KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Przygody Erasta Fandorina #8
- Язык: польский
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów». Краткое содержание книги:
- Mam straszną migrenę, a wy tak krzyczycie i łomoczecie - powiedziała głosem zdradzającym niezadowolenie. - Łapcie waszego przestępcę, a mnie więcej nie przeszkadzajcie!
- Wasza wysokość, w takim razie choć zamknijcie drzwi na klucz.
- Dobrze.
Usłyszałem dźwięk przekręcanego klucza i wyszedłem na środek pokoju.
- Ja wiem - przemówiła Ksenia Gieorgijewna gorączkowym szeptem, otulając się ramionami tak, jakby było jej zimno. - To wszystko nieprawda. On nie mógł ukraść. I ty, Afanasij, także nie jesteś do tego zdolny. Domyśliłam się od razu. Chcecie uratować Mikę. Nie proszę, abyś mi opowiadał, co sobie zaplanowaliście. Powiedz tylko - czy dobrze się domyśliłam?
- Tak.
I rzeczywiście o nic więcej mnie nie pytała. Padła na kolana przed ikoną i zaczęła bić pokłony do ziemi. Nigdy wcześniej nie widziałem, żeby jej wysokość okazywała taką nabożność, nawet w dzieciństwie. Wydało mi się, że coś jeszcze szeptała - pewnie modlitwę, ale słów nie mogłem zrozumieć.
Ksenia Gieorgijewna modliła się nieznośnie długo. Przypuszczam, że nie krócej niż z pół godziny. A ja stałem i czekałem. Spakowałem tylko butelkę do sakwojażu. Przecież nie mogłem pozostać w pokoju wielkiej księżnej.
Dopiero kiedy w domu wszystko ucichło i z parku, głośno rozmawiając, wrócili prześladowcy, jej wysokość podniosła się z kolan. Podeszła do sekretery, zabrzęczała tam czymś, a potem mnie wezwała.
- Trzymaj, Afanasij. Wam będą potrzebne pieniądze. Ja ich nie mam, sam wiesz. Ale to są opalowe kolczyki i brylantowa brosza. Moje własne, nie rodzinne. Te rzeczy można sprzedać. Pewnie są drogie.
Próbowałem się sprzeciwić, ale nie chciała nawet słuchać. Aby nie wdawać się w długi spór, który teraz byłby zupełnie nie na miejscu, wziąłem biżuterię, stanowczo sobie obiecując, że zwrócę ją jej wysokości nienaruszoną.
Potem Ksenia Gieorgijewna wyjęła z szafy długi jedwabny sznur od chińskiego szlafroka.
- Przywiąż go do baskwila i uciekaj przez okno. Do ziemi nie dosięgnie, będziesz musiał skakać. Ale ty przecież jesteś odważny, nie będziesz się bał. Niech Bóg cię chroni.
Przeżegnała mnie i nagle pocałowała w policzek. Straciłem głowę. I pewnie dlatego spytałem:
- Czy przekazać coś panu Fandorinowi?
- Że go kocham - odpowiedziała krótko jej wysokość i popchnęła mnie ku oknu.
Na ziemię dotarłem bez obrażeń ciała. Park przeszedłem też bez przygód. Przy ogrodzeniu, za którym ciągnęła się Wielka Kałuska, prawie pusta o tak późnej godzinie, zatrzymałem się. Odczekałem, aż w pobliżu nie będzie żadnych przechodniów, i bardzo sprawnie przeprawiłem się na drugą stronę - w sztuce łażenia przez płoty rzeczywiście udało mi się odnieść niemałe sukcesy.
Jednak co mam czynić dalej, nie wiedziałem. Pieniędzy i tak nie miałem, nie mogłem nawet wziąć fiakra. A zresztą, dokąd właściwie miałbym jechać?
Stałem niezdecydowany.
Ulicą szedł gazeciarz. Zupełnie mały, miał z dziewięć lat. Krzyczał, ile sił w piersi, choć tutaj nie było właściwie nikogo, kto mógłby kupić jego gazetę.
- Świeży „Grosik”! Gazeta „Grosik”! Gazeta z ogłoszeniami! Komu kawalera, a komu narzeczoooooną! Komu kwaterę, a komu pracę wymarzooooną!
Przypomniałem sobie o zakładzie z Fandorinem. Pogrzebałem w kieszeniach w nadziei odnalezienia jakiegoś zapomnianego miedziaka czy kopiejki. Za podszewką wyczułem coś okrągłego, płaskiego. Starodawna srebrna moneta.
No nic, może w ciemności nie zauważy.
Wezwałem gazeciarza, wyciągnąłem z jego torby złożony arkusik, rzuciłem do kubeczka srebrnika - zadźwięczał nie gorzej niż miedź. A chłopak, jakby nigdy nic, poszedł dalej, wykrzykując swoje niezgrabne wiersze.
Podszedłem do latarni, rozwinąłem szary papier.
I zobaczyłem - pośrodku pierwszej szpalty, literami werszkowej wysokości:
Mój orle! Diamencie mój korundowy! Wybaczam. Kocham. Czekam na wieść.
Twoja Linda.
Pisz na Pocztę Główną, dla okaziciela banknotu nr 137078859
To, to! Żadnych wątpliwości! A przecież jak chytrze skomponowane - ktoś postronny, kto nie wie ani o diamencie, ani o wymianie, nic nie skojarzy!
Ale czy Fandorin zobaczy tę gazetę? Jak go zawiadomić? Gdzie go teraz szukać? To pech!
- No, jak? - rozległ się z ciemności znajomy głos. - Oto co znaczy p-prawdziwa miłość. To namiętne ogłoszenie wydrukowano we wszystkich wieczornych gazetach.
Odwróciłem się, wstrząśnięty tak szczęśliwym spotkaniem.
- No, Ziukin, co się tak dziwicie? Przecież było jasne, że jeśli uda się wam wyrwać z pałacu, to wyjdziecie przez płot. Nie wiedziałem tylko, w k-którym dokładnie miejscu. Musiałem nająć czterech gazeciarzy, żeby spacerowali wzdłuż płotu i jak najgłośniej krzyczeli o prywatnych anonsach. Musieliście się na to złapać. Koniec, Ziukin, zakład przegraliście. Możecie się pożegnać z waszymi wytwornymi podwąsikami i bakenbardami.
17 maja
Z lustra patrzyła na mnie opuchnięta, pełnousta fizjonomia, z zaznaczającym się podwójnym podbródkiem i nienaturalnie białymi policzkami. Pozbawiona wąsów, rozczesanych bakenbardów i bujnych podwąsików, moja twarz jakby wynurzyła się zza obłoków czy mgły i pojawiła się przede mną naga i bezbronna. Byłem wstrząśnięty tym widokiem - wydawało mi się, że oglądam siebie po raz pierwszy. Czytałem w jakiejś powieści, że człowiek w miarę przeżytych lat stopniowo rysuje autoportret, nanosząc na gładkie płótno otrzymanego w chwili narodzin oblicza wzór ze zmarszczek, fałd, wgnieceń i wypukłości. Jak wiadomo, zmarszczki mogą być mądre i głupie, dobre i złe, wesołe i smutne. I pod wpływem tego rysunku, tworzonego przez życie, jedni z latami pięknieją, a drudzy stają się brzydsi. Kiedy minął pierwszy szok i przyjrzałem się autoportretowi dokładniej, zrozumiałem, że nie mogę jednoznacznie powiedzieć, czy podoba mi się ten obraz. Fałda przy ustach, owszem: była świadectwem życiowego doświadczenia i bezwarunkowej siły charakteru. Ale w szerokiej dolnej szczęce odgadywało się ponurość, a obwisłe policzki budziły domysły o skłonności do pecha. Najbardziej wstrząsające było jednak to, że pozbycie się zarostu zmieniło mój wygląd znacznie bardziej, niż to uczyniła wcześniej ruda broda. Nagle przestałem być sługą wielkoksiążęcego dworu i stałem się jakimś kawałkiem gliny, z którego można zacząć lepić człowieka dowolnego pochodzenia i rangi.