KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Przygody Erasta Fandorina #8
- Язык: польский
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów». Краткое содержание книги:
Bosman skręcił w zaułek. Ja - za nim. Tamci dwaj - za mną. Żadnych wątpliwości: te gołąbeczki to pomocnicy doktora!
Nagle marynarz wszedł w wąską bramę. Zwolniłem, ogarnięty zrozumiałą trwogą. Jeśli ci dwaj pójdą za mną, a Fandorin pozostał w tyle albo w ogóle gdzieś przepadł, to możliwe, że żywy z tej ciemnej szczeliny nie wyjdę. A i staruszek chyba nie jest taki prostoduszny, jak to się wydawało z początku. Czy powinienem pchać się w pułapkę?
Nie wytrzymałem i wbrew zaleceniom obejrzałem się. W zaułku oprócz dwóch bandytów nie było żywej duszy. Jeden udawał, że czyta szyld sklepiku kolonialnego, drugi odwrócił się ze znudzoną miną. I nigdzie śladu Erasta Piotrowicza!
Nie miałem wyboru - skręciłem w bramę. Zaułek okazał się długi: podwórze, potem jeszcze jedna brama, i jeszcze jedna, i jeszcze jedna. Na ulicy zaczęło już zmierzchać, a tu od dawna panowała ciemność, mimo to sylwetkę bosmana powinienem był dostrzec. Tymczasem staruszek zniknął, jakby się pod ziemię zapadł!
Nie mógł tak szybko pokonać tej całej amfilady. Chyba że puścił się biegiem, ale wtedy usłyszałbym głośny tupot. A może skręcił w pierwsze podwórze?
Zamarłem w miejscu.
Nagle z boku, z ciemności, rozległ się głos Fandorina:
- Nie sterczcie tu tak, Ziukin. Idźcie powoli i trzymajcie się światła, żeby was widzieli.
Już zupełnie przestałem cokolwiek rozumieć, posłusznie podreptałem naprzód. Skąd tu się wziął Fandorin? I gdzie się podział bosman? Czyżby Erast Piotrowicz już zdążył go ogłuszyć i ukryć?
Z tyłu zadudniły kroki, odzywając się głośnym echem pod niskim sklepieniem. Przyspieszyły, zaczęły się przybliżać. Czyżby prześladowcy postanowili mnie dogonić?
Wtem dobiegł skądś suchy trzask, od którego włosy stanęły mi dęba. Taki dźwięk słyszałem już nieraz, kiedy ładowałem rewolwer Pawła Gieorgijewicza i odciągałem kurki - jego wysokość lubi sobie pocelować do tarcz na strzelnicy.
Odwróciłem się, oczekując huku i ognia, ale strzału nie było.
Na tle jasnego prostokąta bramy zobaczyłem dwie postaci, a potem jeszcze i trzecią. Ta ostatnia odkleiła się od ściany, z niewyobrażalną szybkością wyrzuciła przed siebie długą nogę i jeden z moich prześladowców zgiął się wpół. Drugi błyskawicznie się odwrócił i wyraźnie ujrzałem lufę pistoletu, ale ów szybki cień machnął ręką - z dołu do góry, pod ostrym kątem - i język ognia wystrzelił pionowo, ku murowanemu sklepieniu, a sam bandyta poleciał na ścianę, osunął się po niej na ziemię i pozostał bez ruchu.
- Ziukin, tutaj!
Podbiegłem, mrucząc: „Oczyść nas ze wszystkich grzechów i zbaw dusze nasze”. Sam nie wiem, co mnie naszło - pewnie byłem w szoku.
Erast Piotrowicz schylił się nad siedzącym, zapalił zapałkę.
Wtedy zobaczyłem, że to nie żaden Erast Piotrowicz, lecz znany mi siwowąsy bosman, i szybko zamrugałem powiekami.
- D-do diabła! - powiedział bosman. - Źle wyliczyłem cios. Wszystko przez tę przeklętą ciemność. Złamana przegroda nosowa i kość wbita w mózg. Trup na miejscu. No, a co z tym?
Zbliżył się do pierwszego bandyty, usiłującego powstać z ziemi.
- Świetnie, ten jest świeżutki. P-poświećcie, Afanasiju Stiepanowiczu.
Potarłem zapałkę. Słaby ogieniek oświetlił bezmyślne oczy i chwytające powietrze usta.
Bosman, który okazał się Fandorinem, przykucnął i zaczął wymierzać ogłuszonemu głośne policzki.
- Gdzie Lind?
Żadnej odpowiedzi, tylko ciężki oddech.
- Ou est Lind? Wo ist Lind? Where is Lind? - powtarzał Erast Piotrowicz z przerwami, w różnych językach.
Wzrok leżącego już nie był bezmyślny, tylko ostry i zły. Usta zwarły się, zadrżały, zaokrągliły i w twarz Fandorina poleciała ślina.
- Du, Scheissdreck! Kuss mich auf...* [Ty zasrańcu! Pocałuj mnie w... (niem.).]
Ochrypły okrzyk ucichł, kiedy Fandorin szybko uderzył śmiałka kantem dłoni w gardło. Zły blask w oczach zgasł, głowa głucho stuknęła potylicą o ziemię.
- Zabiliście go! - krzyknąłem przerażony. - Dlaczego?
- I tak nic nie powie, a my nie m-mamy czasu.
Erast Piotrowicz obtarł plwocinę, ściągnął z zabitego kurtkę. Rzucił mu na pierś coś białego, malutkiego - nie dostrzegłem co.
- Szybciej, Ziukin! Zdejmijcie mundur. Załóżcie to.
Oderwał siwe wąsy i brwi, zrzucił na ziemię bosmański tużurek - pod spodem miał półsurdut z wąskimi klapami - do furażki przyczepił kokardę i nagle czapka marynarska przekształciła się w policyjną.
- Brakuje wam szabli - zauważyłem. - Oficer policji nie może być bez szabli.
- Będzie i szabla. Ciut p-później. - Fandorin chwycił mnie za rękę i pociągnął za sobą. - Szybciej, Ziukin, szybciej!
Żal mi było rzucić na ziemię dobry gatunkowo mundur, więc powiesiłem go na klamce u bramy - komuś się przyda. Erast Piotrowicz obejrzał się w biegu.
- Order!
Zdjąłem z szyi „Włodzimierza”, wsunąłem do kieszeni.
- Dokąd tak pędzimy?! - krzyknąłem, rzucając się za nim w pościg.
Odpowiedzi nie było.
Wybiegliśmy z zaułka z powrotem na Miasnicką, jednak przed samym urzędem pocztowym znowu skręciliśmy w jakąś bramę. Za nią znajdowało się wąskie, kamienne podwórze, na które prowadziło kilka wyjść służbowych.
Fandorin pociągnął mnie w róg podwórza, za wielkie skrzynie na śmieci, wypełnione po brzegi brązowym papierem pakowym i kawałkami szpagatu. Wyjął zegarek.
- Dziewięć po dź-dziesiątej. Szybko nam poszło. Na pewno jeszcze nie wyszedł.
- Kto? - spytałem, dysząc ciężko. - Lind?
Fandorin wsunął rękę wprost do zbiornika z odpadkami, wyciągnął długi, wąski pakunek. Wewnątrz znajdowały się bandolet i policyjna szabla.
- Nasz znajomy z poste restante. To on, czyżbyście nie zrozumieli?
- Doktor Lind? - przeraziłem się.
- Nie, człowiek Linda. Wszystko okazało się bardzo proste, prostsze, niż przypuszczałem. I wyjaśniła się przy okazji zagadka z listami. Teraz rozumiem, dlaczego do Ermitażu trafiały bez stempla. Pracownik poczty - nazwijmy go dla uproszczenia Pocztylionem - po prostu podrzucał je do worka z korespondencją dla rewiru kałuskiego. I nasz dzisiejszy list także od razu wpadł w jego ręce. Z-zauważył, jak kursujecie przy okienku, i dał o tym znać Lindowi, który przysłał swoich ludzi, ci zaś cierpliwie cz-czekali na was na ulicy. Ściśle mówiąc, czekali na Fandorina, ponieważ myśleli, że wy to ja.