KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Przygody Erasta Fandorina #8
- Язык: польский
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów». Краткое содержание книги:
Jednak Fandorin, studiujący moją nową twarz z miną znawcy obrazów, miał zdaje się zupełnie odmienną opinię. Odłożył brzytwę i rzekł jakby do siebie:
- Źle się poddajecie charakteryzacji. Zmarszczka na czole nie zniknęła i to osadzenie głowy... Hmm, Ziukin, wcale nie jesteście do mnie podobni, ani odrobinę - jedynie wzrost macie zbliżony... No nic. Lind wie, że jestem mistrzem przebrania. Tak oczywisty brak podobieństwa może właśnie upewnić jego ludzi, że wy to ja. Za kogo was przebrać? Chyba za urzędnika, jakiejś szóstej-siódmej klasy. Na niższą rangę nie wyglądacie. P-posiedźcie tu, a ja skoczę na Srietienkę do sklepu z gotową konfekcją dla wojskowych i urzędników. Przy okazji i dla siebie coś znajdę. U nas, w Rosji, najłatwiej człowiekowi ukryć się w mundurze.
Wczoraj wieczorem, w tejże gazecie „Grosz”, w której swoje rozpustne ogłoszenie zamieścił doktor Lind, Erast Piotrowicz znalazł anons o mieszkaniu do wynajęcia.
Na czas koronacji wynajmę siedmiopokojowe mieszkanie z umeblowaniem, porcelaną i telefonem. Przy Czystych Prudach. 500 rubli. Możliwość korzystania ze slużby za oddzielną oplata. Zaułek Archangielski, dom radczyni stanu Suchorukowej. Pytać u szwajcara.
Liczba pokoi wydała mi się przesadna, a cena - biorąc pod uwagę, że uroczystości koronacyjne już się praktycznie zakończyły - niewyobrażalna, ale Fandorin mnie nie słuchał. „Za to blisko Poczty Głównej” - rzekł. I jeszcze przed nadejściem nocy zamieszkaliśmy w pięknym, pańskim mieszkaniu, mieszczącym się na parterze nowego, murowanego domu. Szwajcar tak się ucieszył, że otrzymał czynsz z góry, że nawet o paszporty nie spytał.
Wypiliśmy herbatę w luksusowej, choć dosyć niegustownie umeblowanej jadalni, rozważając plan dalszych działań. Zresztą nasza rozmowa przypominała raczej monolog Fandorina, gdyż ja głównie słuchałem. Podejrzewam, że dla Erasta Piotrowicza omawianie planu było po prostu głośnym myśleniem, a zwracanie się do mnie z prośbą o opinię lub radę można by właściwie uznać za środek stylistyczny.
Co prawda, rozmowę rozpocząłem właśnie ja. Demarche Linda i znalezienie dachu nad głową podziałały na mnie jak najlepiej, tak że z wcześniejszej melancholii nie pozostało ani śladu.
- Problem nie wydaje mi się już tak skomplikowany - rzekłem. - Wyślemy list z naszymi warunkami wymiany i zajmiemy stanowisko obserwacyjne obok okienka, gdzie wydają przesyłki na poste restante. Kiedy zjawi się okaziciel banknotu, będziemy go dyskretnie śledzić, a on nas zaprowadzi do nowej kryjówki doktora Linda. Sami mówiliście, że doktor ma już tylko dwóch pomocników; zatem poradzimy sobie sami, bez pomocy policji.
Moim zdaniem plan był całkiem realny, jednak Fandorin spojrzał na mnie tak, jakbym powiedział coś głupiego.
- Nie doceniacie doktora Linda. Sztuczka z okazicielem ma zupełnie inny sens. Doktor oczywiście oczekuje, że będę śledził jego posłańca. Z pewnością już wie, że prowadzę własną grę i że władze mi nie pomagają, lecz na odwrót, polują na mnie. To, co jest wiadome całej miejskiej policji, przestaje być jakimkolwiek sekretem. Możliwe, że Lind myśli, iż działam w pojedynkę. Będę siedział na poczcie, wypatrując łącznika doktora, a tymczasem ktoś inny wypatrzy mnie. Myśliwy sam wpadnie w pułapkę.
- Więc co robić? - spytałem.
- Wpaść w pułapkę. Innego sposobu nie ma. Przecież ja dysponuję asem, o którym Lind nie wie. Ten as to wy.
Rozanieliłem się, ponieważ, nie będę ukrywał, słyszeć coś takiego z ust samego Fandorina, tak zadufanego w sobie, było niezwykle przyjemnie.
- Lind nie wie, że mam p-pomocnika. Ucharakteryzuję was tak, że będziecie podobni... nie, nie do Fandorina, tylko do ucharakteryzowanego Fandorina. Jesteśmy prawie tego samego wzrostu, a to n-najważniejsze. Odznaczacie się większą tuszą, ale to można ukryć za pomocą obszernej odzieży. Każdy, kto zbyt długo będzie sterczał przy wiadomym okienku, zostanie wzięty za mnie - w przebraniu.
- Ale przy tym nietrudno będzie też rozpoznać człowieka Linda. Przecież i on będzie musiał, jak to się wyraziliście, „sterczeć” gdzieś niedaleko.
- Niekoniecznie. Ludzie Linda mogą się zmieniać. Wiemy, że doktorowi zostało co najmniej dwóch pomocników. Oni interesują mnie prawie w równym stopniu co sam Lind. Kim są? Jak wyglądają? Co nam o nich wiadomo?
Wzruszyłem ramionami.
- Nic.
- Niestety, rzeczywiście tak jest. Kiedy zeskoczyłem do tej kamiennej piwnicy w grobowcu, nie zdążyłem niczemu się przyjrzeć. Jak pewnie pamiętacie, od razu rzucił się na mnie ten ciężki mężczyzna, k-któremu musiałem zmiażdżyć arterię szyjną. Podczas gdy ja się z nim męczyłem, Lind zdążył zrejterować, zachowując pełne incognito. Co takiego chciała nam przekazać Emilia? „To...” Co za „to”?
Nachmurzył się niezadowolony.
- Nie ma co zgadywać! O p-pomocnikach możemy powiedzieć tylko jedno: któryś z nich jest Rosjaninem albo przynajmniej spędził w Rosji wiele lat i wspaniale włada naszym językiem.
- Dlaczego tak myślicie?
Erast Piotrowicz spojrzał na mnie ze współczuciem.
- Tekst ogłoszenia, Ziukin. Waszym zdaniem obcokrajowiec napisałby: „Diamencie korundowy”?
Wstał, przeszedł się po pokoju. Wyjął z kieszeni nefrytowy różaniec, poszczękał zielonymi kuleczkami. Nie wiem, skąd ten różaniec się wziął - pewnie z sakwojaża. Bez wątpienia stamtąd Fandorin wyciągnął też białą koszulę z wykładanym kołnierzem i lekką kremową marynarkę. A butelka whisky, podarek mister Freyby’ego, powędrowała z sakwojaża na bufet.
- Jutro, a w-właściwie już dzisiaj, między mną a Lindem dojdzie do decydującej walki. Obaj o tym wiemy - i ja, i on. Remis jest wykluczony. To specyfika naszej wymiany t-towarowej: obaj mamy zamiar zabrać wszystko i nie ustąpić ani na krok. Co takiego w naszym przypadku oznaczałby „remis”? Ratujemy zakładników i tracimy „Orłowa”. - Fandorin spojrzał na sakwojaż, w którym już schował kamień. - Lind pozostaje przy życiu, ja także. To nie zadowala ani jego, ani mnie. Nie, Ziukin, remisu nie będzie.