Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Исторические детективы » KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów
KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów

Электронная книга - «KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów». Краткое содержание книги:

Podczas przygotowań do koronacji cara Mikołaja II porwany zostaje syn Wielkiego Ksiecia Georgija Aleksandrowicza. Porywacz jako okupu żąda `Orłowa`. Ten bezcenny brylant zdobiący berło jest narodową świętością. Fandorin wie, że zbrodniarz nie zwykł zostawiać swych ofiar przy życiu. Musi więc wygrać wyścig z czasem.
1 ... 79 80 81 82 83 84 85 86 87 ... 104
Перейти на страницу:

- Ale... Ale jak się tego domyśliliście?

Fandorin uśmiechnął się z zadowoleniem.

- Siedziałem w herbaciarni naprzeciw poczty. Czekałem, kiedy wyjdziecie za człowiekiem, który odebrał list. Czas uciekał, a wy wciąż nie wychodziliście. Taka zwłoka ze strony Linda wydała mi się dziwna. Przecież jest zainteresowany naszym spotkaniem nie mniej niż ja. Nikt z wchodzących na pocztę nie pozostawał tam zbyt długo ani nie dostrzegłem nikogo podejrzanego. Ciekawie zrobiło się dopiero za kwadrans czwarta. Nasi dwaj znajomi przyszli razem, a potem się rozdzielili. Jeden usiadł w herbaciarni, o dwa stoły ode mnie, poprosiwszy po niemiecku o miejsce przy oknie. Nie s-spuszczał oczu z drzwi urzędu pocztowego, na boki zupełnie się nie rozglądał. Drugi na chwilkę zajrzał do urzędu i przyłączył się do kolegi. Najwyraźniej was odkryto, jednak z jakiegoś powodu ludzie Linda nie zamierzali odebrać mojego listu i zapoznać się z jego treścią. Myślałem o tym dostatecznie długo i w końcu wysnułem h-hipotezę. Tuż przed zamknięciem poczty poszedłem ją sprawdzić. Widzieliście, jak Pocztylion wytrzeszczył na mnie oczy, kiedy nazwałem się okazicielem banknotu? Był kompletnie zaskoczony, ponieważ żaden okaziciel nie istniał - on przecież wiedział o tym najlepiej. Nie potrafił zapanować nad swoją mimiką i to go zdradziło. Możemy przypuścić, że to właśnie on jest tym rosyjskim pomocnikiem, który napisał znane wam żartobliwe ogłoszenie do gazety. I właśnie Pocztylion zaprowadzi nas do Linda.

- A jeśli, zaniepokojony pojawieniem się zagadkowego bosmana, już pobiegł uprzedzić doktora?

Fandorin popatrzył na mnie jak na nierozgarniętego młodzika.

- Powiedzcie, Ziukin, czy wy kiedykolwiek odbieraliście listy na poste restante? Nie? To widać. Poczta przechowuje list lub przesyłkę przez trzy dni, a potem zaczyna doliczać karę.

Myślałem, myślałem, ale nie znalazłem w tej okoliczności żadnego związku z wypowiedzianym wcześniej przypuszczeniem.

- No i co?

- A to - Erast Piotrowicz westchnął niezadowolony - że tam, gdzie przyjmuje się opłaty, musi być prowadzona sprawozdawczość finansowa. Nasz przyjaciel nie może wyjść, póki nie rozliczy się i nie zda kasy - to wyglądałoby zbyt podejrzanie. Te zaś drzwi są wyjściem służbowym. Za pięć minut, najpóźniej za dziesięć, Pocztylion nimi wyjdzie i szybko uda się wprost do doktora Linda. A my pójdziemy za nim. Mam nadzieję, że to ostatni z pomocników doktora. Już wystarczająco mi się oni znudzili.

- Dlaczego zabiliście tego Niemca? - przypomniałem sobie. - Tylko za to, że na was splunął? Przecież był ogłuszony, bezbronny!

Fandorin zdziwił się.

- Widzę, Ziukin, że uważacie mnie za takiego samego potwora jak Lind. A po co miałbym go zabić? Nie mówiąc już o tym, że to cenny świadek. Pozbawiłem go jedynie przytomności, na długo, gdzieś na cztery godziny. Sądzę, że tyle wystarczy, aby obu t-tych gołąbeczków znalazła policja. Czy to nie interesujące znalezisko: trup i obok nieprzytomny z rewolwerem w kieszeni. I jeszcze zostawiłem swoją kartę wizytową z dopiskiem: „To człowiek Linda”.

Przypomniałem sobie biały papierek, który Fandorin rzucił bandycie na pierś.

- Może Karnowicz z Łasowskim coś z niego wyciągną. Choć to mało prawdopodobne - wśród pomocników Linda nie ma zdrajców. W każdym razie policja zacznie wątpić w to, że my dwaj jesteśmy złodziejami, a to już nieźle.

Ostatnie przypuszczenie zabrzmiało całkiem sensownie, chciałem o tym powiedzieć Fandorinowi, ale on bezceremonialnie zakrył mi dłonią usta.

- Cicho!

Wąskie drzwi otworzyły się gwałtownie i na podwórze wyszedł, a właściwie wybiegł, znajomy pocztowiec, tylko teraz miał na głowie urzędową furażkę i teczuszkę pod ręką. Prędziutko minął pojemniki na śmiecie, po czym dał nurka do bramy.

- Spieszy się - szepnął Erast Piotrowicz. - To bardzo dobrze. To znaczy, że nie mógł z-zadzwonić albo że nie ma dokąd. Ciekawe, jak powiadomił Linda o waszej obecności? Przekazał notatkę? Z tego wniosek, że melina doktora jest całkiem blisko. Koniec, idziemy!

Szybko wyszliśmy na ulicę. Rozejrzałem się na boki, wypatrując wolnej dorożki: przecież jeśli Pocztylion się spieszy, to bez wątpienia weźmie fiakra. Ale nie - szybko oddalająca się sylwetka w czarnym pocztowym uniformie przecięła bulwar i skręciła w wąską uliczkę. Widać domysł Erasta Piotrowicza jest trafny i Lind ukrywa się gdzieś tutaj, niedaleko...

Nie zatrzymując się, Fandorin polecił:

- Zostańcie dziesięć sążni z tyłu i zachowujcie tę odległość. Tylko nie biegnijcie.

Łatwo powiedzieć „nie biegnijcie”! Sam Erast Piotrowicz jakimś cudem potrafił iść szybko, lecz bez widocznego pośpiechu, za to ja musiałem się poruszać na modłę postrzelonego zająca: przechodzę ze dwadzieścia kroków, potem trochę podbiegam; idę - znów podbiegam. Inaczej bym go zgubił. Już prawie całkiem ściemniało i było to nam na rękę - gdyby nie zmrok, moje dziwaczne manewry pewnie przyciągnęłyby uwagę nielicznych przechodniów.

Pocztylion trochę pokluczył wśród zaułków i nagle zatrzymał się przed małą drewnianą willą, której drzwi wychodziły wprost na trotuar. W jednym z zasłoniętych okien paliło się światło - wewnątrz ktoś był. Ale Pocztylion nie zadzwonił. Otworzył drzwi własnym kluczem i zniknął za nimi.

- Co robimy? - spytałem, doganiając Fandorina.

Wziął mnie za łokieć, odciągnął dalej od domku.

- Nie wiem. Pomyślmy trochę. - W świetle latarni było widać, jak gładkie czoło pod lakierowanym daszkiem policyjnej czapki pokryło się fałdami zmarszczek. - Możliwości jest kilka. Pierwsza. Doktor Lind i zakładnicy są tutaj. W takim razie trzeba obserwować okna i czekać. Jeśli zaczną uciekać - uderzymy. Druga możliwość. Tutaj jest tylko Lind, a Emilia i chłopczyk są w innym miejscu. Musimy więc również czekać, dopóki on nie wyjdzie, i śledzić go, aż zaprowadzi nas do zakładników. Trzecia możliwość. Tutaj nie ma ani Linda, ani zakładników, tylko Pocztylion i jego rodzina - przecież ktoś w domu już był. W tym przypadku u Pocztyliona powinien się zjawić wysłannik Linda; wątpliwe, aby w takim domku była linia telefoniczna. Tak czy owak, też trzeba poczekać. Popatrzymy, kto przyjdzie, i dalej będziemy działać stosownie do okoliczności. Zatem mamy trzy warianty, ale w każdym z nich trzeba czekać. Lepiej znajdźmy sobie wygodne miejsce, oczekiwanie może być długie. - Erast Piotrowicz rozejrzał się dookoła. - O, Ziukin, sprowadźcie nam tu z bulwaru fiakra. Nie mówcie, dokąd ma jechać. Powiedzcie tylko, że najmujecie go na długo i że zapłata będzie szczodra. A ja tymczasem poszukam wygodniejszego miejsca.

1 ... 79 80 81 82 83 84 85 86 87 ... 104
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)