Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
Pan Lodowego Ogrodu. Tom I - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pan Lodowego Ogrodu. Tom I

Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:

Jarosław Grzędowicz — urodzony w 1965 roku, debiutował w 1982 na łamach tygodnika „Odgłosy” opowiadaniem Azyl dla starych pilotów. Klub absolutnej karty kredytowej (publikacja w internecie w 1999 r.) otrzymał nominację do Nagrody Elektrybałta, a po publikacji w Wizjach alternatywnych 2002 także nominację do nagrody Sfinksa. W 1990 roku wraz z Andrzejem Łaskim, Krzysztofem Sokołowskim, Dariuszem Zientalakiem i Rafałem Ziemkiewiczem założył magazyn literacki „Fenix”, w którym prowadził dział prozy polskiej, a od 1993 roku był jego redaktorem naczelnym.
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
1 ... 75 76 77 78 79 80 81 82 83 ... 98
Перейти на страницу:

— Co tam chowasz?! Co masz pod ręką, psie?!

Łomot, z jakim coś przewróciło się na podłogę.

— Nie ruszajcie moich wierszy... — Cichy głos, którego nigdy nie słyszałem.

Brus zsunął rzemienie kosza i powoli postawił go na ziemi. A potem wziął swój kij i przekręcił jego koniec. Kij rozpadł się, a pomiędzy częściami błysnęła stal. Brus wysunął ostrze i delikatnie oparł drugą część laski o ścianę, po czym sięgnął za pazuchę i wyjął coś, co przypominało gruby hufnal.

A potem jego szerokie plecy zasłoniły mi wyjście, więc nie mogłem zobaczyć, co się dzieje za drzwiami.

— Mówię jeszcze raz! Złoto, pieniądze i wino, cudzoziemska larwo. I listy. Oddawaj listy! Kapłani chcą poznać, kto płaszczył się przed cudzoziemcami, kto chciał pojmować brudasów nie ze swojej kasty i kto łamał Kodeks Ziemi! Wszystkie!

— Listów nie wolno... — zaszemrał Szyłgan Hatjezid, pisarz siedzący za pulpitem, wciąż z trzcinowym rysikiem w ręku. Wolną dłonią przyciskał kartkę, kryjąc jej treść jak uczeń przyłapany na rysowaniu gryzmołów.

Dwaj niskiej rangi żołnierze piechoty z „Kamiennego” tymenu plądrowali pomieszczenie. Na podłodze stał okrągły kosz, do którego wrzucali zwoje zbierane z półek. Nie mieli ciężkich pancerzy, ale najprostsze segmentowe zbroje i żaden nawet nie nosił hełmu, tylko przewiązane wokół głowy osłony czoła i policzków. Jeden z nich trzymał starca za włosy i przykładał mu kindżał do gardła.

Tyle zdążyłem zobaczyć zanim Brus wszedł do pomieszczenia.

Machnął ręką, krótkie ostrze śmignęło w powietrzu i równocześnie błyskawicznie ciął tym dziwnym mieczem, właściwie kawałkiem kija z ostrzem. Drugi żołnierz zasłonił się odruchowo ręką, ale Brus przerąbał mu ją do połowy, wyrwał ostrze z kości i z ohydnym chrzęstem wbił je żołnierzowi pomiędzy wiązane, żelazne pasy pancerza. Przekręcił miecz i wyszarpnął go z powrotem. Pierwszy zataczał się po kantorze, trzymając za gardło rękami, spomiędzy palców ciekły mu strugi krwi, kapiąc na zalegające podłogę zwoje i kartki.

— Uważaj na moje wiersze... — wyszeptał pisarz.

Brus wyjrzał ostrożnie na ulicę i rozejrzał się.

— Pusto — szepnął. Po czym wrócił, chwycił jednego z żołnierzy pod ramiona i tyłem wywlókł go na ulicę. Wrócił po chwili i złapał drugiego za wiązania pancerza na karku i powlókł po ziemi, nie zważając, że ten jeszcze żyje i kona właśnie, dławiąc się własną krwią i wywracając oczami.

Zabrałem oba nasze kosze i kije z korytarza, po czym wcisnąłem się do kantorka.

— Dobry wieczór, sitar Szyłgan — pozdrowiłem staruszka, który jak zwykle udawał, że mnie nie widzi, tylko podniósł z podłogi czystą kartkę, upstrzoną kroplami krwi, i zanurzył trzcinkę w tuszu.

Nie mogłem pozbyć się wrażenia, że koniecznie muszę się obudzić.

— Mamy szansę, tylko dopóki jest noc — oznajmił Brus, zaglądając przez ramię z progu. — Chodź, Ardżuk.

Podałem kosz i kij oraz kapelusz, który spadł mu z głowy.

Wyszliśmy w noc, pierwszą chłodną noc od miesięcy. Deszcz wciąż lał gęsto, ale nie była to już ta przeraźliwa ulewa. Rynsztokami płynęły potoki mętnej wody i było prawie jasno z powodu rudej łuny, bijącej nad płaskimi dachami od strony pałacu.

— Musimy dostać się nad rzekę — wyszeptał Brus. — Na sam koniec dzielnicy handlowej za portem.

Przytaknąłem obojętnie.

Przemykaliśmy się pod ścianami. Czasem dobiegał nas turkot kół, czasem stukot końskich kopyt na mokrym bruku. Kryliśmy się wtedy, wyszukując najciemniejsze kąty w podcieniach, w zaułkach albo za stertami śmieci.

Kilka razy uliczką przebiegło paru żołnierzy z pikami w rękach, czekaliśmy wtedy, aż ucichnie chrzęst żelaza i łomot ciężkich, podbitych gwoździami sandałów, zakładanych na zwykłe, płócienne buty z plecionymi podeszwami.

Przedzieraliśmy się przez puste, wymarłe miasto, oświetlone tylko mdłym poblaskiem, wyglądającym jak przedświt, który jednak nie był świtem.

Przez takie miasto trzeba było iść zupełnie inaczej. Nigdy nie wiadomo, co się spotka za rogiem. Brus zaglądał za róg budynku, lustrował okolicę i pokazywał mi kolejną osłonę, za którą miałem dobiec i przycupnąć. Stojący pod ścianą przewrócony wózek na warzywa, kilka beczek, podcienia.

Dopiero kiedy przebiegłem ten kawałek i ukryłem się, dobiegał do mnie i wypatrywał następnego ukrycia. W nocy opustoszałe miasto wyglądało obco i dawno już przestałem mieć bodaj pojęcie, gdzie jestem.

Brus jednak znał drogę i wiódł mnie pewnie, omijając okolice wszelkich świątyń i puste place. Przechodziliśmy przez jakieś podwórka, bramy i zaułki. Nie przystawał ani na chwilę, zupełnie jakby przemierzał tę drogę nocą setki razy.

Jeden z takich placów widzieliśmy z daleka. Pełen żołnierzy w czerwonych pancerzach „Płomienistego” tymenu: piramidy opartych o siebie włóczni, malowane na czarno szerokie, miskowate hełmy z numerami binhonów, założone na ochronne opaski, opinające czoła i policzki.

Wyganiali przerażonych ludzi z domów i rozdzielali ich na placu. Widziałem, jak odrywają żony od mężów, jak zganiają dzieci w osobną, stłoczoną grupkę. Obok stało trzech wysokich kapłanów prorokini w czerwonych płaszczach i srebrnych maskach, w których odbijał się blask płomieni.

Widziałem, jak wywlekają jakiegoś mężczyznę z tłumu i rozciągają go na ocembrowaniu studni, wykręciwszy ręce, a potem podrzynają gardło. Jak kapłan zbiera krew do ofiarnej miski i wyciąga krzemienny sierp, a potem pochyla się nad konającym.

Brus pociągnął mnie za ramię.

— Czy w moim kiju podróżnym także jest broń? — zapytałem go, kiedy schowaliśmy się w kolejnym zakamarku wśród stert gnijących szmat i starych desek.

— Jest wiele broni. To kij szpiega. Masz miecz i nóż, i łańcuch, i włócznię. W dzień pokażę ci, jak je znaleźć. Dzisiaj musi wystarczyć ci miecz. U góry jest mosiężny pierścień. Powyżej niego kij jest rękojeścią miecza, tylko trzeba go przekręcić.

Widzieliśmy trupy. Porąbanych sierpami jazdy, z poderżniętymi gardłami albo powieszonych, o czarnych twarzach kołyszących się w deszczu.

Coś we mnie pękło dopiero, kiedy widziałem gwałconą dziewczynę, szarpiącą się, w strzępach koszuli, rozkrzyżowaną na straganie, trzymaną przez czterech żołnierzy za ręce i nogi. Dziewczyna wyła i wzywała pomocy.

Zdążyłem wyjąć miecz tylko do połowy, gdy Brus chwycił mnie za nadgarstek i unieruchomił, wykręcając ramię.

— Nie wolno, tohimonie — tchnął mi do ucha. — Oni wszyscy nie po to zginęli, byś teraz oddał życie w potyczce z pierwszymi lepszymi żołnierzami. To jest ich noc gniewu. Wraca Kodeks Ziemi. Dziś sobie folgują po to, żeby jutro cały świat trząsł się ze strachu. Oni rządzą strachem, Ardżuk. Zobaczysz jeszcze gorsze okrucieństwa i też nic nie będziesz mógł poradzić. Teraz są zajęci. To dobrze, bo znaczy, że my możemy przejść niezauważeni.

Ciągnął mnie przez umierające miasto i nie pozwalał na najmniejszą chwilę wytchnienia. Nawet wtedy, kiedy zobaczyliśmy naszych żołnierzy. Przebiegaliśmy wtedy po płaskich dachach pobliskich domów i widziałem wszystko z góry.

Naszych. Z maranaharskiego „Piorunowego” tymenu, w żółtych pancerzach, z czarnym tygrysem na tarczach, bez domalowanych podwójnych księżyców lub znaku Podziemnego Łona.

Nie było ich wielu. Nawet nie jedna pełna setka. Bronili schodów świątyni. Nawet nie wiem, jaka to była świątynia, ale na pewno nie Podziemnej Matki. Biała, zdobiona kolumnami i reliefami na frontonach. Widziałem równe mury żółtych tarcz, najeżone włóczniami, ustawione w kilka rzędów, zaporę z wózków, straganów, beczek i przewróconych posągów u wrót świątyni jako ostatnią linię obrony. Na schodach przed nimi leżały zwały trupów w czarnych i czerwonych pancerzach.

1 ... 75 76 77 78 79 80 81 82 83 ... 98
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)