Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #1
- Год: 2005
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
— To co będą pili?
— Wodę i mleko. Podziemna Matka nie zezwala na nic, co daje „nienaturalną i grzeszną” radość. Nawet przyprawiać niczego nie wolno. Nie wolno także ułatwiać sobie życia. Masz w skupieniu i powadze mozolnie pracować na rzecz ziemi i szykować się do walki, by odzyskać jej dziedzictwo.
— Tak, by wszystko stało się jednym — zakończyłem.
— Hafram akydył. Powiedziałeś prawdę — odpowiedział i uśmiechnął się z aprobatą. — Myślałem, że lepiej znasz religie imperium.
— Znałem. Ale tę akurat niedokładnie. Zlekceważyłem ją, bo myślałem, że już nie powróci.
— I myliłeś się — zauważył smutno i położył się. — Teraz trzeba spać.
— Sitar Tendzyn?
— Tak?
— Dokąd zmierzamy?
— Jak najdalej. A dokąd chciałbyś jechać?
— Za Ostre Góry. Do Kirenenu. Do domu.
Usiadł w łodzi.
— To zły pomysł. Już tam na ciebie czekają. To było łatwe do przewidzenia. Co więcej, to nie ma sensu. Tam jest tylko dzika, zniszczona prowincja, gdzie nie mieszka niemal nikt z naszych rodaków. Trochę plantacji, kilka dróg i jedno miasto-port. Kangabad. Zbudowane od nowa, po amitrajsku. Wszystkich wysiedlono. Do Kandaru, nad rzekę Figiss, na stepy Ossiru. Do Kirenenu przygnano innych. To jest teraz prowincja kangabadzka. Nie ma już Kirenenu.
— Więc dokąd?
— Poza znany świat. Tam, gdzie kończą się mapy. Tam, gdzie nikt cię nie znajdzie.
— Nie powiesz mi?
— Powiem. Ale jeszcze nie dziś. Im mniej wiesz, tym lepiej.
Przez całą noc płynęliśmy ostrożnie, tuż pod brzegiem, cicho i powoli. Od zakrętu do zakrętu. Wypatrywaliśmy oczy, żeby sprawdzić, czy na rzece nie kołyszą się już galery połączone łańcuchami. Po jakimś czasie oczy przywykły mi do mroku, ale i tak zaczynałem widzieć zadarte rufy okrętów w każdej kępie trzciny i wśród fal.
Świecił tylko jeden księżyc, Tahim, więc noc była ciemna. Nasłuchiwaliśmy, sami porozumiewając się na migi lub najcichszym szeptem. Głos niesie się po wodzie, więc chcieliśmy ułowić kroki na pokładzie, plusk wody wokół łańcuchów kotwicznych, szczęk broni, pomruk rozmów.
Kiedy niebo zaczęło szarzeć na wschodzie, wpłynęliśmy w ujście jakiejś niewielkiej rzeki i ukryliśmy się pod nawisem wysokiego brzegu. Od drugiej strony powinny nas zasłaniać krzaki świszczącej wierzby i trzciny, ale i tak zasłoniliśmy łódź siecią, w którą wpletliśmy witki i łodygi trzcin, aż stała się niewidoczna. W zasięgu wzroku nie było widać nikogo, a na brzegu ciągnęły się bagna, kępy drzew i trawy, spłowiałe i spalone suszą.
Byłem tak zmęczony, że ledwo zjadłem cokolwiek. Kawałki suszonego mięsa i ser rosły mi w ustach, kiedy pociągałem z bukłaka, powieki same mi opadały. Wczołgałem się pod płótno i zasnąłem, jeszcze zanim słońce wstało.
Następnego dnia, a właściwie następnej nocy, zaraz po zmierzchu, odpłynęliśmy tylko kawałek, może milę, może dwie, aż znaleźliśmy trzcinowisko i odpowiedni, płaski brzeg. Wynieśliśmy nasze kosze, do których przełożyliśmy część zapasów. Brus kazał mi się rozebrać i sam też zdjął ubranie, więc musiałem brodzić wśród trzcin jedynie w przepasce i bez butów.
— Jeżeli ktoś cię spotka, od razu zobaczy, że jesteś mokry, i już będzie wiedział, że brodziłeś w rzece. Każda rzecz, której można się o tobie dowiedzieć, jedynie patrząc, może być dla kogoś wskazówką.
Potem kazał mi poczekać, leżąc na brzegu, i wsiadł do naszej łodzi. Starałem się nie myśleć o niczym i nie zastanawiać nad swoim losem, tylko skoncentrować się na tym, co robię, ale kiedy patrzyłem, jak wypływa na rzekę, zrobiło mi się żal. Przez cały czas tylko tracę. Mój świat robi się coraz uboższy. Kiedyś — wydawało mi się, że miesiące albo lata temu — zdawało mi się, że nie mam nic. I rzeczywiście, sam właściwie niczego nie miałem, ale wystarczyło, że potrzebowałem, i natychmiast się pojawiało. Łódź, galera, flota okrętów, koń, stado koni, cokolwiek. Niby nie miałem nic, nawet własnych pieniędzy, ale zarazem miałem wszystko.
Teraz mój majątek mieścił się w koszu podróżnym. Więc żal mi było łodzi. Wiozła mnie, dawała schronienie i pozwalała bezpiecznie spać nawet podczas ulewy.
Brus wypłynął na środek rzeki, siedząc nago, nawet bez przepaski, po czym sięgnął do dna i wyjął drewniany czop. Łódź wypełniła się wodą i zapadła w toni, a mój przewodnik podpłynął, cicho parskając, do brzegu, niemal niewidoczny w mroku.
Odtąd moim jedynym dachem nad głową miał być sztywny jak miska podróżny kapelusz, pleciony ze zdrewniałej kory i pomalowany żywicą, ewentualnie słomiany płaszcz przeciwdeszczowy.
— Odwróć kurtę na lewą stronę jak ja — powiedział Brus. — Ten kastowy żółty jest zbyt jaskrawy, świecisz niby pochodnia.
Wewnętrzna strona kurty była obszyta nijakim, ciemnobrązowym materiałem, rzeczywiście ledwo widocznym w ciemności.
— Teraz zmierz pasy kosza tak, żeby siedział pewnie jak siodło na końskim grzbiecie. Nie może cię obcierać. Zawiąż starannie taśmy kapelusza. Zaciągnij wiązania butów. Łydki muszą być ściśnięte.
Wyjął spod koszuli Przedmiot — „oko północy”. Szklaną kulę, w której pływał zanurzony w wodzie kamień, wyglądający jak oko, który obracał się źrenicą zawsze na północ. Ucieszyłem się, że go ma.
Ruszyliśmy przez puste łęgi, które niedawno były groźnymi bagnami. Teraz stały tu tylko kałuże i płytkie łachy błota. Przez miesiące suszy słońce wypiło z nich niemal całą wodę.
Brus maszerował równym, ani szybkim, ani wolnym krokiem. Kij założył na kark i przewiesił przez niego ręce.
— Myślałem, że kij podróżny służy do podpierania — zauważyłem.
— To nawyk — wyjaśnił. — Przez całe lata nosiłem tak włócznię. W czasie marszu ręce męczą się tak samo jak nogi.
— Ale w ten sposób na milę widać w tobie żołnierza — powiedziałem. — Może nawet binhon-pahan-deja.
— Setnik nie nosi sam włóczni — powiedział. — Setnik wozi zadek na końskim grzbiecie.
Laskę jednak zdjął i podpierał się nią, jak robią to wędrowcy.
Kiedy wędruje się nocą, czas się dłuży i ciągnie niemiłosiernie. Nie ma na co patrzeć. Wszędzie jest tylko ciemność o różnych odcieniach. Plamy, w których zmęczony wzrok szybko zaczyna widzieć zagrożenie. Szliśmy i szliśmy, aż ramiona zaczęły mnie boleć od kosza, i czułem, jak bardzo jest ciężki.
A potem szliśmy dalej.
W końcu zapytałem Brusa, kiedy odpoczniemy.
— Jeszcze daleko do północy — odparł. — Noc dopiero się zaczęła.
Zatem nie minęła nawet godzina. Byłem przekonany, że to już prawie godzina wilka i niedługo zacznie świtać.
Czasem nogi zaczynały nam się zapadać w mlaskającym błocie i trzeba było kluczyć. Bagna cuchnęły i krążyły tam stada żądlących nieznośnie moskitów.
Nad ranem szliśmy jeszcze dosyć długo i miejsce na nocleg znaleźliśmy, kiedy już dniało.
Przygięliśmy do siebie czubki kilku młodych drzew, które związaliśmy sznurem w miejscu, w którym było trochę trawy zamiast mazistego błota. Wnętrze szałasu wyłożyliśmy gałęziami i naręczami sitowia.
Wydawało mi się, że bagna nie mają końca.