KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Przygody Erasta Fandorina #8
- Язык: польский
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów». Краткое содержание книги:
- Wyschły. O ile wiem, nie palicie?
Zaciągnął się ze smakiem, położył rękę pod głowę.
- Ale mamy piknik, nie? Wyśmienicie. Prawdziwy raj.
- Raj? - Aż się zatrząsłem, takie ogarnęło mnie wzburzenie. - Na naszych oczach świat się wali, a wy nazywacie to rajem? Chwieją się fundamenty monarchii, niewinne dziecię zamęczają złoczyńcy, najdostojniejsza z kobiet może w tej samej chwili... - urwałem, bo nie wszystko można wypowiadać na głos. - Chaos, oto co to jest. Na świecie nie ma nic straszniejszego od chaosu, w którym dochodzi do szaleństw łamiących wszystkie prawa...
Zakrztusiłem się, nie dokończywszy myśli, ale Fandorin mnie zrozumiał i przestał się uśmiechać.
- Wiecie, Afanasiju Stiepanowiczu, jaki popełniacie błąd? - powiedział ze znużeniem, zamykając oczy. - Wierzycie, że świat istnieje zgodnie z jakimiś zasadami, że jest w nim jakiś sens i porządek. A ja już dawno zrozumiałem: życie to nic innego, tylko chaos. Nie ma w nim żadnego porządku ani żadnych praw.
- Jednak sami stwarzacie wrażenie człowieka o bardzo twardych zasadach. - Nie mogłem się powstrzymać od sarkazmu, spojrzawszy akurat na jego idealny przedziałek, którego nie zdołały naruszyć wszystkie nasze przygody i wstrząsy.
- Tak, ja mam zasady. Ale to moje własne z-zasady, które wymyśliłem dla siebie samego, a nie dla całego świata. Niech sobie świat żyje po swojemu, a ja będę żył po swojemu. O ile to tylko możliwe. Własne prawa, Afanasiju Stiepanowiczu, to nie chęć uporządkowania całego świata, tylko próba zorganizowania przestrzeni, która b-bezpośrednio nas otacza. Nic więcej. I nawet taki drobiazg niezbyt mi się udaje... Dobrze, Ziukin. Spróbuję się zdrzemnąć.
Przewrócił się na bok i z łokciem pod policzkiem natychmiast zasnął. Niepojęty człowiek!
Nie wiem, co męczyło mnie bardziej: głód czy też gniew, a może poczucie bezsilności. Chociaż nie, wiem - strach. O życie Michała Gieorgijewicza, Emilii, własne.
Tak, własne. I to był najgorszy ze wszystkich znanych mi rodzajów strachu. Ogromnie się lękałem nie bólu i nawet nie śmierci, lecz hańby. Przez całe życie najbardziej bałem się zhańbić i tym samym utracić poczucie własnej godności. Co mi zostanie, jeśli utracę szacunek? Kim wtedy będę? Samotnym, starzejącym się nikczemnikiem - z pomarszczonym czołem, szyszkowatym nosem i „psimi bakenbardami” - który nie wiadomo po co roztrwonił swoje życie.
Przepis na zachowanie godności znalazłem już dawno, jeszcze w młodości. Czarodziejska formuła okazała się bardzo prosta: ze wszystkich sił wystrzegać się rzeczy nieoczekiwanych, i to zarówno smutnych, jak i radosnych. Kompromitujące sytuacje powstają w wyniku naruszenia ustalonego porządku, to jest gdy następuje coś nieoczekiwanego. A to oznacza, że trzeba umieć przewidywać, być przygotowanym na wszystko, uczciwie wypełniać swoje obowiązki i nie ulegać kaprysom. Tak też żyłem. A rezultat? Afanasij Ziukin to złodziej i oszust, przestępca działający na szkodę państwa. W każdym razie tak uważają ludzie, których opinia jest dla mnie cenna.
Słońce zaczęło już powoli opadać ku zachodowi. Przestałem się miotać po polance, usiadłem. Lekki wiaterek szeleścił świeżym listowiem, wśród dmuchawców basem bzyczał trzmiel, po szmaragdowym niebie powoli płynęły koronkowe obłoki.
I tak nie usnę - pomyślałem i oparłem się plecami o pień wiązu.
* * *
- O-obudźcie się, Ziukin. Musimy iść.
Otworzyłem oczy. Obłoki dalej płynęły tak samo wolno, tylko z białych stały się różowe, a niebo pociemniało.
Słońce już zaszło, a to oznaczało, że pospałem sobie co najmniej do dziewiątej.
- Nie wytrzeszczajcie oczu - rześko rzekł Fandorin. - Pora szturmować Ermitaż.
Zdjął długopoły kaftan, pozostając tylko w satynowej kamizelce i niebieskiej koszuli - na tle gęstniejącego zmroku był prawie niewidoczny.
Przez pusty park szybko przeszliśmy do pałacu.
Kiedy zobaczyłem oświetlone okna Ermitażu, ogarnęła mnie ogromna tęsknota. Dom był podobny do białego parowca, spokojnie i pewnie żeglującego poprzez mrok, a ja, jeszcze tak niedawno goszczący na jego luksusowym pokładzie, wypadłem za burtę i teraz macham rękoma wśród ciemnych fal, nie śmiąc nawet zawołać: „Ratunku!”
Fandorin przerwał moje gorzkie myśli.
- Czyje to okno? Na parterze, trzecie od lewej. Nie tam patrzycie... o, tam, otwarte, ale bez światła.
- To pokój mister Freyby’ego.
- Potraficie się wdrapać? Dobrze, naprzód!
Przebiegliśmy przez łąkę, przywarliśmy do ściany i podeszliśmy pod ciemne okno. Erast Piotrowicz splótł dłonie i tak zręcznie mnie podsadził, że bez trudności pokonałem parapet. Fandorin wszedł za mną.
- Zostańcie tutaj. Sz-szybko się uwinę.
- A jeśli wejdzie mister Freyby? - spytałem w panice. - Jak mu wytłumaczę swoją obecność?
Fandorin obejrzał się, wziął ze stołu butelkę, w której znajdowała się bura ciecz - pewnie osławiona whisky, którą niegdyś ugaszczał mnie butler.
- O, weźcie. Stukniecie go w głowę, zwiążecie i w-wsuniecie w usta knebel - na przykład tę serwetkę. Nic na to nie poradzimy, Ziukin, okoliczności są nadzwyczajne. Później go przeprosicie. Jeszcze tylko tego brakowało, żeby Anglik podniósł krzyk! Nie trzęście się tak, ja szybko wrócę.
Rzeczywiście wrócił szybko, nie było go niecałe pięć minut. W ręku trzymał sakwojaż.
- Tutaj jest wszystko, co n-najpotrzebniejsze. U mnie w pokoju była rewizja, jednak niczego nie ruszyli. Masy nie spotkałem. Pójdę go p-poszukać.
Znowu zostałem sam i znowu po upływie paru minut drzwi się otworzyły.
Tym razem jednak nie był to Erast Piotrowicz, lecz mister Freyby. Wyciągnął rękę, potarł pokrętło olejowej lampy i pokój zalało światło. Zamrugałem z roztargnieniem.
Złapałem butelkę, niepewnie zrobiłem krok. Biedny butler, nie był niczemu winien.
- Dobry wieczór - powiedział grzecznie Freyby, z zaciekawieniem patrząc na butelkę. - I didn’t realize that you liked my whisky so much.
Wyciągnął z kieszeni słownik i z wyjątkową sprawnością - widać często się nim posługiwał - przerzucał stroniczki.