Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
Pan Lodowego Ogrodu. Tom I - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pan Lodowego Ogrodu. Tom I

Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:

Jarosław Grzędowicz — urodzony w 1965 roku, debiutował w 1982 na łamach tygodnika „Odgłosy” opowiadaniem Azyl dla starych pilotów. Klub absolutnej karty kredytowej (publikacja w internecie w 1999 r.) otrzymał nominację do Nagrody Elektrybałta, a po publikacji w Wizjach alternatywnych 2002 także nominację do nagrody Sfinksa. W 1990 roku wraz z Andrzejem Łaskim, Krzysztofem Sokołowskim, Dariuszem Zientalakiem i Rafałem Ziemkiewiczem założył magazyn literacki „Fenix”, w którym prowadził dział prozy polskiej, a od 1993 roku był jego redaktorem naczelnym.
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
1 ... 76 77 78 79 80 81 82 83 84 ... 98
Перейти на страницу:

W uliczkach przed świątynią tłoczyli się już pawężnicy, kulący się za swoimi wielkimi tarczami, a za nimi widać było szykujących się łuczników. Piechota wznosiła miecze, a dziki wrzask „Ifrija! Ifrija!” podnosił niebo.

— To są nasi ludzie! — krzyczałem na Brusa. — Nasi! Powinniśmy być z nimi! Powinniśmy gromadzić ich wokół siebie, przecież walczą o to samo!

— Oni padną! — zawołał Brus. — Spójrz na łuczników. Policz ich. Spójrz na rydwany w tamtej uliczce. Spójrz na „Kamiennych”, składających onager w tamtym końcu placu! Zobacz zapalające pociski na tamtych wozach! Co im pomoże dwóch ludzi?!

W końcu pociągnął mnie za sobą.

Walczących spotykaliśmy tej nocy jeszcze kilka razy. Zawsze byli nieliczni i zawsze mieli przeciwko sobie wielu.

Wtedy widziałem po raz pierwszy prawdziwe męstwo.

Kilkunastu żołnierzy, zgrupowanych pośrodku placu, osłoniętych pochylonymi tarczami i mierzących we wszystkie strony włóczniami, w szyku „muszli”, oraz tańczącą wokół jazdę, zasypującą ich deszczem strzał.

Widziałem też uciekających. W porąbanych zbrojach, prowadzących kuśtykających kolegów pod rękę, z mieczami w drugiej garści, ciętych nagle niezliczonymi ciosami przelatujących wokół nich jeźdźców. Ludzi, którzy nadal stali, mimo że ich ciała wyglądały jak posiekane.

Widziałem też szarżujące rydwany pustynne. Rozpędzone jak skorpiony, najeżone kolcami. Po raz pierwszy w życiu usłyszałem straszny świst wirujących kos, umocowanych na obręczy koła. Zobaczyłem, jak uciekający człowiek, którego mija rydwan, rozpada się w biegu na kawałki w chmurze krwi, która zbryzgała wszystko wokół. Ściany, bruk, moją twarz. Patrzyłem na to, siedząc za jakąś beczką, i czułem, jak deszcz spływa mi z policzków razem z jego krwią i moimi łzami.

Zupełnie znienacka zobaczyliśmy też Nahel Ifriję. Ogień Pustyni.

Tańczyła na kamiennym moście nad kanałem. Wirowała jak wrzeciono, z rozłożonymi szeroko rękami i przechyloną głową, z której spadł kaptur, a czerwony, migoczący płaszcz, taki jak w moim śnie, wznosił się wokół niej jak błyskający stożek albo skrzydła owada. Była samym ruchem.

Po obu jej stronach siedziały dwa bojowe leopardy, oblizując się niepewnie i rozglądając.

Brus chwycił mnie za kołnierz i ściągnął w dół za murek.

— Muszę zobaczyć jej twarz!

— Oślepniesz! — syknął.

Ktoś biegł wzdłuż kanału.

Prorokini zatrzymała się i otworzyła usta, a potem wydała z siebie straszny, wysoki dźwięk, który rozdarł mi uszy, po chwili ucichł, choć nadal miała otwarte usta i krzyczała, a ja czułem ten krzyk gdzieś w środku. Zasłoniłem głowę.

Biegnący człowiek zapalił się nagle, jakby oblała go oliwa z kaganka, i zamienił się w płomień. Krzyczący, wierzgający płomień, o ognistych rękach i nogach, który miotał się po brzegu przez chwilę, po czym z sykiem runął w wodę.

A jednak przez mgnienie widziałem jej twarz.

Straszną twarz, ni to kobiety, ni mężczyzny, szaloną, o płonących złotem oczach.

Nie oślepłem, może dlatego, że ona nie spojrzała na mnie.

A potem zakręciła się znowu, narzuciła kaptur i wtopiła w mrok uliczki, a oba leopardy pobiegły za nią.

Wyrwałem się Brusowi.

— Mogłem ją zabić, synu Piołunnika! — warknąłem. — Mogłem skończyć to tu i teraz.

— Nie dobiegłbyś nawet — powiedział. — Gdyby dało się ją tak zabić, sam bym to zrobił i przyniósł ci jej głowę. Już dawno.

Nadal przedzieraliśmy się przez straszne, obce miasto. Widzieliśmy, jak to tu, to tam wybuchają pożary, widzieliśmy, jak huczące kule pocisków zapalających suną jeden po drugim przez niebo, słyszeliśmy krzyk z setek gardeł. Nie wiem, ile to trwało. Nie wiem, czy spałem, czy biegłem na jawie.

W końcu dopadliśmy rzeki.

Nie była już tą samą wpółwyschłą rzeczułką, zmienioną w leniwy strumyk, toczący się przez pas błota.

Dziś sunęła jak ciemna, spieniona masa, z pluskiem wlokąc ze sobą beczki, śmieci, zerwane łodzie i ciała zabitych. W oddali było widać, jak w porcie płoną zderzające się ze sobą okręty, słychać było zgiełk bitwy.

Brus znalazł jakąś kamienną szopę, porośniętą na dachu trawą i zaszczękał kluczem, otwierając małe drzwiczki. Zagrzechotał łańcuch. Pobliskie domy stały ciche i ciemne, jakby ich mieszkańcy spokojnie spali.

Wszedłem, a właściwie wczołgałem się do środka pomiędzy pobekujące w ciemnościach kowce, słyszałem chrzęst, z jakim żują zeschłe zielsko. Brus rozgarnął łajno i przegniłą słomę na podłodze, a potem uniósł klapę i nagle wszedł gdzieś pod ziemię. Poczołgałem się za nim, wlokąc oba kosze, zaczepiając o wszystko kijem, szeleszcząc płaszczem i gubiąc co chwilę kapelusz.

Szliśmy po kamiennych schodach. Ściany też były kamienne i wilgotne. Każdy krok odbijał się echem. Po chwili stanęliśmy. Było ciemno, ale czułem, że to jakaś duża piwnica, w której stoi woda. Słyszałem, jak spadają do niej krople z sufitu.

Zatrzeszczało krzesiwo, po chwili, mrużąc oczy w blasku kaganka, zobaczyłem orlą twarz Brusa i jego dłonie, a po chwili całe pomieszczenie. Było dość duże, z beczkowatym sklepieniem, całą podłogę zajmował basen, w którym kołysała się wiosłowa łódka, taka, z jakiej chłopi na rzece prowadzą handel. Długa, z dachem rozciągniętym na pałąkach od dziobu i kwadratowym baldachimem na rufie.

— Wchodź na przód, panie — szepnął Brus. — Położysz się pod płótnem i prześpisz. Są tam suche koce, ręczniki, nawet jedzenie i napoje. Trzeba wypocząć. Będziemy płynęli aż do świtu.

— Dokąd chcesz płynąć w tym lochu?! — zapytałem.

— Uwierz mi, Ardżuk. Popłyniemy. Pospiesz się, kaganek zaraz zgaśnie.

Wsiadłem do łodzi i wyciągnąłem nogi. Plandeka na dziobie była na tyle wysoko, że można było tam siedzieć i nie opierać się głową o dach.

Brus odwiązał cumy i wziął stojące pod ścianą wiosło. I wtedy kaganek rzeczywiście zgasł. Ciemność, która zapadła, była jeszcze głębsza niż przedtem. A potem Brus pociągnął za jakiś łańcuch. Rozległ się turkot i szum wody, przed nami pojawiła się szczelina, przez którą wpadło mdłe, nocne światło.

Przednia ściana piwnicy otworzyła się powoli, a wypełniająca loch woda z szumem popłynęła nachyloną, kamienną niecką wymurowaną z kwadratowych kamieni, prowadzącą prosto do wody. Wyglądała jak odpływ burzowego rynsztoka. Do wody nie było daleko ani wysoko. Dzięki burzy. Spłynęliśmy ledwo kilka kroków i dziób naszej łodzi uderzył w wodę. Drzwi w kamiennej ścianie nad rzeką zamknęły się nagle i nie potrafiłbym powiedzieć, gdzie się znajdują. Widziałem tylko ścianę i rosnące z niej krzaki i kępy trawy.

Brus pchnął rudel i łódź popłynęła z prądem.

Siedziałem przez chwilę, patrząc na rozlewające się na brzegu ognie, na wybuchające gdzieś w ciemności krzyki, i zastanawiałem się, czy jeszcze kiedykolwiek zobaczę to miasto.

Gdzieś cały czas słychać było równe łomotanie bębnów sygnałowych. Niosło się przez wodę i pulsowało w powietrzu.

Brus zaklął.

— Zmienili mowę bębnów — powiedział. — Nic nie rozumiem. To nie są nasze kody.

Miał rację. Też niczego nie rozumiałem, mimo że znałem mowę bębnów lepiej niż niejeden oficer. Znałem trzy języki bębnów, z czego też ten najtajniejszy, i dalej niczego nie pojmowałem. Z wyjątkiem jednego słowa. Nie zmienili jednego słowa, które powtarzało się w komunikatach co chwilę. „Tendżaruk”. Odwrócony Żuraw.

1 ... 76 77 78 79 80 81 82 83 84 ... 98
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)