Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
Pan Lodowego Ogrodu. Tom I - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pan Lodowego Ogrodu. Tom I

Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:

Jarosław Grzędowicz — urodzony w 1965 roku, debiutował w 1982 na łamach tygodnika „Odgłosy” opowiadaniem Azyl dla starych pilotów. Klub absolutnej karty kredytowej (publikacja w internecie w 1999 r.) otrzymał nominację do Nagrody Elektrybałta, a po publikacji w Wizjach alternatywnych 2002 także nominację do nagrody Sfinksa. W 1990 roku wraz z Andrzejem Łaskim, Krzysztofem Sokołowskim, Dariuszem Zientalakiem i Rafałem Ziemkiewiczem założył magazyn literacki „Fenix”, w którym prowadził dział prozy polskiej, a od 1993 roku był jego redaktorem naczelnym.
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
1 ... 79 80 81 82 83 84 85 86 87 ... 98
Перейти на страницу:

Długo patrzyłem, jak pływa to tu, to tam po rzece, patrzyłem z mieszaniną pogardy i litości.

Okradał trupy, ale też co dla niego znaczyły jakieś bitwy w mieście? Co go obchodziło, czy nadal będzie rządził cesarz, który jest jakimś Kirenenem i który chciał zbudować lepszy kraj, tylko nie zdążył, czy też teraz będzie go obowiązywał jakiś Kodeks Ziemi, jakiś podziemny kult, a władza to teraz będą nie cesarscy urzędnicy, tylko kapłani w maskach? Czy to wszystko znaczy, że darmowe sandały i kurta mają spłynąć rzeką? Ani cesarze, ani kapłani nie dali mu nigdy sandałów. Dał mu je martwy żołnierz. Teraz założy je na stare, płócienne buty i nie tylko stanie się elegancki. Teraz te buty wytrzymają znacznie dłużej. Resztę się sprzeda i będzie można kupić sobie durry albo chleba, albo mięsnych grzybów. Albo węgla drzewnego na zimę czy oliwy.

Tak to wyglądało, bez różnicy, czy mi się podobało, czy nie. Do tego miałem uczucie, że gdyby ten miły rybak wiedział, kto siedzi w trzcinach kilka kroków od niego, obłowiłby się może jeszcze bardziej. Dlatego trzymałem w dłoni swoją podróżą laskę z lekko już wysuniętym ostrzem.

Rybak po jakimś czasie odpłynął i znowu zostałem sam. Im dłużej tak siedziałem, tym bardziej czułem, jak rośnie we mnie niepokój. Bałem się i o Brusa, i o siebie. Nie umiałem powiedzieć, jak długo go już nie było, ale zdawało mi się, że za długo. Cokolwiek się wydarzyło i tak musiałem czekać do nocy, by odpłynąć.

Nie miałem tylko pojęcia, dokąd.

Po kolejnym, długim czasie znowu usłyszałem hałas, plusk wody i postukiwanie kroków na deskach pokładu. Tym razem rzeką ciągnęła dwupokładowa galera. Leżałem zupełnie nieruchomo i patrzyłem pomiędzy źdźbłami trzciny. Słychać było już wyraźnie łomot bębnów i świst bicza pod pokładem, szeregi wioseł poruszały się równo jak płetwy jakiegoś morskiego stworzenia, a dziób ciął fale, ukazując co chwilę mierzący do przodu żelazny taran. Na górnym pokładzie stali żołnierze z łukami gotowymi do strzału i uważnie przeglądali brzegi. W koszach płonął ogień, a przy dwóch balistach na dziobie i rufie załogi czekały na rozkaz.

Leżałem jak zając, przekonany, że łomot mojego serca zagłuszy za chwilę ich bęben.

Jeden z żołnierzy nagle napiął łuk i strzała bzyknęła w trzciny, trafiając coś, co wydało mu się podejrzane. Strzelec wskazał to miejsce drugą strzałą trzymaną w ręku, a jego sąsiad zaniósł się śmiechem.

Jeszcze wczoraj wszystkie te galery należały do mojego ojca. Dziś były to jedynie okręty wroga.

Galera płynęła szybko i nie upłynęło dużo czasu, jak bęben i plusk wioseł ucichły, a słychać było tylko poświstywanie ptaków, szelest trzcin i plusk wody.

Może Brus zostawił mnie samego?

Moja wartość mnie samemu zdawała się śmiechu warta. Istniała, dopóki stał Tygrysi Pałac, póki wokół mnie kręciły się setki wiernych ludzi. Miałem gwardzistów, kodeksy starych mistrzów, doradców. Ale teraz?

Byłem tylko niedorostkiem. Rzeczywiście, mogłem zostać najwyżej pisarzem w świątyni. Jak miałbym odwrócić to, co się stało? Kogo porwać za sobą i ku czemu poprowadzić?

Sam, Brus mógł zaszyć się gdzieś i przetrwać. Byłem dla niego tylko ciężarem.

Siedziałem długo, pogrążony w takim przygnębieniu, a potem zrobiło mi się wstyd. Wstyd na myśl o tym, co powiedziałby ojciec, gdyby usłyszał moje myśli.

Co powiedziałby Rzemień? Czy dziesięć lat w Domu Stali zdało się na nic?

Nahel Ifrija także nie miała niczego. Wyszła z pustyni, na której nie może przetrwać ani człowiek, ani zwierzę. I w pół roku zwaliła tysiącletnie cesarstwo w pył, pokonała nas wszystkich, zamkniętych za murami pałaców, bogatych wiedzą setek kireneńskich mędrców, otoczonych uzbrojonymi po zęby żołnierzami.

A miała mniej niż ja w tej chwili.

Być może umiała czynić. Być może znalazła zaginione imiona bogów. Miała swoją Podziemną Matkę. Ja też miałem swoich nadaku. Miałem też mądrość nieznanego Stworzyciela i Drogę Pod Górę. Tam, na północy, gdzie niegdyś był Kirenen.

Uznałem, że Brus nie wróci. W takim razie pójdę go szukać. Jestem Kirenenem. Jestem z klanu Żurawia, więc nie zostawię go. Tak nakazuje honor wojownika. Jeżeli zginął, wrócę tu, wsiądę na łódź i popłynę dalej. A potem porzucę ją i pójdę na północ. Nocami, jak radził. Przez Ostre Góry. Zobaczę na własne oczy Dolinę Czarnych Łez. Znajdę miejsce, w którym kiedyś stał zamek Żurawia — Władcy Ognia, siedziba mojego rodu. Nawet jeżeli nie ma tam już Kirenenów, to duchy miejsca ocalały. Drzemią w górach, skałach i uroczyskach. Przywołam nasze nadaku i z nich zaczerpnę siłę. Zaszyję się w górach i poszukam imion bogów. A potem wrócę i zniszczę Ifriję.

Postanowiłem poczekać do zmierzchu, a potem iść śladem Brusa.

Po południu usłyszałem mowę bębnów. Znów nic nie zrozumiałem poza trzema zniekształconymi słowami, które wydały mi się podobne do „rzeka”, „trzy” i „łańcuch”.

Tak wmówiłem sobie, iż Brus przepadł, że kiedy wrócił, byłem pewien, że to nie on. Tym bardziej, że prześlizgnął się pomiędzy trzcinami niemal bezgłośnie. Nagle przy dziobie wyrosła ciemna sylwetka, więc porwałem kij, wysuwając ostrze, i pchnąłem go w szyję pod brodą.

Odbił pchnięcie własnym kijem i upadł w wodę na wznak. Poderwał się natychmiast, złowił odpływający kapelusz i spojrzał na mnie ze wściekłością.

— To tylko ja! Gdybym miał złe zamiary, z pewnością byś już nie żył. Słychać mnie wyraźnie na dziesięć kroków!

Wrzucił do łodzi mokry worek, który niósł w drugim ręku, i wgramolił się na pokład.

— Słyszałeś bębny?

— Tak. O zmroku miałem zamiar po ciebie iść.

Znieruchomiał ze spodniami w ręku.

— A jak chciałeś mnie znaleźć? I po co? Skoro nie wróciłem, to znaczyłoby, że nie żyję albo, co gorsza, zdradziłem. Ewentualnie, że mnie schwytano, a to znaczy, że wkrótce zdradzę na torturach. W każdym razie powinieneś natychmiast uciekać.

— Dlaczego mówisz, że zdradzisz?

— Nie widziałeś tortur, a ja tak. Ludzie mogą trzymać się dłużej lub krócej, ale głupotą jest zakładać, że pozostaną niezłomni. Kiedy ktoś ci bliski wpada w ręce wroga, natychmiast przyjmij, że powie wszystko, co wie. Tak jest bezpieczniej. Będę starał się w razie czego zginąć lub zadać sobie śmierć, ale nigdy nie wiadomo. Teraz koniecznie spróbuj spać. Przed nami cała noc. Co gorsza, to ostatnia, jaką zaryzykujemy w łodzi.

— Dlaczego?

— Dokąd szedł meldunek, skoro przesyłano go tędy?

— Mógł być ogólny. „Do wszystkich uszu”. Skoro Nahel Ifrija przejęła władzę, wyśle dużo takich meldunków.

— Na to był za krótki. A jeżeli nie był ogólny?

— To szedł do ujścia. Do fortu w Czendżabadzie.

— A to oznacza, że zechcą zamknąć rzekę.

Roześmiałem się.

— Jak można zamknąć rzekę?

— Wystarczą trzy galery, zakotwiczone w nurcie jedna obok drugiej. Ustawia się je dziobem do nurtu i rzuca kotwice. A potem łączy się burty łańcuchami. Pomiędzy burtami okrętów pełnych łuczników, nikt nie przepłynie żywy.

— Już płynęła w górę jedna galera... — powiedziałem. — Dowiedziałeś się czegoś?

— Tu jest niedaleko osada. Obserwowałem ją tylko z ukrycia. To wolni z niskich kast. Znaczy się byli wolni do wczoraj. Głównie Hirukowie i Karahimowie, dwie możniejsze rodziny Afraimów. Słyszeli tylko pogłoski. Że wraca Kodeks Ziemi. Żony rodowitych Amitrajów od razu zaczęły się wyprowadzać i urządzać sobie Dom Kobiet. Inni ładują dobytek na wozy i chcą uciekać. Mówi się też, że gniew Podziemnej Matki nie został jeszcze ułagodzony i poddani, hołdujący cudzoziemskim modom, religiom i łamiący Kodeks Ziemi, mają ostatni moment, by się nawrócić. Jeśli się spóźnią, susza powróci, a ich zmiecie Ogień Pustyni. To wszystko jednak plotki. Nikt nie wie, co będzie dalej. Niektórzy szykują już zapasy, by oddać je kapłanom, a inni zakopują je do ziemi. W każdym razie karczmarz już rozbija beczki z piwem i palmowym winem. Kapłani jeszcze nie przybyli.

1 ... 79 80 81 82 83 84 85 86 87 ... 98
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)