Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #1
- Год: 2005
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
— Teraz muszę iść i zostawię cię tutaj. Muszę zobaczyć, gdzie jesteśmy i co się dzieje. Czy na drogach stoją patrole, czy gdzieś toczą się jeszcze walki. Czy da się kupić żywność. Wrócę. Najdalej do południa. Jeżeli jednak nie wrócę do nocy, zepchnij łódź na wodę i płyń z prądem. O brzasku stawaj w ukrytych miejscach. W trzcinach, na wyspach lub w wąskich odnogach. Nie pal ognia. Strawę jedz zimną albo podgrzewaj ją nad knotem lampy. W dzień śpij, płyń lub maszeruj nocą. Nie mów z nikim i nie pozwól się zobaczyć. Jeżeli ujrzy cię jeden człowiek, zabij go. Jeżeli więcej, uciekaj. Jeżeli nic się nie wydarzy, po dziesięciu nocach powinieneś dotrzeć w pobliże Sauragaru. Znajdź wtedy szlak i kieruj się na wschód. W stelażu mojego kosza znajdziesz pusty w środku kawałek drewnianej trzciny, a wewnątrz spisane miejsca, do których masz się kierować, i ludzi, którzy być może pomogą ci. To tyle. Ale ja wrócę.
Wrócę do południa. Nie schodź na brzeg. Jeżeli usłyszysz kogoś, nie ruszaj się. Każdy, kto mieszka nad rzeką, rozpozna dźwięk, jaki wydaje poruszenie się na łodzi. Jeżeli będziesz potrzebował się oczyścić, także zrób to z łodzi. Jeżeli będziesz chciał jeść lub pić, są zapasy. I nie pij wody z rzeki. Burza spowodowała powódź, a wojna spuściła nią wiele trupów. W wodzie może być zaraza.
Po tych słowach zabrał kij oraz zawiniątko, zrobione ze spodni, butów i skarpet, które wcisnął do sztywnego, podróżnego kapelusza, i nakrył mnie starą siecią rybacką od palankinu aż po dziób po czym powplatał w nią łodygi trzcin.
— Gdybyś jednak potrzebował wyjść, sieć jest rozcięta z jednej strony — oznajmił, a potem, niosąc kapelusz pełen rzeczy niczym koszyk i kij założony za kark i opleciony jedną ręką, wszedł między trzciny.
Zostałem sam.
Na łodzi było dość miejsca, żeby przejść ostrożnie na rufę i tam zasiąść pod osłoną palankinu i sieci na wygodnej ławeczce. Mogłem patrzeć między łodygami na rzekę, osłoniętą ścianą trzcin, a gdybym chciał się położyć, mogłem wczołgać się pod pałąki na dziobie i spać.
Znalazłem kilka ogromnych gąsiorów z wodą i winem palmowym, suszone koźle mięso, wędzone sery, chleb, miodowe śliwy i różne inne rzeczy.
Pokrzepiłem się odrobinę, ale nie czułem się głodny. Raczej chory. Zapragnąłem czarki naparu orzechowego, ale nie byłem pewien, czy mam tu orzechy, czarki i tygle. Nie chciałem też palić bez potrzeby ognia.
Siedziałem na ławce jak w trzcinowej altanie, żułem suszone śliwy i nic nie mogłem poradzić na to, że cała sytuacja wreszcie do mnie dotarła. Pokrywa kosza spadła i moje koszmary wydostały się na zewnątrz. Widziałem ich wszystkich. Cały korowód twarzy. Takich, jak ich zapamiętałem, i to, jak musiała wyglądać ich śmierć. Głowę Aiiny, trzymaną za włosy przez wyjących żołnierzy. Mojego biednego brata, przywykłego raczej do cintaru niż miecza, zadźganego włóczniami, moje nieszczęsne pokojowe, gwałcone przez dziesiątki cuchnących jak kozły, chrzęszczących obryzganym krwią żelazem żołnierzy, potem zarżnięte tępymi, poszczerbionymi ostrzami mieczy piechoty. Płonące zasłony Domu Cynobru, zwijające się i czerniejące kwiaty i kwitnące gałęzie, malowane ptaki, odlatujące razem z sadzą i płomieniami.
Nie będzie już Święta Wiatru? Tysięcy latawców puszczanych w pierwszych, ciepłych podmuchach? Nie będzie Święta Nadejścia Słońca w samym środku mroźnej zimy? Wielkich ognisk płonących na śniegu? Tańców wokół ognia? Nie będzie Dnia Letnich Godów? Nic, tylko niekończące się krwawe ofiary i modły u stóp Czerwonych Wież? Tylko święta płodności i święta Podziemnego Łona przy każdej okazji?
Rozpacz nie trwała długo. Zupełnie jakby wypaliła się we mnie już wcześniej. I jakby potem całe moje wnętrze zamarło. Nie wiedziałem, czy ojciec miał rację, sądząc, że mogę powrócić za jakiś czas i przywołać to wszystko do życia. Ale byłem pewien, że spróbuję albo umrę, próbując.
Z nudów obejrzałem kij, ale nie udało mi się do końca rozszyfrować, jak działa. Umiałem wyjąć miecz, udało mi się również sprawić, że drugi koniec wypuścił wąskie ostrze i zamienił się we włócznię, ale niczego więcej nie znalazłem.
Przejrzałem także swój kosz podróżny. Można tam było znaleźć to, co ludzie zazwyczaj zabierają w podróż i z czym mógłby wędrować Ardżuk Hatarmał, Sindar z Kamirsaru. Trochę bielizny, ciepły kaftan, płaszcz, buty, jedne zapasowe, drugie filcowe na zimę, wojskowe okute sandały do zakładania na obuwie, ręcznik, koc, łyżka, metalowe szczypczyki do jedzenia, mały nóż, kubek, pudełko z przyborami do pisania. Oraz moja żelazna kula życzeń. Prezent od Rzemienia, który Fyalla albo Tahela spakowały mi do plecaka. Na wypadek, gdyby było mi smutno, gdyby nie było ich przy mnie, żeby mnie pocieszyć.
Rozpłakałem się dopiero wtedy, siedząc nad otwartym koszem i ściskając kulę w dłoni, tak jak robiłem to przez całe życie.
Nawet jeżeli powrócę na czele wojska, zwalę Czerwone Wieże i położę paskudną głowę Nahel Ifriji na grobie ojca, odbuduję pałac i Wioskę Chmur, to czy oni powrócą? Wyjdą jedno za drugim z mgły i usiądą ze mną na patio?
Wstało mgliste słońce, a ja siedziałem na łodzi.
Czekałem.
Gdy nastał ranek, nagle usłyszałem śpiew.
Jakiś chłop, może rybak, płynął rzeką wzdłuż trzcin. Słyszałem, jak skrzypią wiosła i jak śpiewa prostą, ckliwą piosenkę o łapaniu ryb i o tym, jak najpiękniejsze zaniesie do domu swojej ukochanej. I że te ryby są piękniejsze niż klejnoty, których on nie ma i mieć nie będzie, bo jest biedny. I jeszcze, że ryby można zjeść, a klejnoty są zimne, twarde i nie napełnią brzucha.
Uśmiechnąłem się z rozczuleniem. Tam toczyła się wojna, kapłani podrzynali ludziom gardła, płonęły miasta i waliły się trony, całymi nocami niebem niosła się obca mowa bębnów, a on robił swoje. Łowił ryby. Nakarmi swoją ukochaną, a resztę zaniesie na bazar. Tamci napchają brzuchy i będą dalej bić, burzyć i palić, i nie zdadzą sobie nigdy sprawy, że mogą sobie na to pozwolić tylko dlatego, że on niczego nie podpala ani nie zabija, tylko łowi ryby.
Rozsunąłem lekko trzciny wplecione w sieć, żeby na niego popatrzeć.
Złożył wiosła i wyjął długą tyczkę zakończoną hakiem, którą zanurzył w wodzie. Zrobiło mi się żal biednego, ciemnego durnia, który szuka swoich pułapek na kraby i małże albo więcierzy, mimo że zeszła burza, rzeką popłynęła wczoraj fala powodziowa, wlokąc wojenne śmieci, a te jego pułapki i sieci poszły w drzazgi lub płynęły teraz do morza.
Rybak jednak coś znalazł i holował to do swojej łodzi, dalej śpiewając przez zaciśnięte zęby.
Przyjrzałem się dokładniej i okazało się, że wesoły rybak holuje — trupa. Udało mu się przyciągnąć zwłoki do burty i uwiązać za szyję, po czym, stękając, odwrócił je na wznak i rozpiął pas, który wrzucił do łodzi, przeszukał zanadrze, obmacał szyję i znalazł jakiś amulet, który po chwili też zagrzechotał o deski, a potem odpiął jeszcze sandały i odepchnął trupa swoją tyczką, wysyłając go w dalszą drogę z nurtem.
Zrobiło mi się niedobrze. Zobaczyłem, jak nadal śpiewając, powiosłował do następnego dryfującego rzeką ciała, zwieńczonego niczym masztem, sterczącą z pleców długą strzałą. Wyjął składany nożyk, po czym obciął strzałę i zdjął martwemu żółtą kurtę maranaharskiego tymenu piechoty. W zadumie przełożył palec przez dziurę po strzale, jakby szacując, czy to się opłaci zaszywać.