Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
Pan Lodowego Ogrodu. Tom I - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pan Lodowego Ogrodu. Tom I

Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:

Jarosław Grzędowicz — urodzony w 1965 roku, debiutował w 1982 na łamach tygodnika „Odgłosy” opowiadaniem Azyl dla starych pilotów. Klub absolutnej karty kredytowej (publikacja w internecie w 1999 r.) otrzymał nominację do Nagrody Elektrybałta, a po publikacji w Wizjach alternatywnych 2002 także nominację do nagrody Sfinksa. W 1990 roku wraz z Andrzejem Łaskim, Krzysztofem Sokołowskim, Dariuszem Zientalakiem i Rafałem Ziemkiewiczem założył magazyn literacki „Fenix”, w którym prowadził dział prozy polskiej, a od 1993 roku był jego redaktorem naczelnym.
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
1 ... 73 74 75 76 77 78 79 80 81 ... 98
Перейти на страницу:

Kto to będzie?

U Conrada zginął kapitan. Zatem Atleif? A może stojący przy sterze Grunf? A może Grunaldi, bo jego lubię chyba najbardziej?

Muszę zrobić coś całkiem innego niż Willard. Coś, żeby odwrócić klątwę. Cokolwiek, byle przełamać ten paranoiczny nastrój mgły, szaleństwa i matni.

Zaczynam śpiewać na całe gardło starą, dwudziestowieczną kantyczkę, która kojarzy mi się bardzo bojowo.

I see a red door and I wanna paint it black No other colors, I just wanna turn it black I see — girls are walking, wearing summer clothes I need to close my eyes until my darkness goes...

Wrzaski na brzegu milkną. Zapada pełna konsternacji cisza. Na okręcie też. Patrzą czujnie, jakby mi odbiło.

— Mogą zacząć strzelać — odzywa się nagle Atleif. — Siedźcie za tarczami.

Zakładamy tarcze rzędem za reling. Wsuwa się dół tarczy w specjalną szczelinę i blokuje liną, przewleczoną przez imaki. Sternik schodzi ze swojego ulubionego miejsca i też się kryje, sterując konwencjonalnie rumplem trzymanym w dłoni.

Koło południa mgła stopniowo się rozłazi, za to zaczyna padać deszcz.

Rozpinamy nad pokładem namiot i siedzimy zmarznięci, przemoczeni, patrząc, jak deszcz ciurka po linach i siecze wodę. Owijam się dodatkowo płaszczem. Wszystko, co mam na sobie, i podobny do luźnego swetra kaftan, i półkożuszek, i płaszcz są wilgotne i cuchną mokrą wełną.

Po południu wpływamy na wielkie jezioro pomiędzy zielonymi wzgórzami, za nimi ciągnie się las, a jeszcze dalej majaczą we mgle ośnieżone góry. Nad jeziorem widać w oddali ciemne szczyty spadzistych dachów i palisady kilku sporych sadyb.

— Ziemia Ognia — szepce Grunaldi, a jego oczy jak zielone karbunkuły wypełniają się łzami.

Wrzask.

Walimy toporami i rękojeściami mieczy o tarcze, ktoś przynosi ogromny, falisty róg z okutym końcem, który opiera na ramieniu jak bazookę.

Przeraźliwe zawodzenie wzbija się w niebo i toczy nad jeziorem.

Woda ma dziwaczny, szmaragdowy kolor i pachnie jakby chlebem jak odległa piekarnia.

Popędzają niewolnych pod pokładem. Bęben uderza szybszym rytmem, wiosła sięgają dalej w przód i energiczniej uderzają do tyłu.

Widać już maleńkie jak drobiny sylwetki ludzi, biegających po brzegu i pomoście.

Koncentruję wzrok i widzę, że wznoszą ramiona ku niebu, jakaś kobieta w niebieskiej sukni klęczy na brzegu w płytkiej wodzie i szarpie się za rozpuszczone włosy, ktoś brodzi już po pas, jakby chciał przyjść nam na spotkanie, i najwyraźniej wrzeszczy.

Nie tak wyobrażam sobie powitania. Nie podoba mi się to, ale nic nie mówię. Moi żeglarze nic jeszcze nie widzą. Za daleko. Nie widzą wraku, zatopionego tuż przy pomoście, ze zwęglonymi kikutami masztów sterczącymi nad wodą.

Płyniemy prawie godzinę. Zaczyna wiać jakiś słaby wiaterek, więc stawiają dziwaczny fok, podobny do wachlarza, i okręt rusza szybciej na żaglu i wiosłach.

Kiedy jesteśmy o paręset metrów od brzegu, wszyscy widzą już, że coś jest nie tak, i milkną.

Biegający po brzegu ludzie, zarówno kobiety jak i mężczyźni, mają na sobie pancerze albo kolczugi, kobiety suknie zakasane do pół uda i zatknięte za pas, nie rozstają się z toporami i mieczami.

Cumujemy wreszcie wśród wrzasków, płaczu, krzyków, padania sobie w ramiona, kobiety i dziewczęta szarpią swoich mężczyzn i tulą się do nich na zmianę.

Zbieram swoje rzeczy, potem sprowadzam Jadrana na brzeg. Stoję skromnie z boku wśród wrzeszczącego tłumu, bieganiny i szczekających psów, niezgrabnych i przysadzistych jak hieny.

Czuję się jak alkoholik na arabskim weselu.

Nieadekwatnie.

I samotnie.

Jestem zmęczony podróżą i najchętniej bym coś zjadł. A przede wszystkim potrzebuję beczki gorącej wody i jakiegoś dużego cebra. I jeszcze kociołka drobnego popiołu oraz tłuszczu, z którego zrobię mydło.

No i wychodka.

— Schodzą z gór — streszcza Atleif. Siedzimy w wielkiej sali przy stole. Pomieszczenie jest dużo większe i trochę nawet jaśniejsze niż halla w Dworze Szalonego Krzyku. — Schodzą z gór i napadają na domostwa. To głównie Węże. Pojawia się też zimna mgła. Idzie fiordem, snuje się po lesie. Jak na uroczyskach. Są widziadła, są dziwne rzeczy. Razem z Wężami przychodzą dziwne istoty. Małe i całe z żelaza. Jak kraby. Mają ostrza zamiast rąk i niełatwo je zabić. Palą osady i biorą ludzi w niewolę. Ale najgorszy jest grajek.

Nieruchomieję z udźcem z dłoni. Przełykam.

— Grajek?

— Nocami podchodzi pod osady i stoi w ciemności. Nikt go nigdy nie widział dokładnie. Tylko sylwetkę w kapturze. Mówią, że ma twarz szczura. Gra na flecie z kości. Straszną, dziwną muzykę, od której dzieci wariują. Uciekają potem w las i przepadają.

— Skąd oni przychodzą? — pyta Grunaldi zmienionym głosem.

— Od strony Szklanych Wierchów albo przez Niedźwiedzią Przełęcz. I wzdłuż Dragoriny.

Ostatnie Słowo patrzy chwilę przed siebie, po czym ostrożnie odkłada nadgryzioną łopatkę na stół i ociera usta kawałkiem chleba. Wstaje powoli.

— Jadę natychmiast.

— Bierzcie konie — odpowiada mu Atleif. — A jak już będziesz w domu, pakujcie dobytek, zapasy, bierzcie bydło, wszystkich domowników i schodźcie tutaj na zimę. Mów to wszystkim, których spotkasz. Niech schodzą nad jezioro za palisadę Domu Ognia. Niech nikt tej zimy nie zostaje sam.

Dopijam piwo i odstawiam róg do góry nogami na stół. Nie będzie kąpieli.

— Pojadę z nim — mówię.

Atleif kiwa głową.

Leje deszcz. Jedziemy wzdłuż fiordu, który ciągnie się dalej za jeziorem. Rzeka jest tu trochę węższa, szumi w dole wąwozu. Milczymy. Słychać tylko stłumiony tętent na mokrej ścieżce i chrzęst oporządzenia. W górze niesie się krakanie Nevermore’a.

Jedziemy w dziewięciu. Ja, Grunaldi, Spalle i jeszcze sześciu żeglarzy z dawnego okrętu. Od czasu do czasu trzeba zsiadać i prowadzić konie przy pysku. Robi się za stromo. Potem, po paru godzinach, góry łagodnieją trochę.

Dwa razy znajdujemy głowy nabite na tyczki stojące przy szlaku.

— Bralli i Bralund — mówi nagle Spalle głucho. — Ojciec i syn. Znałem ich.

Wieczorem deszcz ustaje.

Jedziemy potem w ciemnościach. Powoli, ostrożnie, ale konie potykają się i gubią już płaty piany.

Rozpalamy ogień nad rzeką na plaży wysypanej otoczakami, wśród skał.

Ostatnie Słowo nie odzywa się, siedzi tylko, patrzy w ogień i wyłamuje z trzaskiem palce. Spalle przeciąga małą osełką po ostrzu miecza. Systematycznie i z namysłem. Poza tym panuje cisza.

Ssssszgrzyt!

Ssssszgrzyt!

Nasłuchujemy, czy w ciemnościach nie rozlegnie się wrzask, ale niczego nie słychać. Nikt nie wrzeszczy, nic nie podkrada się wśród krzaków.

Tylko sssszgrzyt! osełki Spalle. Stuknięcia kopyt, czasem pomruk i parskanie konia.

I trzask ognia.

Koncentruję się i zapadam w dwugodzinny letarg regenerujący. Owinięty płaszczem i wsparty o siodło.

Ruszamy o pierwszym brzasku.

Zwijamy się jeszcze w ciemnościach. Tyle czasu, żeby wejść na chwilę w krzaki, cały czas z mieczem pod ręką, potem przemyć twarz lodowatą wodą z fiordu.

1 ... 73 74 75 76 77 78 79 80 81 ... 98
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)