KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Przygody Erasta Fandorina #8
- Язык: польский
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów». Краткое содержание книги:
Kiedy kwadrans później podjechałem na ten sam róg fiakrem, Fandorin wyszedł do nas z gęstego cienia. Poprawiając szablę, rzekł surowym głosem naczelnika:
- Blacha numer trzysta czterdzieści pięć? Całą noc będziesz z nami. Tajna operacja. Za pomoc otrzymasz poczwórną taksę. Stań w tej bramie i czekaj. I nie śpij, wołogda! Zrozumiano?
- Tak jest, czego można nie zrozumieć? - odpowiedział chwacko woźnica, młody chłopina z niegłupią twarzą i zadartym nosem. Jak Fandorin domyślił się po jego wyglądzie, że jest z Wołogdy, nie zrozumiałem - ale „wańka” rzeczywiście mocno akcentował „o”.
- Idziemy, Afanasiju Stiepanowiczu, znalazłem dogodniejsze miejsce.
Naprzeciw domku stała okazalsza willa, otoczona metalowym płotkiem. Erast Piotrowicz błyskawicznie przeskoczył ogrodzenie i gestem polecił mi pójść za jego przykładem. W porównaniu z płotem parku Nieskucznego była to drobnostka.
- No i jak, nieźle, nie? - spytał z dumą Fandorin, wskazując przeciwległą stronę zaułka.
Widok na dom Pocztyliona rzeczywiście był idealny, ale „wygodniejszym” nasz punkt obserwacyjny mógł nazwać jedynie bywalec masochistycznego (jeśli dobrze zapamiętałem słowo) gabinetu z klubu „Elizjum”. Gęste, kłujące krzewy od razu zaczęły czepiać się mojej odzieży i podrapały mi czoło. Zakręciłem się, próbując oswobodzić łokieć. Czy rzeczywiście będziemy musieli tu siedzieć przez całą noc?
- To nic - szepnął rześko Fandorin. - Chińczycy mówią: „Szlachetny mąż nie szuka wygód”. Przypatrujmy się oknom.
Rozpoczęliśmy obserwację.
Prawdę mówiąc, niczego interesującego nie zauważyłem - tylko kilkakrotnie po zasłonach przesunął się niewyraźny cień. W innych domach okna już dawno pogasły, a mieszkańcy naszego jakoś nie wybierali się spać - ale tylko to jedno mogło się wydać podejrzane.
- A jeśli jest czwarta? - spytałem po dwóch godzinach.
- Co czwarta?
- Możliwość.
- Jak to?
- Taka, że pomyliliście się i urzędnik pocztowy nie ma żadnych związków z Lindem?
- Wykluczone - wyszeptał Fandorin z wyraźną złością. - Bez wątpienia ma powiązania. I obowiązkowo naprowadzi nas na samego doktora.
Obyś wyrzekł to w dobrą godzinę - przyszło mi do głowy ludowe przysłowie, ale nie zacytowałem go głośno. Minęło jeszcze z pół godziny. Zacząłem rozmyślać o tym, że po raz pierwszy w życiu straciłem rachubę dni. Czy dziś jest piątek, czy też sobota? Siedemnasty czy też osiemnasty? Nie było to takie ważne, ale z jakiegoś powodu zupełnie nie mogłem się uspokoić i w końcu nie wytrzymałem, spytałem szeptem:
- Dziś siedemnasty?
Fandorin wyciągnął bregueta, błysnęły fosforyzujące wskazówki.
- Od pięciu minut już osiemnasty.
18 maja
Miniony dzień był ciepły, wieczór także, jednak przesiedziawszy kilka godzin bez ruchu, porządnie skostniałem. Szczękały mi zęby, zastygły nogi i całkiem straciłem nadzieję na pomyślny rezultat naszego nocnego czuwania. Fandorin zachowywał kompletną obojętność - powiem więcej: przez cały ten czas nawet nie drgnął, tak że już zacząłem podejrzewać, czy aby nie śpi z otwartymi oczyma. Najbardziej denerwował mnie spokój, wręcz błogostan, malujący się na jego obliczu... Były radca stanu wyglądał, jakby słuchał czarodziejskiej muzyki albo śpiewu rajskich ptaków.
Nagle, kiedy już zupełnie poważnie rozmyślałem, czy się nie zbuntować, Erast Piotrowicz, nie zmieniając radosnego wyrazu twarzy, szepnął:
- Uwaga.
Rozejrzałem się, ale nie dostrzegłem żadnych szczególnych zmian. W domu naprzeciwko wciąż w dwóch oknach paliło się światło. Poza tym nic nie było widać ani słychać.
Znowu spojrzałem na Fandorina i zobaczyłem, że jeszcze się nie wyrwał ze stanu snu, nirwany czy też rozmarzenia - słowem, dziwnego transu, w którym się pogrążył.
- Teraz wyjdą - powiedział cicho.
- A skąd to wiecie?
- Zjednoczyłem się z domem, pozwoliłem mu przeniknąć we mnie i zacząłem słyszeć jego oddech - rzekł z najpoważniejszą miną Erast Piotrowicz. - Jest taki wschodni s-sposób. Długo trzeba by opowiadać. Ale minutę temu dom zaczął się kołysać i skrzypieć. Z-zamierza wyrzucić z siebie ludzi.
Trudno było od razu zrozumieć, czy Fandorin żartuje, czy też plecie trzy po trzy przez sen. Skłoniłem się ku drugiemu wariantowi, ponieważ jak na żart wcale to nie wydawało się śmieszne.
- Panie Fandorin, czy pan śpi? - zainteresowałem się ostrożnie, ale w tej samej chwili światła w oknach niespodziewanie zgasły. Pół minuty później drzwi się otworzyły i na ulicę wyszły dwie postaci.
- W domu nikogo nie ma, jest pusty - powoli wyrzekł Fandorin, a potem nagle złapał mnie za łokieć i szybko rzekł: - To jest Lind, Lind, Lind!
Ze strachem odwróciłem głowę i zobaczyłem, że Erast Piotrowicz zupełnie się zmienił: twarz naprężona, oczy skupione, wzrok pełen koncentracji.
Czy to naprawdę Lind?
Pocztyliona poznałem po sylwetce i czapce. Jego towarzysz był średniego wzrostu, z narzuconym na ramiona długim płaszczem typu almawiwa i w kalabryjskim kapeluszu z nisko opadającym rondem.
- Drugi - szepnął Fandorin, boleśnie ściskając mi łokieć.