KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Przygody Erasta Fandorina #8
- Язык: польский
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów». Краткое содержание книги:
- A jeśli mademoiselle i Michał Gieorgijewicz już nie żyją? - wypowiedziałem głośno to, czego bałem się najbardziej.
- Nie, oni żyją - zapewnił z wiarą Fandorin. - Lind doskonale wie, że nie jestem d-durniem i nie oddam diamentu, dopóki się nie upewnię, że jeńcy żyją. - Jeszcze raz szczęknął różańcem i schował go do kieszeni. - Zrobimy tak. Wy w charakterze d-domniemanego Fandorina obserwujecie okienko pocztowe. Ludzie Linda obserwują was. Prawdziwy Fandorin obserwuje ludzi Linda. Wszystko proste, nieprawdaż?
Jego wiara w siebie znowu zasiała we mnie ziarnko nadziei, ale równocześnie doprowadziła do wściekłości. Właśnie w tej chwili podjąłem decyzję w sprawie, która męczyła mnie od wczorajszego wieczoru: nie przekażę mu słów Kseni Gieorgijewny. Pan Fandorin i bez tego ma o sobie zbyt wysokie mniemanie.
Siadł do stołu, chwilę pomyślał, napisał kilka zdań po francusku. Zaglądałem mu przez ramię.
Dla mnie, w przeciwieństwie do Was, ludzie znaczą więcej niż kamienie. Otrzymacie swój diament. Tej nocy o czwartej nad ranem przywieziecie chłopczyka i kobietę na pustkowie przy zjeździe z Szosy Petersburskiej do palacu Piotrowskiego. Tam dokonamy wymiany. Ja będę sam. Ilu ludzi będzie z Wami, jest mi obojętne.
Fandorin
- Dlaczego właśnie tam i dlaczego o tak dziwnej porze? - spytałem.
- Lindowi się s-spodoba: głucha godzina przed świtem, bezludne miejsce. W gruncie rzeczy to nie ma żadnego znaczenia. Sprawa rozwikła się wcześniej... Kładźcie się spać, Ziukin. Czeka nas ciekawy dzień. A ja pójdę wrzucić list do skrzynki na poczcie. Korespondencja, która nadeszła rano, jest wydawana po trzeciej po południu. Wtedy też zajmiecie swoje stanowisko. Ale najpierw p-przeobrazimy was nie do poznania.
Te słowa mnie zaniepokoiły. I, jak się później okazało, słusznie.
* * *
Moskiewska Poczta Główna wydawała mi się nieładna - żadnego porównania z petersburską - ciemnawa, ciasna, bez wygód dla klientów. Milionowe miasto powinno, moim zdaniem, zdobyć się na budynek reprezentacyjny. Jednak dla moich celów ubóstwo tej państwowej instytucji było nawet bardzo korzystne. Dzięki kiepskiemu oświetleniu i ciasnocie mniej rzucałem się w oczy, błądząc bez celu po sali. Fandorin przebrał mnie za radcę kolegialnego Ministerstwa Gruntów i Nieruchomości Państwowych, wyglądałem zatem dość godnie. Po co taki solidny człowiek, z dokładnie wygolonymi policzkami nad wykrochmalonym kołnierzykiem, miałby defilować między obdrapanymi pulpitami? Kilka razy, niby przypadkowo, stawałem przed wyszczerbionym lustrem, żeby dyskretnie obserwować wchodzących. Co tam, nie będę ukrywał - chciałem i sobie lepiej się przyjrzeć.
Mundur urzędnika szóstej klasy bardzo pasował do mojej twarzy. Jakbym się urodził w aksamitnych, ozdobionych złotym galonem naszywkach i z „Włodzimierzem” na szyi (order także został wyjęty z sakwojaża). Nikt z klientów nie wpatrywał się we mnie ze zdziwieniem albo niedowierzaniem - urzędnik jak urzędnik. Jedynie pracownik siedzący w okienku poste restante od czasu do czasu obrzucał mnie uważnym spojrzeniem. Przecież maszerowałem przed nim już od trzeciej po południu. A że podczas koronacji, z powodu nadmiaru przesyłek, godziny urzędowania na poczcie przedłużono do dziewiątej, moja przechadzka zdawała się nie mieć końca.
Co za urzędnik! Niech sobie patrzy, Bóg z nim. Gorsze było to, że traciłem czas na próżno. Nikt z podchodzących do okienka nie okazywał banknotu. Nikt nie kręcił się w pobliżu podejrzanie długo. Nie zauważyłem też - na co kazał mi baczyć Fandorin - żeby ktoś opuszczał salę, a potem do niej wracał.
U schyłku dnia powoli zaczęła ogarniać mnie rozpacz. Czyżby Lind rozgryzł nasz podstęp i wszystko spaliło na panewce?
Za pięć dziewiąta, kiedy już przygotowywano się do zamknięcia urzędu, wszedł do sali szybkim krokiem siwowąsy, krępy marynarz w granatowym tużurku i furażce bez kokardy - na oko dymisjonowany bosman albo konduktor okrętowy. Nie patrząc na boki, od razu skierował się do okienka poste restante i zachrypniętym, przepitym głosem wyterkotał:
- Tu ma być dla mnie list. Na okaziciela banknotu numer... - Wyciągnął z kieszeni banknot, odsunął go od oczu jak dalekowidz i przeczytał: - Jeden trzy siedem zero siedem osiem osiem pięć dziewięć. Czy jest coś?
Przybliżyłem się bezgłośnie, próbując zapanować nad drżeniem moich kolan.
Urzędnik świdrował marynarza wzrokiem.
- Nie było takich listów - odparł po długiej pauzie. - Nic dzisiaj nie przyszło.
Jak to nic nie przyszło? - jęknąłem w myśli. A gdzie się podziało? Czyżbym niepotrzebnie sterczał tutaj sześć godzin!?
Zawarczał i bosman.
- No, ganiają starego człowieka, i to bez potrzeby. Tfu!
Gniewnie poruszył gęstymi brwiami, przetarł rękawem bujne wąsy i ruszył do wyjścia.
Jasne było tylko jedno: należy go śledzić. W urzędzie nie ma już czego szukać, zresztą urzędowanie się skończyło.
Wyślizgnąłem się na ulicę i poszedłem za staruszkiem, zachowując bezpieczną odległość. Zresztą marynarz ani razu się nie obejrzał. Trzymał ręce w kieszeniach, szedł, jakby się nie spieszył, mimo to dziwnie szybko - ledwie za nim nadążałem.
Zajęty śledzeniem, nie od razu sobie przypomniałem, że według planu miałem odegrać rolę wabika. Trzeba sprawdzić, czy nikt za mną nie idzie. Zgodnie z otrzymaną instrukcją wyjąłem z kieszonki kamizelki zegarek, do którego Fandorin wstawił malutkie okrągłe lusterko, i udawałem, że wpatruję się w cyferblat.
Jest! Jakieś dwadzieścia kroków za mną szedł podejrzany osobnik: wysoki, zgarbiony, z podniesionym kołnierzem, w szerokiej pelerynie. Wyraźnie nie spuszczał ze mnie wzroku. Na wszelki wypadek trochę odwróciłem zegarek, żeby obejrzeć też i drugą stronę ulicy, i odkryłem jeszcze jednego, nie mniej podejrzanego - takiego samego wielkoluda i także okazującego wyraźne zainteresowanie moją osobą. Czyżby rybka chwyciła?
Od razu dwóch! A może i sam doktor Lind jest niedaleko?
Czy Fandorin to widzi? Rolę wabika dobrze odegrałem, teraz jego kolej.