należeli do zwycięzców.
To byli nasi żołnierze.
Spotkaliśmy ich tuż przed świtem.
Stali na szlaku. Jeden z włócznią w ręku, a drugi z mieczem. Nie mieli tarcz ani pancerzy, jeden z nich miał głowę okręconą przesiąkniętą krwią szmatą.
— Coście za jedni? — zawołał ten z włócznią, kiedy tylko nas zobaczył.
— Skręcamy w las — syknął Brus.
Z lasu jednak wyszło jeszcze trzech, dokładnie w miejscu, gdzie zamierzaliśmy skręcić.
Ci mieli segmentowe zbroje, ale tak zardzewiałe i brudne, że nie dało się zauważyć ich koloru. Wyglądali równie nędznie. Wiedziałem już, że nie przeszli na stronę Podziemnej, więc ucieszyłem się na ich widok.
— Pytałem, coście za jedni — zawołał włócznik. — Chłopi?
— Lepsi od ciebie, żołnierzu — warknął Brus. — Jednostka, stopień, imię?!
Stali wokół nas. Jakoś tak nonszalancko, z mieczami w ręku. Nie podobało mi się to.
— Teraz — odezwał się jeden z nich z owiniętą ręką, jedyny, który nosił pogięty hełm — to chyba będzie tymen „Umrzyków”, nie?
— Pozwólcie nam przejść — poprosiłem. — My też uciekamy przez wojskiem Nahel Ifriji.
— A czy my gdzie uciekamy? — powiedział kolejny. — Dokąd uciekać? My już trupy. Gdzieśta byli, kiedy nas bili? Jak już swoi biją swoich, to świat po mojemu idzie się kończyć. Teraz to ino własna rzyć się liczy.
— Co macie w koszach? — Włócznik oblizał nerwowo wargi. — Zostawcie je na ziemi i idźcie sobie.
— Tak to nie — odezwał się ktoś. — Uny nas widziały. A podobnież takich jak my to, panie, składają w ofierze we Wieżach. I płacą za wieści.
Brus odpiął kosz i powoli postawił go na ziemi.
— Rób tak, jak ja — powiedział. — Zdejmij kosz, Ardżuk.
Zdjąłem kosz i ledwo zdążyłem go postawić, rozległ się świst.
Kiedy uniosłem wzrok, włócznik szedł gdzieś ślepo, z rozłożonymi rękami, a z ust płynęła mu struga krwi.
Widziałem, jak Brus obraca się z mieczem w ręku i kijem w drugim, jak opada go dwóch żołnierzy, wywijając mieczami, a pozostali rzucają się w moją stronę. Przekręciłem koniec kija i machnąłem nim, słysząc, jak ostrze wypada z tylnego końca i blokuje się zatrzaskiem. Żołnierz, który był bliżej mnie, zastawił się mieczem, więc uderzyłem go drugim końcem powyżej łokcia i dźgnąłem nim w twarz.
Obróciłem kij wokół ciała i wbiłem mu ostrze w brzuch, zanim zorientowałem się, co robię. Tysiące razy robiłem to w powietrzu różnymi włóczniami albo kijem z owiniętym skórą końcem, ale po raz pierwszy poczułem, jak ostrze przebija ciało.
Żołnierz wytrzeszczył oczy, patrząc w osłupieniu, jak czerwona stal wyślizguje się z jego trzewi, po czym zdzieliłem go w bok głowy drugim końcem kija, żeby usunąć go sobie z drogi. Drugi, który stał za nim, jednak zdołał zasłonić się przed ciosem moją laską i oplótł ją ramieniem, więżąc ostrze gdzieś za swoją pachą.
Przekręciłem swój koniec i wyjąłem miecz, po czym ciąłem go w skroń. Zastawił się swoim, poszczerbionym ostrzem, a w tym momencie rozległ się metaliczny grzechot i nagle łańcuch o drobnych ogniwach oplótł mu szyję. Odskoczyłem w bok, wbijając mu ostrze głęboko pod pachę.
Brus stał wokół leżących na ścieżce, wijących się żołnierzy, a łańcuch wystawał z końca jego podróżnego kija. Szarpnął do tyłu, przewracając żołnierza, i odplątał łańcuch, który pieczołowicie wsunął z powrotem, po czym założył drewnianą pochwę i zakręcił. Schował z drugiej strony miecz i kij znów był kijem.
— Zapomniałem cię zapytać, jak się znajduje ten łańcuch — powiedziałem.
— Nie warto się rozpraszać — odparł. — Kij szpiega daje za dużo możliwości. Trzeba wprawy, żeby szybko wybierać.
— Myślałem, że chcesz oddać im kosze — powiedziałem. Zaczynały mi się trząść nogi.
— Nie. Z koszem na plecach niewygodnie się walczy.
Musiałem usiąść na ziemi. Czułem się słaby i okropnie zmęczony, jakbym szedł bez wytchnienia od dwóch dni. Patrzyłem na moich własnych żołnierzy, którzy nie przeszli na stronę wroga, nie poddali się, a teraz w nagrodę byli łowną zwierzyną w jakichś lasach, po czym zostali zabici przez tego, któremu byli wierni. Świat zaczął zdawać się zbyt skomplikowany i niezrozumiały.
Patrzyłem na szarą twarz z zastygłym wyrazem cierpienia tego, którego pchnąłem w brzuch. Miał szeroko otwarte oczy.
Żołnierz, którego przebiłem mieczem, wciąż żył, krztusząc się i walcząc o każdy oddech. Inny poruszał się niemrawo, drapiąc palcami piach, a następny jęczał przeraźliwie. Brus wyjął z zanadrza krótki, szeroki sztylet i podszedł do niego.
— Brus! — krzyknąłem. Nie zareagował. Ukląkł przy żołnierzu, objął go troskliwie za ramiona, po czym nagle dźgnął w kark. Ten szarpnął się rozpaczliwie, a jego stopy zadygotały, drapiąc okutymi podeszwami trawę i ubitą ziemię traktu.
Jęki ucichły.
Wbiłem wzrok w ziemię, widząc, jak mój przewodnik pochyla się przy następnym konającym.
— Nie... błagam... nie... mamo... — Usłyszałem, a potem rozległ się krótki, przeraźliwy krzyk.
Dotąd wydawało mi się, że pokonany w walce pada natychmiast i odchodzi. Błyskawicznie i bez zbędnych cierpień. Nie zdawałem sobie sprawy, że nawet ktoś przeszyty mieczem na wylot może konać godzinami.