KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Przygody Erasta Fandorina #8
- Язык: польский
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów». Краткое содержание книги:
- Co? - spytałem z roztargnieniem.
- Drugi wariant. Lind tutaj, a zakładnicy w jakimś innym miejscu.
- Jesteście pewni, że to właśnie Lind?
- Bez wątpienia. Dokładne, oszczędne, a równocześnie pełne wdzięku ruchy. Sposób noszenia kapelusza. I w końcu krok. To on.
- Będziemy ich brać? - spytałem drżącym głosem.
- Zapomnieliście się, Ziukin. Wzięlibyśmy Linda, gdyby wyszedł z zakładnikami, w pierwszym wariancie. A to jest drugi. Śledzimy doktora, zaprowadzi nas do chłopczyka i Emilii.
- A jeśli...
Erast Piotrowicz znowu zakrył mi dłonią usta. Człowiek w długim płaszczu obejrzał się, choć mówiliśmy szeptem i nie mógł nas usłyszeć.
Gniewnie odepchnąłem rękę Fandorina i dokończyłem pytanie:
- A jeśli oni wcale nie idą do zakładników?
- Jest pięć po trzeciej - odrzekł ni z gruszki, ni z pietruszki.
- Nie pytałem was o godzinę. - Rozzłościło mnie to uchylanie się od odpowiedzi. - Przez cały czas robicie ze mnie...
- Czy zapomnieliście - przerwał mi Fandorin - że wyznaczyliśmy doktorowi s-spotkanie o czwartej nad ranem? Jeśli chce być p-punktualny, musi jak najszybciej wziąć zakładników i zdążyć na p-pustkowie koło pałacu Piotrowskiego.
Sądząc po tym, że Erast Piotrowicz znowu zaczął się jąkać, jego napięcie trochę osłabło. I ja z jakiegoś powodu nagle przestałem dygotać.
Kiedy tylko Lind (jeżeli to rzeczywiście był on) i Pocztylion skręcili za róg, razem przeskoczyliśmy przez płotek. Pomyślałem, że nigdy, nawet w dzieciństwie, nie wspinałem się tyle na płoty, co podczas krótkiej znajomości z panem Fandorinem. Prawdę mówi ludowe porzekadło: z jakim przestajesz, takim się stajesz.
- Siadajcie do fiakra i cichutko jedźcie za mną - instruował mnie w marszu Erast Piotrowicz. - Przed każdym rogiem ostrożnie się rozglądajcie. Będę dawał wam znak - skręcać albo czekać.
W taki właśnie niespieszny sposób dotarliśmy do bulwaru, gdy Fandorin nagle zamachał, żebyśmy podjechali.
- Wzięli fiakra, jadą na Srietienkę - oznajmił, siadając obok mnie. - Dawaj, wołogda, ich śladem. Tylko zbytnio się nie zbliżaj.
Dość długo posuwaliśmy się wzdłuż bulwarów, to raźnie wjeżdżając pod górę, to żywo zjeżdżając w dół. Pomimo nocnej pory, ulica nie była pusta. Trotuarami, rozmawiając z ożywieniem, szły grupki przechodniów, a kilka razy wyprzedziły nas zaprzęgi. W Petersburgu lubią kpić z pierwszej stolicy, że jakoby chodzi spać z kurami, a okazuje się, że to nieprawda. O czwartej na Newskim nie znajdzie się tylu przechodniów.
Jechaliśmy ciągle prosto i skręciliśmy tylko raz, przed pomnikiem Puszkina - w wielką ulicę, którą od razu rozpoznałem: to Twerska. Stąd do pałacu Piotrowskiego były jedynie trzy-cztery wiorsty. Tą samą drogą, tylko w przeciwnym kierunku, jechał orszak najjaśniejszego pana podczas uroczystego wjazdu do dawnej stolicy.
Na Twerskiej było jeszcze więcej ludzi i pojazdów, przy czym wszyscy szli lub jechali w tę samą stronę co my.
Wydało mi się to bardzo dziwne, jednak myślałem o czymś zupełnie innym. W końcu nie wytrzymałem.
- Posłuchajcie, oni nigdzie nie zajeżdżają! Jakby jechali prosto na miejsce spotkania!
Fandorin milczał. W słabym świetle gazowych latarni jego twarz wydawała się biała i pozbawiona życia.
- Może Lind jednak ma jeszcze wspólników i zakładnicy zostaną p-przywiezieni na umówione miejsce? - odezwał się po długiej pauzie, ale jego wcześniejszy tupet gdzieś zniknął.
- A jeśli ich już... - nie mogłem dokończyć strasznej myśli. Erast Piotrowicz odpowiedział natychmiast i bardzo cicho, ale tak, że mróz przebiegł mi po skórze.
- Wtedy zostanie nam chociaż Lind.
Za Łukiem Tryumfalnym i Dworcem Aleksandrowskim rozproszone grupy przechodniów zlały się w jeden potężny potok, zapełniający także jezdnię - nasz koń, chcąc nie chcąc, musiał przejść w trucht. Na szczęście kolaska Linda poruszała się nie szybciej - cały czas widziałem przed sobą, ponad opuszczonym skórzanym dachem, dwa nakrycia głowy: obwisły kapelusz doktora i furażkę Pocztyliona.
- Boże, przecież dzisiaj osiemnasty! - Aż podskoczyłem na siedzeniu, kiedy uświadomiłem sobie, co to za data. - Panie Fandorin, ze spotkania na pustkowiu nic nie wyjdzie! Przy tych wszystkich kłopotach na śmierć zapomniałem o kalendarzu koronacyjnym! Na sobotę osiemnastego maja wyznaczono święto ludowe, naprzeciw pałacu Piotrowskiego, z poczęstunkiem i rozdaniem pamiątkowych podarków. Jakie pustkowie! Tam teraz pewnie ze sto tysięcy ludzi!
- Do diabła! - nerwowo zaklął Fandorin. - Nie wziąłem tego pod uwagę. Zresztą nie myślałem, że do spotkania w ogóle dojdzie. Wyznaczyłem pierwsze miejsce, jakie mi przyszło do głowy. Niewybaczalny błąd!
Ze wszystkich stron dobiegały nas wzburzone, często nietrzeźwe głosy, wesoły śmiech. Publiczność w większości składała się z prostego ludu. To zresztą zrozumiałe - bogatsi widzowie na darmowe pierniki i miód pitny nie będą łasi, a jeśli przyjadą z ciekawości, to na trybuny, gdzie wstęp jest za biletami. Podobno za poprzedniej koronacji na zabawę zebrało się trzysta tysięcy ludzi, a teraz, zapewne przyjdzie ich jeszcze więcej. O, już w nocy ciągną.
- A co, panowie policjanci, czy prawdę mówią, że każdemu kufelek ołowiany z orłem po same brzegi na koszt państwa naleją? - spytał fiakier, odwracając ku nam ożywioną okrągłą twarz. Widać i jemu udzielił się nastrój świątecznego tłumu.
- Stój! - polecił Erast Piotrowicz.
Zobaczyłem, że dorożka Linda zatrzymała się, choć do zakrętu w stronę pałacu Piotrowskiego było jeszcze daleko.
- Wysiadają! - krzyknąłem.
Fandorin wsunął „wańce” banknot i roztrącając powolnych mieszczan, ruszyliśmy naprzód.
Było ciemno, choć poprzez obłoki przeświecała połówka księżyca. Dlatego zdecydowaliśmy się podejść bliżej, na dziesięć kroków. Na polu, po lewej stronie drogi, i z prawej, za krzakami, płonęły ogniska tak, że obie sylwetki - jedna trochę wyższa, druga niższa - były doskonale widoczne.
- Tylko żeby ich nie zgubić - powtarzałem jak zaklęcie.
W tej chwili właściwie zapomniałem o jego wysokości i o mademoiselle Declique. Jakiś pradawny, potężny instynkt, zupełnie wyzbyty litości i silniejszy niż strach, zmusił moje serce do przyspieszonego, choć równomiernego bicia. Mimo że nigdy nie zaznałem rozkoszy polowania, nagle pomyślałem, że pewnie coś podobnego czują psy gończe, kiedy sfora rwie się ze smyczy, aby dopaść wilka.