KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Przygody Erasta Fandorina #8
- Язык: польский
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów». Краткое содержание книги:
Szliśmy już w najprawdziwszym tłumie, jak na Newskim w biały dzień. Od czasu do czasu trzeba było torować sobie drogę łokciami. Przed nami pojawił się wielki mężczyzna, robotnik fabryczny, i zasłonił nam pole widzenia. Jakoś wszedłem mu pod łokieć, przecisnąłem się i nagle jęknąłem przerażony. Lind i Pocztylion zniknęli!
W rozpaczy obejrzałem się na Fandorina. Ten wyciągnął szyję i chyba nawet stanął na czubkach palców, rozglądając się na boki.
- Co robić?! - krzyknąłem. - Boże mój, co robić?!
- Wy na prawo, ja na lewo - rozkazał.
Rzuciłem się ku poboczu. Na trawie, w większych i mniejszych grupkach, siedzieli ludzie. Ktoś bez celu przechadzał się wśród drzew, a w oddali, fałszując, śpiewali chórem. Z mojej strony Linda nie było. Rzuciłem się z powrotem na drogę i zderzyłem z Erastem Piotrowiczem, który przepychał się ku mnie.
- Zgubiliśmy... - zrozumiałem.
To był koniec wszystkiego. Zakryłem rękoma twarz, żeby nie widzieć tłumu, ognisk, ciemnoszarego nieba. Fandorin niecierpliwie potrząsnął mnie za ramię.
- Nie rozpaczajcie, Ziukin. Oto pustkowie, na którym wyznaczono spotkanie. Będziemy chodzić i szukać, oczekując świtu. Lind nigdzie nie przepadnie. Jesteśmy mu potrzebni nie mniej niż on nam.
Miał rację. Spróbowałem wziąć się w garść, skoncentrować.
- Kamień - powiedziałem, nagle zaniepokojony. - Nie straciliście kamienia?
Byle odzyskać ich żywych, a potem co ma być, niech będzie - pomyślałem.
- Nie, jest tutaj. - Fandorin poklepał się po piersi. Popychali nas ze wszystkich stron, więc mocno złapał mnie pod rękę. - Wy, Ziukin, patrzcie na prawo, ja na lewo. Idziemy powoli. Jeśli zobaczycie tych, których szukamy, nie krzyczcie; po prostu dajcie mi sójkę w bok.
Nigdy dotąd nie zdarzyło mi się iść z mężczyzną pod rękę. Prawdę mówiąc, z kobietą też nie szedłem, jeśli nie liczyć pewnej dawnej historii, kiedy byłem jeszcze całkiem młody i głupi. Nie będę wspominać - naprawdę ta historia nie jest tego warta.
W maju noce są krótkie i na niebie zaczęła się pojawiać różowa pozłota, a ciemności powolutku rzedły. Cała przestrzeń przed nami wypełniona była siedzącymi, leżącymi i spacerującymi. Widać wielu zajęło sobie miejsca jeszcze wczoraj wieczorem, przy ogniskach stawało się coraz ciaśniej. Od czasu do czasu potrącaliśmy nogami puste butelki. A z Moskwy zbitym potokiem płynęły wciąż nowe tłumy.
Z lewej, za szlabanami i szpalerem żołnierzy, rozciągało się szerokie pole, zabudowane świątecznymi straganami i kioskami ze świeżo zrąbanych pni. Najpewniej właśnie tam chroniono carskie gościńce. Włosy stanęły mi dęba, kiedy sobie wyobraziłem, co tu się zacznie za kilka godzin, kiedy znudzone wielogodzinnym oczekiwaniem ludzkie mrowie ruszy za rogatki.
Chodziliśmy od szlabanów do pałacu i z powrotem - raz, drugi, trzeci. Już dawno nastał świt i za każdym razem coraz trudniej było się przedzierać przez gęstniejące zbiegowisko. Bez przerwy kręciłem głową, lustrując swoją połowę przestrzeni, i ze wszystkich sił starałem się nie poddać rozpaczy.
Gdzieś w oddali trąbka głośno odegrała pobudkę i przypomniałem sobie, że niedaleko stąd znajduje się chodyński obóz wojskowy.
No tak, już siódma - pomyślałem - usiłując sobie przypomnieć, o której jest pobudka. I w tej chwili nagle zobaczyłem przed sobą znajomy kalabryjski kapelusz, a obok urzędniczą furażkę.
- Są! - wrzasnąłem, ze wszystkich sił ciągnąc Fandorina za rękaw. - Chwała Bogu!
Pocztylion się obejrzał, zobaczył mnie.
- Ziukin! - krzyknął.
Jego towarzysz na moment się odwrócił - zdążyłem zobaczyć tylko okulary i brodę - obaj zanurkowali w sam środek tłumu, kłębiącego się tuż przy szlabanach.
- Za nimi! - Erast Piotrowicz popchnął mnie z wściekłością. Przede mną stał jakiś tęgi kupiec i w żaden sposób nie chciał ustąpić drogi. Fandorin bez wahania chwycił go jedną ręką za kark, drugą za połę długiego surduta, podniósł i odrzucił na bok.
Pobiegliśmy przez tłum - Erast Piotrowicz na przedzie, ja za nim. Pruł ludzką masę jak admiralski bryg morskie fale. Raz po raz zadziwiająco wysoko podskakiwał - najwidoczniej po to, by znowu nie stracić Linda z oczu.
- Przepychają się ku Polu Chodyńskiemu! - krzyknął do mnie. - To świetnie! Tam nie ma tłumu, za to jest wielu policjantów!
Teraz, teraz ich złapiemy - zrozumiałem i moje siły wzrosły dziesięciokrotnie. Zrównałem się z Fandorinem i wychrypiałem:
- Byle tylko przejść!
Bliżej ogrodzenia najbardziej przewidujący i cierpliwi stali jeden obok drugiego, tak że musieliśmy zwolnić tempo.
- Na bok! - ryknąłem. - Policja!
- E, cwaniaczek się znalazł!
Tak mnie pchnęli w bok, że pociemniało mi w oczach i straciłem dech.
Erast Piotrowicz wyjął policyjny gwizdek i świsnął - na ten ostry dźwięk tłum rozstąpił się na boki i niewielką odległość mogliśmy pokonać stosunkowo łatwo, ale potem kaftany, tużurki i wypuszczone na wierzch koszule znowu się złączyły.
Lind i Pocztylion byli na wyciągnięcie ręki. Właśnie zanurkowali pod rogatkę i znaleźli się na otwartej przestrzeni, przed samym szpalerem kordonu. Ach, wpadliście!
Zobaczyłem, jak kapelusz nachyla się do furażki i coś jej szepcze.
Pocztylion odwrócił się, zamachał rękoma i dźwięcznie krzyknął:
- Prawosławni! Patrzcie! Z tej strony wagańkowscy walą! Przedarli się! Wszystkie kufle im się dostaną! Naprzód, ludzie, naprzód!
Jednogłośny ryk wyrwał się z tysiąca piersi.
- A to chytrusy! My tu od nocy, a oni chcą za darmo! Dranie!
Nagle ludzka masa poniosła mnie naprzód z tak niepowstrzymaną siłą, że przestałem dotykać nogami ziemi. Wszystko dookoła zaczęło się kłębić, poszły w ruch łokcie, przebijając się do namiotów i pawilonów.