KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Przygody Erasta Fandorina #8
- Язык: польский
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów». Краткое содержание книги:
- Ja... nie być... znać... że wy... lubić... moja whisky... tak... licznie.
Wtedy się zmieszałem i kompletnie straciłem głowę. Stuknąć człowieka, który rozpoczął z tobą rozmowę - tego w żadnym razie nie mógłbym uczynić.
Spojrzawszy na moją skonfundowaną twarz, Anglik chrząknął dobrodusznie, poklepał mnie po ramieniu i wskazał na butelkę.
- A present. Podarek.
Butler zauważył, że w drugiej ręce trzymam sakwojaż.
- Going on travel? Tuuuu-tu-tv? - udał gwizd parowozu i w końcu do mnie dotarło: Freyby pomyślał, że wyruszam w podróż i postanowiłem wziąć ze sobą butelkę trunku, który mi zasmakował.
- Tak - wymamrotałem. - Wojaż. Tenk ju.
I szybko wypadłem za drzwi. Serce o mało nie wyskoczyło mi z piersi. Bóg wie, co Freyby sobie pomyślał o rosyjskich służących. Ale teraz daleki byłem od troski o honor narodu.
W sąsiednim pokoju, u mister Carra, zabrzęczał dzwonek wzywający służbę.
Ledwo zdążyłem schować się za portierę - korytarzem biegł rysią młodszy lokaj Lipps. Ech, jaki z niego zuch! Oto co znaczy porządek w domu. Mnie nie ma, a wszystko idzie jak w zegarku.
- Czym mogę służyć? - spytał Lipps, otwierając drzwi.
Mister Carr wyrzekł coś leniwym głosem - zrozumiałem tylko słowo „atrament”, wymówione z okropnym akcentem - i lokaj oddalił się tą samą, godną pochwały rysią. Ja zaś skręciłem w boczny korytarz wiodący do mojego pokoju - zdecydowałem, że na razie tam posiedzę. Zrobiłem kilka drobnych kroczków, przyciskając do piersi sakwojaż i butelkę, i nagle dotknąłem plecami czegoś miękkiego. Odwróciłem się - o Boże, Somow!
- Witajcie, Afanasiju Stiepanowiczu - wyszeptał mój pomocnik. - Dobry wieczór. Przenieśli mnie do waszego pokoju...
Przełknąłem ślinę, zachowując milczenie.
- Powiedzieli, że wy jakoby zbiegliście... Że was i pana Fandorina szybko odnajdą i aresztują. A Japończyka już zabrali. Mówią, że jesteście przestępcami - dokończył szeptem.
- Wiem - odparłem szybko. - Tylko że to nieprawda. Kornieju Sielifanowiczu, mieliście mało czasu, by mnie poznać, ale przysięgam, że cokolwiek robię, to tylko dla dobra Michała Gieorgijewicza.
Somow patrzył na mnie bez słowa i z wyrazu jego twarzy nie mogłem wywnioskować, o czym teraz myśli. Krzyknie czy też nie - jedynie to interesowało mnie w tej chwili. Na wszelki przypadek mocniej uchwyciłem szyjkę butelki.
- Tak, rzeczywiście miałem zbyt mało czasu, aby poznać was bliżej, ale wielkiego sługę potrafię od razu docenić - rzekł cicho Somow. - Pozwolę sobie na śmiałość i powiem, że podziwiam was, Afanasiju Stiepanowiczu, i pragnąłbym wam dorównać. I... i jeśli potrzebujecie mojej pomocy, to tylko dajcie znać. Uczynię wszystko, co należy.
Zaschło mi w gardle i pomyślałem ze strachem, że zaraz się rozpłaczę.
- Dziękuję - wydukałem w końcu. - Jestem wdzięczny, że mnie nie wydaliście.
- Jak mógłbym wydać kogoś, kogo nie widziałem? - Wzruszył ramionami, ukłonił się i wyszedł.
Przez tę pokrzepiającą rozmowę zupełnie zapomniałem o ostrożności i skręciłem za róg, nie wyjrzawszy wpierw, by sprawdzić, czy nie ma czasem kogoś w korytarzu. A tam, jak się okazało, obracała się przed lustrem pokojówka jej wysokości, Liza Pietriszczewa.
- Aj! - pisnęła Liza, dziewczyna głupia, lekkomyślna, a w dodatku przyłapana in flagranti z kamerdynerem Fandorina.
- Tsss! - syknąłem. - Cicho, Pietriszczewa, tylko nie krzycz.
Z wrażenia zachwiała się na nogach i nagle zaczęła uciekać z przeraźliwym wrzaskiem:
- Straż! Zabije! On jest tuuuuuuu!!!
Rzuciłem się w przeciwnym kierunku, do wyjścia, ale dobiegły mnie stamtąd wzburzone męskie głosy. Gdzie się schować?
Na bel etage, innej drogi nie ma.
Błyskawicznie wbiegłem po schodach. W zaciemnionym przejściu ujrzałem białą postać. Ksenia Gieorgijewna!
Zastygłem w miejscu.
- Gdzie on jest? - szybko spytała jej wysokość. - Gdzie Erast Piotrowicz?
Na dole słychać było tupot licznych nóg.
- Tu jest Ziukin! Szukać go! - usłyszałem bas kierującego pościgiem.
Wielka księżna chwyciła mnie za rękę.
- Do mnie!
Zatrzasnęliśmy drzwi, a po półminucie korytarzem przebiegło kilku ludzi.
- Przeszukać pokoje! - rozkazał ten sam bas.
Nagle na dole rozległy się krzyki. Ktoś wrzasnął:
- Stój! Stój, łajdaku!
Huknął wystrzał, potem jeszcze jeden.
Ksenia Gieorgijewna jęknęła, zachwiała się. Musiałem złapać ją za ręce. Jej twarz zrobiła się biała jak prześcieradło, a oczy poczerniały od rozszerzonych źrenic.
Na parterze zadźwięczało rozbite szkło.
Jej wysokość mocno mnie odepchnęła i rzuciła się do okna. Ja za nią. Zobaczyliśmy na dole ciemną postać, która najwidoczniej właśnie zeskoczyła na dziedziniec.
To był Fandorin - poznałem kamizelkę.
W następnej chwili przez to samo okno wyskoczyły jeszcze dwie osoby - po cywilnemu - i schwyciły Erasta Piotrowicza za ręce. Ksenia Gieorgijewna przenikliwie krzyknęła.
Jednak Fandorin wykazał się nadzwyczajną gibkością. Nie wyswobadzając rąk, pochylił się sprężyście i uderzył jednego przeciwnika kolanem w pachwinę, a potem dokładnie tak samo potraktował drugiego. Obaj agenci zgięli się wpół, a Erast Piotrowicz lotem błyskawicy pokonał łąkę i zniknął w krzewach.
- Bogu dzięki! - wyszeptała jej wysokość. - Uratowany!
Wokół pałacu zbiegli się ludzie - niektórzy w mundurach, inni po cywilnemu. Ktoś popędził aleją ku bramie, inni rzucili się w pościg za uciekinierem. Ale prześladowców nie było już wielu - może z dziesięciu. Gdzie im się ścigać w ciemnym, rozległym parku ze sprytnym panem Fandorinem?
O Erasta Piotrowicza już nie trzeba się niepokoić. Ale co będzie ze mną?
Do drzwi głośno zastukano.
- Wasza cesarska wysokość! W pałacu jest przestępca! Czy u was wszystko w porządku?
Ksenia Gieorgijewna gestem poleciła mi schować się za szafą, sama zaś otworzyła drzwi.