Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #1
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187080
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe». Краткое содержание книги:
– Co próbuję zrobić, Meekhańczyku?
– Sprowokować mnie do walki. Już przynajmniej dwukrotnie to zrobiłaś, teraz stoisz przede mną w postawie bojowej, a sądząc po kolorze, jaki mają pochwy twoich szabel, nie ma znaczenia, czy już je wyciągnęłaś, czy zrobisz to za chwilę. Czyż nie mówicie, że kolor pochwy miecza Issara nigdy nie kłamie?
—— • ——
Zastała go w siedzibie rodu. Wzniesiony z kamienia okrągły budynek, o ścianach grubych na dwie stopy, podzielony był na kilkanaście jedno- i dwuosobowych izb oraz jedną wspólną jadalnię. Yatech siedział w pokoju, który przed wyjazdem zajmował z Verneanem, i wpatrywał się w miejsce, gdzie zazwyczaj wisiały miecze brata. Stalowy trzpień, tkwiący od niepamiętnych czasów w ścianie, był obwiązany czerwoną wstążką.
– Kiedy? – zapytał cicho.
– W zeszłym roku. Koczownicy na północnych pastwiskach.
– Nie wiedziałem. Nie pożegnałem go, jak należy.
– Ja go pożegnałam za nas oboje. I ciotka, i wuj, cały ród.
Wsparł głowę na obu rękach.
– Zostaliśmy tylko my, Deana. Z tej gałązki rodu tylko ty i ja – stwierdził dziwnym tonem.
Nie wiedziała, co mu odpowiedzieć. Nie wiedziała, co właściwie miał na myśli, choć jego głos był tak przerażająco spokojny i... nijaki. Znów poczuła dreszcz niepokoju na plecach.
– Co się stało na równinach?
Podniósł głowę. Przez kilka uderzeń serca wpatrywał się w nią intensywnie.
– Spełniłem swój obowiązek wobec plemienia i rodu – powiedział martwo. – Dusza nie poniosła uszczerbku.
Wielka Matko!
– Zabiłeś kogoś, kto zobaczył twoją twarz. – To nie było pytanie. – Yatech? Zrobiłeś to, prawda? Kogo?
Powoli, jakby musiał pokonywać jakiś zewnętrzny opór, sięgnął do zawoju i ściągnął. Zamarła, widząc, co zagościło w jego oczach.
– Och, bracie...
Uśmiechnął się strasznym, pozbawionym cienia radości grymasem.
– Nic się nie stało, Deana. Jesteśmy tym, czym jesteśmy, i nic nie możemy na to poradzić. Jutro będzie lepiej.
Nie, bracie, pomyślała, jutro nie będzie lepiej. Patrzę w twoje oczy i wiem, że już nigdy nie będzie lepiej.
– Nie rozmawiajmy o tym – poprosił cicho. – Nic już nie da się zmienić.
Zmierzył ją wzrokiem z góry na dół.
– Dlaczego nie nosisz ślubnego pasa?
Zaskoczył ją, nie była przygotowana na to, że zada to pytanie tak szybko. Nie zdążyła wymyślić żadnej przekonującej wymówki.
– Nikt nie położył ślubnego pasa przed moimi drzwiami. Nigdy – stwierdziła, ostrzej niż zamierzała. – Może gdybym przełknęła dumę, mogłabym dać rodowi kilkoro dzieci, ale nie chcę. Wybrałam inną drogę, by służyć plemieniu.
Wstał.
– Jaką drogę, Deana?
Zawsze uważała go za najinteligentniejszego ze wszystkich młodych mężczyzn, jakich znała. Nic dziwnego, że już się domyślił. Nie zrobił więc zdziwionej miny, nie wybuchnął gniewem, gdy zaprowadziła go do swojego pokoju i pokazała broń. Utwardzona skóra, z której wykonano pochwy jej szabel, była biała jak piasek w legendarnym Skorpionim Młynie.
– Od dawna?
– Od miesiąca.
– Zasługujesz na tyle ślubnych pasów, by zrobić z nich sznur, trzy razy opasujący rodową siedzibę. Zamiast tego ofiarowano ci to. – Wskazał białe pochwy.
– Nikt mi ich nie ofiarował, Yatech. Sama je zdobyłam.
– Nie słyszałem o kobiecie, która miałaby prawo nosić je tak młodo.
– Samotność daje dużo czasu na ćwiczenia, bracie. Ty też mógłbyś takie nosić, gdybyś został w afraagrze.
Popatrzył jej w oczy.
– Co tu się dzieje, Deana?
Prawo noszenia broni w białych pochwach przysługiwało każdemu, kto osiągnął odpowiedni poziom we władaniu orężem. Czy to był yphir, talher, dwuręczny hertess, zwany też „długim zębem”, krótka lub długa włócznia – mistrzostwo w każdym rodzaju broni uprawniało do noszenia białej pochwy lub białego pasa. Takich wojowników na ogół omijano na polu bitwy, chyba że ktoś szukał chwały lub, co bardziej prawdopodobne, szybkiej śmierci. Ta biel mówiła o perfekcji w sztuce zabijania. Nie mówiła jednak nic o godzinach morderczych ćwiczeń, o pocie i krwi wylewanych w pozorowanych, coraz trudniejszych potyczkach, o treningach z bronią i bez broni, medytacji, wyrabianiu odporności na ból i zmęczenie, zwiększaniu kontroli nad własnym ciałem. O szukaniu osobistej drogi do bitewnego transu, który zmieniał percepcję, wytrzymałość i odporność wojownika. Mądrzy starcy mówili, że ta biel była bardziej kolorem duszy, że świadczyła o niezłomnej woli, żelaznej determinacji i powolnym przekuwaniu ciała i umysłu w oręż.
Wiedziała, że on to wszystko pojmuje. Wiedziała, że rozumie.
Nie bardzo jednak wiedziała, jak mu opowiedzieć swoją historię.
—— • ——
Patrzył na tę kobietę spokojnie, bez emocji. Stała przed nim, nieznacznie przygarbiona, z dłońmi wspartymi na rękojeści broni. Czuł, że jeśli drgnie, jej szable ze świstem przetną powietrze i rozpocznie się walka. Przez chwilę bawił się tą myślą. Ale nie, na to było jeszcze za wcześnie.
– Gdy tak na ciebie patrzę, coraz wyraźniej widzę wasze pokrewieństwo, nieznajoma. Tak samo pochylacie głowę, tak samo wysuwacie w przód prawą stopę, przygotowując się do walki, nawet ramiona macie opuszczone w ten sam sposób. Widziałem to nieraz, przygody z kobietami, w które wdawał się twój brat, skutkowały niejednym pojedynkiem. – Usta wykrzywił mu mimowolny, gorzki uśmiech. – Zazwyczaj krótkim i dość upokarzającym dla wyzywających. Podziwiałem go za to, wiesz? Za żelazne opanowanie, które pozwalało mu znosić ze spokojem paskudne, haniebne obelgi i nie dać się sprowokować do czegoś więcej niż zranienie i rozbrojenie przeciwnika. Gdybym ja był na jego miejscu i miał takie umiejętności, zostawiłbym za sobą z tuzin trupów. Mówiłem ci już, że pierwszej nocy po przybyciu do mojego domu ocalił nam wszystkim życie? Nie musiał tego robić, właśnie zwolniłem go ze służby, a mimo to stanął naprzeciw kilkudziesięciu banitów i zatrzymał ich do czasu, aż otrząsnęliśmy się z zaskoczenia. Zabił też czarownika, który im towarzyszył, i ocalił mi syna. Tamtej nocy wkroczył w życie mojej rodziny, trzymając w rękach okrwawione żelazo, a ja, zamiast wziąć to za omen, dziękowałem Pani za łaskę, jaką nam wyświadczyła, pozwalając mi przyjąć go na służbę.
Nie przerywała mu i nie zmieniała pozycji. Za to chłonęła każde jego słowo. Gdy mówił o jej bracie, zaciskała dłonie na rękojeściach szabel, aż bielały jej kłykcie.
– Dlaczego chciałeś go odesłać? – zapytała cicho. – Zachował się niegodnie w czasie podróży?
– Czemu obchodzi cię los człowieka, którego nigdy nie znałaś? – skontrował.
Drgnęła i szable na cal wysunęły się z pochew.
– Chcę wiedzieć, zrozumieć, co się wtedy stało. Nawet jeśli nie należał do mojego rodu, był z ludu Issaram. Niedobrze jest, gdy dzieją się takie rzeczy.
– Jakie rzeczy, kobieto? – warknął. – Mordowanie bezbronnych? Myślałem, że jesteście z tego dumni. W czasie rzezi we wschodnim Ayrepr zginęło dziesięć tysięcy ludzi, w większości zbyt zaskoczonych, żeby się bronić. Zginęli też ojciec i brat mojej żony, zamordowani na jej oczach. Dowiedziałem się o tym za późno i dlatego chciałem, żeby opuścił mój dom. Masz rację, że wielu Meekhańczyków traktuje was jak zwierzęta. Ale trudno mieć za sąsiadów dzikie bestie.
Cofnęła się. Przez chwilę stała w bezruchu, po czym parsknęła krótkim, urywanym śmiechem. Zaskoczyła go gorycz tego śmiechu.
– Wybacz – powiedziała po chwili. – Gdybyś wiedział, jak bardzo przypomina to słowa wypowiadane pod waszym adresem przez wielu moich współplemieńców. Zwłaszcza tych, których rodziny wymordowano podczas ataku na afraagry plemion d’ryss i k’leark. Osiem osad padło ofiarą waszych żołnierzy, zanim zdołali zebrać dość wojowników, by stawić wam czoło w bitwie. Och, więzy pokrewieństwa popchnęły nawet naszych mężczyzn do szukania zemsty za górami. Macie szczęście, że rada plemion zabroniła udziału w tej wyprawie wszystkim chętnym. Gdyby tego nie zrobiła, krwią spłynęłaby każda prowincja stąd aż po Gryllanę – dodała twardo.