Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
1 ... 83 84 85 86 87 88 89 90 91 ... 123
Перейти на страницу:

—— • ——

Dral’k – tak zakończyła się ich rozmowa. Dral’k.

Idąc obok brata, zastanawiała się, co właściwie próbują zrobić. Nikt z rodu ich nie poprze, a w walce na słowa nie mieli szans.

Była pewna, że nic nie wskórają. O tej porze w domostwie Lengany nie powinno być żadnych mężczyzn, tylko kilka kobiet i dzieci. A oni, jeśli chcieli coś osiągnąć, powinni porozmawiać ze starszym rodu. Na pewno nie z tą kobietą. Ale Yatech uparł się, w sposób dla niego niezwykły – najwyraźniej pobyt wśród Meekhańczyków zmienił go bardziej, niż przypuszczała. Mimo wszystko postanowiła mu towarzyszyć, przynajmniej powstrzyma go przed narobieniem sobie kłopotów.

Słowo dral’k było stare i obce, tak obce, że nie wsiąkło w język, nie stopiło się z nim. Podobno pochodziło z języka ludu, który został wybity niemal do nogi w czasie Wojen Bogów. Podobno ostatni przedstawiciele tego ludu, garstka kobiet i mężczyzn o złamanych, wypalonych na popiół duszach, mieszkała w tych górach, zanim osiedlili się tu Issarowie. Przyjęli ich gościnnie, ucząc, jak żyć na pustyni, zostawiając po sobie dziwne malunki na skałach i garść słów o nieznanym rodowodzie.

W tym i to: dral’k. Mieszaniec.

A teraz z powodu tego słowa szła razem z bratem do siedziby rodu h’Lenns, mieszczącej się na drugim krańcu osady.

Yatech nie dał się przekonać. Zgodził się jedynie, podobnie jak ona, nie zabierać broni. To dawało szanse, że nie dojdzie do rozlewu krwi.

Było wczesne popołudnie, słońce właśnie przestało oświetlać kotlinę, zostawiając nagrzaną każdą powierzchnię i obietnicę, że jutro znów tu zajrzy. Oparcie się gołym ciałem o cokolwiek groziło ciężkim poparzeniem. Większość domostw stanowiły niskie, parterowe budynki wybudowane na planie koła. Uliczka z kamiennych płyt wiła się łagodnymi zakolami pomiędzy ścianami z szarego, beżowego i jasnobrązowego piaskowca. Wąskie okna budowli wyglądały jak strzelnice. W kilku dostrzegła poruszenie. Afraagra wiedziała, że szykuje się konflikt między rodami, ale nikt nie miał zamiaru się wtrącać. Prawo i zwyczaj nakazywały rozwiązywać takie sprawy bez ingerencji z zewnątrz, chyba że groziło to wybuchem bratobójczych walk. Uśmiechnęła się cierpko. Tutaj na nic takiego się nie zanosiło. Z jednej strony była ona z bratem, z drugiej pierwsza matrona rodu. Mrówka będzie próbowała pokonać lwa.

Dotarli na miejsce w kilka minut. Yatech bez słowa wszedł do środka, zamykając jej drzwi przed nosem. Odczekała zwyczajowe dziesięć uderzeń serca, zanim podążyła jego śladem.

Rolę drzwi do rodowej siedziby pełniła rozpięta na drewnianym stelażu skórzana mata. Wszystkie budynki w afraagrze budowano według tego samego schematu. Za drzwiami był zdumiewająco znajomy korytarz, prowadzący dziesięć kroków w przód, po czym skręcający w prawo i obiegający ślimakiem centralną salę. W prawej ścianie korytarza wyrastał szereg ciemnych otworów, prowadzących do różnych pomieszczeń. Na jego końcu znajdowało się wejście do centralnej izby, stanowiącej serce domostwa i rodu. W jednym budynku mogło mieszkać i sto pięćdziesiąt osób.

W środku było chłodno, kamienne ściany potrafiły utrzymać chłód nocy przez najgorętsze godziny dnia. Zaraz przy wejściu stało kilka wielkich, kamionkowych dzbanów wypełnionych wodą, co miało świadczyć o potędze i bogactwie rodu. Wiedziała, że z podobnymi gestami można się zetknąć w każdym plemieniu, które chodzi po świecie. Jednak ród h’Lenns kultywował je w sposób, który nadawał specjalnego znaczenia słowu pycha.

Znalazła brata w największym pomieszczeniu domostwa. Przez otwór w centralnej części sklepienia wpadało tam dość światła, aby nie palić lamp. Wiszące na ścianach wielobarwne, ozdobione złotą nicią kobierce, srebrne lampy i kilka luster z polerowanej stali lub szkła pełniły tę samą funkcję, co dzbany z wodą przy wejściu. W milczący sposób przypominały, że ród zajmujący to domostwo należy do najzamożniejszych i najsilniejszych w plemieniu. Przez odległe pokrewieństwo wywodził swoje początki od pierwszych przodków, jeszcze sprzed czasów Harudiego. Deana powiodła dookoła obojętnym spojrzeniem. Prędzej w tych górach zacznie padać śnieg, niż obecne tu nadęte kwoki zobaczą, że to bogactwo robi na niej wrażenie.

Yatech stał przed niewielkim podwyższeniem, na którym siedziała Lengana h’Lenns. Wokół ścian, na wyłożonych ozdobnymi matami siedziskach, przycupnęło kilkanaście innych kobiet. Dwie czy trzy zamruczały na jej widok. Zignorowała je, lecz zaraz zacisnęła zęby. Matrona rodu miała założony na twarz ekchaar, jakby stał przed nią obcy, a nie mężczyzna pochodzący z gór. Obelga, jakby splunęła im w twarz.

– Zapytam jeszcze raz – głos Lengany syczał złością. – Po co tu przyszedłeś?

Yatech skłonił się lekko, na tyle, aby było jasne, kto tu zachowuje dobre obyczaje.

– Podobno po afraagrze rozchodzą się plotki podważające czystość naszej krwi.

– Słyszałam je i wcale nie uznaję tych wieści za plotki. Dobrze jest, kiedy skundlona gałąź usycha już w pierwszym pokoleniu.

Och, teraz zrozumiała, jak bardzo wydoroślał. Nie wybuchnął, nie wykonał żadnego obraźliwego gestu. Nawet nie zmienił wyrazu twarzy.

– Moja matka zapłaciła wysoką cenę za prawo nazywania się on’Issaram. Żyła tu wiele lat, dłużej niż ty, i umarła, służąc rodowi. Nie możesz jej tego odebrać.

– Nie mam zamiaru. Lecz to nie zmienia faktu, że wydała na świat potomstwo półkrwi. Nie przyniosła szczęścia rodowi d’Kllean, przez ostatnie dwadzieścia lat urodziło się tam mniej dzieci niż jego członków oddało duszę plemieniu. Po jej śmierci także nic się nie zmieniło. Na waszym rodzie ciąży przekleństwo, klątwa skażonej krwi. Lepiej będzie, jeśli nie przekażecie jej dalej. Dusza was odrzuca...

– To kłamstwo i ty dobrze o tym wiesz – przerwał jej tak bezceremonialnie, że tym razem już wszystkie kobiety zamruczały z dezaprobatą. – Podważasz Prawa Harudiego.

– Nie – syknęła. – Nie podważam praw, tylko ostrzegam. Rada powinna zapytać Wiedzących, czy nie mam racji.

– Twoje racje są skażone, czcigodna, skażone bólem po stracie bliskich. Ale zapłaciliśmy już za tamtą krew. Powinnaś o tym pamiętać.

Milczała. Gdy wreszcie się odezwała, brzmiało to tak, jakby w gardle utknęła jej kula lodu.

– Zapłaciliśmy? – wychrypiała. – Czym zapłaciliśmy? Śmiercią kilku tysięcy wieśniaków i drobnych kupców? Moje rodowe plemię straciło w tej rzezi czwartą część duszy. Gdybyśmy chcieli odpłacić waszym rodakom, musielibyśmy zabić co drugiego Meekhańczyka stąd aż po Góry Krzemienne. Nie... Nie było odpłaty, nie według praw...

– Była – przerwał łagodnie. – Dusza za duszę, serce za serce. Dziś handlujemy z nimi i przeprowadzamy karawany przez pustynię. Dość krwi się polało... Twój ból...

Wstała, mierząc ich wzrokiem z podwyższenia.

– Ja nie czuję bólu – powiedziała spokojnie. – Straciłam wtedy ojca i matkę, trzech braci i siostrę, ośmioro kuzynów i kuzynek. W naszej afraagrze było niewielu dorosłych mężczyzn, większość wyruszyła na pustynię, prowadzić karawany. Powinniśmy zacząć coś podejrzewać, gdy nagle zgłosiło się do nas dwa razy więcej kupców niż zwykle. Chcieli wyciągnąć wojowników z osady i udało im się to. Nie czułam gniewu, gdy sforsowali barykady w przedsionku i gdy zaczęli rzeź. Och, nie poszło im łatwo, nie, na jedną naszą duszę wysyłaliśmy w objęcia Matki dwie ich. To ich rozwścieczyło... Nie dlatego, że walczyły z nimi kobiety i dzieci... Ale to, że były tak skuteczne. Nie mogli tego zrozumieć. Obiecano im łatwe zwycięstwo... a tu musieli zdobywać dom po domu, wdzierać się w korytarze, rozbijać ściany. Walczyliśmy mieczami, szablami i włóczniami... a gdy ich zabrakło, nożami i zębami. Robiliśmy wszystko, żeby nie splugawić duszy, ale nie czułam gniewu ani nienawiści. Zbrojne napaści i walka są częścią naszego życia, tak samo jak wschody i zachody słońca. Czyż nie po to istniejemy? Aby trwać w gotowości na powrót?

1 ... 83 84 85 86 87 88 89 90 91 ... 123
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)