Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
Pan Lodowego Ogrodu. Tom I - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pan Lodowego Ogrodu. Tom I

Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:

Jarosław Grzędowicz — urodzony w 1965 roku, debiutował w 1982 na łamach tygodnika „Odgłosy” opowiadaniem Azyl dla starych pilotów. Klub absolutnej karty kredytowej (publikacja w internecie w 1999 r.) otrzymał nominację do Nagrody Elektrybałta, a po publikacji w Wizjach alternatywnych 2002 także nominację do nagrody Sfinksa. W 1990 roku wraz z Andrzejem Łaskim, Krzysztofem Sokołowskim, Dariuszem Zientalakiem i Rafałem Ziemkiewiczem założył magazyn literacki „Fenix”, w którym prowadził dział prozy polskiej, a od 1993 roku był jego redaktorem naczelnym.
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
1 ... 77 78 79 80 81 82 83 84 85 ... 98
Перейти на страницу:

To ja.

Moje imię.

Łódź sunęła wartko z prądem. Brus sterował, niemal nie używając wiosła. Od czasu do czasu pozwalał jej kręcić się w wirach i dryfować bezwładnie tyłem, po to, żeby nie zwracała na siebie uwagi pośród pni, desek, pływających beczek i rozmaitych śmieci, wleczonych rzeką.

Raz przeleciało nad nami kilka zbłąkanych strzał, wbijając się z pluskiem w wodę, raz całkiem niedaleko z sykiem uderzył w wodę zapalający pocisk z jakiejś katapulty, po czym rozlał wokół siebie płonącą plamę ognia, ale myślę, że nie strzelano do nas.

Tym razem, po raz pierwszy od dawna, pogoda była po naszej stronie. Tam, gdzie nie docierała ruda łuna pożarów, stała smolista ciemność, lejący cały czas deszcz tłumił chlupot wody, a szeroka nagle i wartka rzeka pełna śmieci uniemożliwiała jakąkolwiek kontrolę.

W pewnym momencie zniosło nas pod lewy brzeg, gdzie płonął ogień i na jego tle widać było żołnierzy w hełmach i z włóczniami w rękach. Jednak Brus narzucił tylko na siebie przemoczoną szmatę leżącą na palankinie i położył się na wznak. Przyrzucona ciemnymi, brunatnymi plandekami nasza łódź zamieniła się w podłużny, bezkształtny cień, taki sam jak pnie, wzdęte krowy i ciała zabitych, płynące w dół rzeki.

Żołnierze nie zaszczycili nas nawet spojrzeniem.

Po jakimś czasie przestałem wyglądać spod daszku. Położyłem się na dnie, podpierając głowę zwiniętym kocem, i postanowiłem zasnąć, ale nie mogłem.

Czułem, że najważniejsze to nie myśleć. O niczym, co nie jest teraźniejszością. Tak, jak to robił Brus. Przynajmniej takie sprawiał wrażenie. Kiedy spotkamy patrol, myśleć tylko o tym, jak go ominąć, ukryć się albo pozabijać żołnierzy i co ewentualnie zrobić z ciałami. Dopóki mamy łódź, płynąć i myśleć tylko o wodzie, rzece, sterze i wiośle. Kiedy będziemy głodni, myśleć o zdobyciu jedzenia. Nigdy o tym, co będzie dalej. Nigdy o tym, co już było. Nic takiego nie istnieje. Istnieje tylko to, co teraz. Nie jestem cesarzem, władcą świata, sierotą ani uciekinierem, ściganym przez hordy oszalałego wojska. Jestem tym, który płynie rzeką. A potem może tym, który idzie przez las.

Nic więcej.

Brus też stracił cały świat. Też miał przyjaciół, rodzinę, też był Kirenenem jak ja. Ale wydawało się, że interesuje go tylko, jak przedzierać się przez miasto. Jak znaleźć łódź. A teraz, jak niezauważenie prześlizgnąć się rzeką i wydostać ze strefy walk. I nie myśli o niczym innym.

Płynęliśmy z prądem na zachód. Wiedziałem, że wioski, zabudowania i gospodarstwa ciągną się za miastem całymi milami na obu brzegach. Jednak nurt płynął wartko i miałem nadzieję, że do świtu zdołamy dopłynąć do jakichś niezamieszkanych rejonów.

Nie wiedziałem, gdzie jesteśmy, nie wiedziałem też, jak daleko jest do świtu.

Czułem się, jakbym siedział na koszu pełnym jakichś wściekłych zwierząt. Wiedziałem, że wystarczy jeden nieostrożny ruch, a pokrywa kosza spadnie i cały koszmar wydostanie się na wolność. Teraz moja głowa była takim koszem. Stał gdzieś tam w moim umyśle, a zwierzęta wiły się, rzucały i pchały pokrywę.

Nie myśleć. Nie dopuszczać do siebie całej potworności tego, co się stało. Nie ogarniać tego umysłem. Nie myśleć o nikim bliskim. Niech ciągle jeszcze żyją w mojej głowie, niech w mojej pamięci pałac nadal stoi, niech ptaki chodzą po trawie, niech moje dziewczęta siedzą na tarasie z cintarami w rękach. Niech parzy się napar w skręcanych, mosiężnych imbrykach.

Gdzieś w mojej pamięci.

Gdzieś w mojej głowie.

Jest tylko to albo chlupocząca wokół, mętna woda pełna odpadków, i pleciona plandeka nad głową.

Ale nic więcej.

Minęliśmy mosty, bulwary i trakty dochodzące do rzeki oraz wodopoje i małe przystanie. Tutaj na pewno nikt nas już nie mógł widzieć, więc Brus zablokował ster i wiosłował jak szalony to z jednej, to z drugiej burty. Walczył o każdą chwilę ciemności i każdy kolejny krok oddalający nas od miasta.

W końcu ruch, plusk i mrok wzięły górę i zapadłem w półsen, choć wydawało mi się, że nie śpię i cały czas słyszę każde pluśnięcie, szum deszczu i krzyk nocnego ptaka.

Obudził mnie gwałtowny szelest i szuranie o burty. Nasza łódź wbijała się głęboko w trzciny. Woda była tu płytka, a niebo robiło się jasne. Usiadłem gwałtownie i odwróciłem się. Brus odpychał się wiosłem od dna, a na dachu palankinu leżały całe naręcza świeżo ściętych trzcin.

Dziób rozpychał ścianę jasnych łodyg, a za rufą rzeka ledwo już majaczyła pomiędzy trzcinami.

Otworzyłem usta, ale Brus gestem nakazał mi milczenie. Łódź stanęła wreszcie. Mój przewodnik zdjął spodnie i buty, po czym w samej przepasce wszedł do wody, dźgając dno kijem, i zniknął w trzcinach.

Wrócił po dłuższej chwili i wgramolił się na pokład.

— Musiałem sprawdzić, czy nikogo tu nie ma — oznajmił. — Robi się jasno, przeczekamy tu dzień. Kiedy nadejdzie noc, znowu ruszymy. Im dalej możemy popłynąć łodzią, tym lepiej dla nas.

Usiadł i wytarł nogi.

— Są rzeczy, które musisz zapamiętać. Nazywasz się Ardżuk Hatarmał, jak podczas naszych wypraw do miasta, ja zaś, tak samo jak wtedy, nazywam się Tendzyn Byrtałaj i jestem twoim stryjem. Obaj jesteśmy zubożałymi Sindarami z małego miasteczka. Nigdy nie użyliśmy tych imion, więc są bezpieczne. Obaj pochodzimy z Kamirsaru, u podnóża gór Kamir. Zakończyłeś właśnie naukę u pisarza Szyłgana Hatjezida, która pozwoli ci zdać egzaminy na urzędnika niskiej rangi. Jednak twoją ambicją jest służyć jako pisarz i urzędnik Czerwonej Wieży i świątyni Podziemnej Matki. Bowiem najważniejsze są dla ciebie prawdziwe amitrajskie tradycje. Zabrałem cię z miasta, ponieważ twój ojciec jest chory, i wracamy do Kamirsaru. Jak się da. Rewolucja zaskoczyła nas w mieście.

— Jak nazywa się mój ojciec? — zapytałem rzeczowo, starając się ze wszystkich sił nie pomyśleć o własnym ojcu.

— Uzir Hatarmał. Matka nazywała się Ufija Kydyrżym, ale już nie żyje. Umarła, kiedy byłeś dzieckiem. Masz jeszcze brata i siostrę. Proszę, oto list, który niby napisał do ciebie twój ojciec. Tam, pod rozmaitymi pretekstami, wymienione są imiona i nazwiska wszystkich członków twojej rodziny. Musisz się tego nauczyć tak, byś pamiętał nawet we śnie. Musisz pamiętać jeszcze o wielu rzeczach. Odtąd więcej nie powiem do ciebie tak, jak należy. Nie nazwę cię szlachetnym księciem, tohimonem, cesarzem. Są rzeczy ważniejsze od kultury i uprzejmości. Wiedz, że pomimo iż będę cię czasem lżył, wyśmiewał, a może nawet poniewierał, jestem twoim poddanym i widzę w tobie tylko imperatora. Jeżeli odzyskasz tron albo znajdziemy się w bezpiecznym miejscu, możesz wydać mi rozkaz i ja odpłacę śmiercią wszystkie przejawy bezczelności, jakiej się dopuszczę. Jednak musimy być mądrzejsi od naszych wrogów. Dlatego też nie powiemy ani słowa po kireneńsku. Nie będziemy kultywować cywilizowanych obyczajów takich jak kąpiel, wypoczynek po śniadaniu, kontemplacja piękna przyrody lub czytanie. Nie będziemy modlić się do Stworzyciela i dziękować mu, nawet gdy zobaczymy najpiękniejsze widoki i miejsca na świecie. Jesteśmy Amitrajami z Amitraju i uważamy to wszystko za cudzoziemskie słabości i obce obyczaje, których nie rozumiemy. Za piękno uważamy step, galop na koniu i zwycięstwo Podziemnej Matki, które usunie wszystkie różnice i sprawi, że wszystko stanie się jednym. Wszystko, co nie istnieje w Kodeksie Ziemi, uważamy za zbędne i złe. Dlatego nie drgnie nam nawet powieka, kiedy będziemy widzieli, jak plądruje się jakiekolwiek świątynie, jak pali się księgi albo rozbija posągi. Nie zwrócimy uwagi, gdy będą przy nas odbierali ludziom wolność i człowieczeństwo. Nawet nie rozumiemy, co to jest. Dla nas wolność to posłuszeństwo Pramatce, a honor to gorliwość w wypełnianiu obowiązków, pamiętaj o tym. Pamiętaj przez cały czas.

1 ... 77 78 79 80 81 82 83 84 85 ... 98
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)