Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #1
- Год: 2005
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Już w siodle żujemy kawałki suszonego mięsa i wędzonego sera.
Dziewczyna leży na ścieżce zupełnie naga. Ma rozrzucone przypadkowo ramiona i podgiętą nogę. Wyłupiono jej oczy. Po jasnej, bladoniebieskawej skórze, kontrastującej z purpurowymi włosami, rozsypanymi wokół głowy, chodzą muchy.
Grunaldi zatrzymuje się i nie może jechać dalej. Jeden z żeglarzy zeskakuje z siodła, przyklęka na chwilę przy dziewczynie, przytrzymując miecz, po czym unosi twarz i kręci przecząco głową.
Ostanie Słowo zamyka na chwilę oczy z ledwo skrywaną ulgą.
Ruszamy dalej.
Po kilku godzinach wyjeżdżamy z lasu i trafiamy na kolejną dolinę z jeziorem. Nad brzegiem stoi zabudowany palisadą dwór. Widać z daleka, że brama jest zamknięta. Fragment palisady i jeden z budynków wewnątrz są czarne i spalone.
Grunaldi kamienieje w siodle. Zaciska palce kurczowo na łęku i przygryza nerwowo wodze. Trwa to kilka sekund, po czym spina konia i puszcza się dzikim galopem w dół.
Dojeżdżając, wszyscy mamy już hełmy na głowach i łuki w dłoni.
Wewnątrz, na dziedzińcu, słychać ujadanie i zawodzenie psów i krzyki kilku osób, więc żyją, Bogu dzięki. Nie trafiliśmy na kolejne miejsce masakry.
Brama otwiera się i nagle wychodzi z niej Grunaldi. Jest biały jak ściana i kroczy niczym ślepiec gdzieś przed siebie, nie wiadomo dokąd. Idzie wciąż, obijając się między skałami, a potem siada nad jeziorem i powoli zdejmuje hełm z głowy. Łebka wypada mu z dłoni i toczy się z brzękiem wśród kamieni, a Ostatnie Słowo patrzy martwo przed siebie.
Zsiadamy z koni. Ruszam w stronę Grunaldiego, ale Spalle chwyta mnie za ramię.
— Nie teraz — warczy. — Teraz nie wolno, zostaw. Chodźmy się dowiedzieć, co się stało. On musi teraz znaleźć siły do życia.
Wprowadzamy konie na brukowany kamieniami majdan pomiędzy płaczących ludzi. Ktoś odbiera od nas wierzchowce, jakaś kobieta ze splecionymi na karku włosami i mieczem na plecach podaje nam po rogu piwa. Trzęsą jej się ręce.
Spóźniliśmy się o dwa dni. Dziewczyna opowiada spokojnie, ale jakimś takim drewnianym głosem. Szok posttraumatyczny. Zaczęły się napady na myśliwych, na osadników żyjących wyżej w górach i pasterzy. Zabito kilku ludzi, spalono parę chałup. Coś zabiło w lesie myśliwych, jednego znaleziono całkiem spalonego na nietkniętej ogniem trawie. Więc ściągnęła ich tu, do dworu.
Pilnowali się. Na noc zamykali się za palisadą. I strzegli bramy.
Wysłali jednego konno do Dworu Krzemiennego Konia, ale nie wrócił.
Potem kilka razy pojawiali się Węże na dziwnych koniach. Odpędzano ich strzałami z łuków. Atakowali tylko pod osłoną nocy, najczęściej nad ranem. Ale niezbyt zaciekle. Nękali tylko.
Udało się zabić trzech czy czterech.
Postanowiła, że przygotują łodzie, spłyną Dragoriną aż do wielkiego jeziora i schronią się we dworze Atleifa. Ale następnej nocy Węże podpalili szopę na łodzie.
Pojawiały się straszne, mgliste potwory oraz nieznane wcześniej istoty, wyglądające trochę jak morskie kraby z żelaza, a trochę jak ludzie. Słyszeli, jak w nocy krzyczą nieludzkimi, piskliwymi głosami.
Potem usłyszeli muzykę fletu. Bardzo smutną i bardzo dziwną. Psy wyły, kiedy ta muzyka się rozlegała. Raz zobaczyli grajka, stojącego na skraju lasu w płaszczu z kapturem i trzymającego długi flet. Próbowali go zastrzelić, ale wtedy on zaczął się kręcić i tańczyć pośród spadających i wbijających się wokół niego strzał.
Dzieci Grunaldiego i jeszcze kilkoro dzieci rybaków i pasterzy, które były wtedy w gródku, zrobiły się chore. Nie odzywały się, tylko stały na palisadzie i patrzyły w las. Tylko takie, które miały więcej niż osiem lat i mniej niż czternaście.
A przedwczoraj tamci zaatakowali. Mieszkańcy bronili się całą noc i zdołali ich odeprzeć, a nawet ugasić stodołę. A rano okazało się, że wszystkie te dzieci otworzyły okiennice, wyszły z domu, w którym były zamknięte, przystawiły sobie drabinę do palisady i odeszły.
Do lasu.
Przepakowuję ekwipunek, część rzeczy trzeba będzie tu zostawić. Przygotowuję wyposażenie minimum. A potem idę do Grunaldiego, pogrążonego w rozpaczy nad jeziorem i usiłującego zebrać siły do życia. Bezceremonialnie chwytam go za ramię.
— Zbieraj się, Ostatnie Słowo. Nie ma czasu. — Podnosi na mnie martwą, mokrą twarz.
— Nie znaleźliśmy ani jednego trupa dziecka — mówię mu. — Ani w rzece, ani w lesie, ani nigdzie. Oni je porywają, a nie zabijają. To było przedwczoraj. Dopadniemy ich.
Unosi brwi, jakby nie rozumiał, co mówię.
— Jak?!
— Umiem tropić ślad. Nawet węszyć jak pies, jeśli trzeba. Nie odpuścimy. Bierz ze dwóch ludzi i broń. Szkoda czasu.
— Pójdziesz ze mną? — pyta. — Do Ziemi Węży?
— Tak. I tak szedłem w tamtą stronę.
Rozdział 8
Spalona Ziemia
Dzisiaj słońce nie wzejdzie
W martwych źrenicach twego ojca.
W domu ucztują padlinożercy.
Musisz się ukryć, musisz odejść.
Z rozpaczą w zaciśniętych pięściach
Chociaż w sercu mieszka nóż.