Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #1
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187080
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe». Краткое содержание книги:
– Nie jestem delikatną panienką! Jestem z rodu ker-Noel.
– Wiem. To dobry ród.
—— • ——
Stara kobieta w czarnej szacie siedzi na kamiennej podłodze i monotonnym ruchem obraca żarna. Robi to przez okrągły rok, wiele godzin dziennie. Jej mężczyzna zginął kilka lat wcześniej, jej dzieci zostały oddane na wychowanie rodzinie męża. Kręcąc wielkim kamiennym kołem, kobieta śpiewa w dziwnym, nieznanym języku.
Jako mały chłopiec często przychodził ją podglądać. Dzieciaki mówiły na nią ogalewa – mroczna baba, śmiały się i dokuczały. Od ciotki dowiedział się tylko, że ta kobieta to żona jej brata. Została przyjęta do rodu przez jego krew i nasienie, ich dzieci były już Issaram. Ona nie. Nie zostaje Issaram nikt, kto nie urodził się w górach. A pierwsze prawo ma tylko jeden wyjątek.
Kiedy młody wojownik przyprowadził ją do rodzinnej afraagry, przez wiele dni składał błagalne ofiary. W tym czasie jego wybranka przebywała w odosobnieniu, a kobiety, które się nią zajmowały, przygotowywały ją do życia wśród Issaram. Potem, gdy starszyzna uznała, że ich zamiary są poważne, zaprowadzono ich do specjalnej jaskini, gdzie po raz pierwszy ujrzała jego twarz. Przez trzy dni i trzy noce każdy mógł tam przychodzić, aby mogła poznać i jego oblicze. Kobiety przynosiły dzieci, mężczyźni przyprowadzali wyrostków. Ciotka twierdziła, że prawie cała osada ją odwiedziła.
Czwartego dnia podano jej do wypicia wywar, po którym zapadła w sen. Gdy spała, Wiedzący natarł jej oczy pewną maścią. Kiedy je ponownie otworzyła, źrenice miała zakryte bielmem.
Jedyny wyjątek w prawie Harudiego, okrutny, twardy, bezlitosny.
Kobieta z równin mieszkała w ich siedzibie rodowej przez sześć lat. W tym czasie urodziła dwóch synów i dwie córki. Jedno dziecko zmarło. Po sześciu latach jej mąż zginął w potyczce z sąsiednim plemieniem.
Nikt nie chciał wziąć za żonę ślepej kobiety. Ale przez krew i nasienie należała do rodu, mogła się nazywać og’Issaram. Więc posadzono ją przy żarnach.
Miał siedem lat, gdy po raz pierwszy ją zobaczył.
Osiem, gdy dowiedział się, kim jest. Dziesięć, gdy pobił się ze swoimi dwoma starszymi kuzynami za to, że rzucali w nią kamykami. Jedenaście, gdy zaczęła go uczyć języka równin.
Czternaście, gdy zmarła.
Ślepa kobieta przy żarnach.
Jego matka.
—— • ——
Jak miał to opowiedzieć tej dziewczynie, będącej tak naprawdę nieodrodną córką zielonych łąk, deszczy, potoków i stepowego wiatru? Jakimi słowami opowiedzieć historię kobiety z równin, która z miłości do zamaskowanego wojownika zdecydowała się spędzić resztę życia w mroku? I która przez trzynaście lat kręciła bez końca żarnami? Ułożyli ją w grobie w takiej pozycji, jak zmarła, pochyloną, z podkurczonymi nogami. Nikt nie potrafił rozprostować jej kończyn.
Usłyszał szczęknięcie zasuwy i do pokoju wtargnęło światło księżyca.
– Ktoś może cię zobaczyć.
– Po drugiej stronie nie ma okien. Zresztą dąb wszystko zasłania.
Obróciła się do niego. Parapet znajdował się dość nisko i obserwator z zewnątrz miałby teraz przed sobą arcyciekawy widok.
– Powiedz mi, czy nigdy nie zdarzyło się, żeby jakiś Issar, nooo... nie wrócił, złamał prawo i uciekł od swojego losu, przeznaczenia? Przecież wam wszystkim – dodała szybko, czując, że zamierza jej przerwać – wszystkim pisana jest śmierć. Od dzieciństwa uczycie się walczyć i zabijać, gardzić strachem, bólem, śmiercią. I umieracie tam, w górach i na pustyni, w tej przeklętej przez bogów i ludzi krainie, lub tu, w Imperium, za garść miedziaków wynajmując swoje miecze obcym.
– Jestem Issaram, a te góry w starym, bardzo starym języku nazywają się ok’Issaa’arakmaem. Wiesz, co to znaczy?
– Nie.
– Ostatnie Miejsce Oczekiwania. To miejsce zostało nam dane przez bogów, jako kara za grzechy, ale też jako obietnica, że dostąpimy kiedyś odkupienia.
– Kara? Obietnica? Co takiego zrobiliście, że cały naród musi odbywać taką pokutę?
– Zdradziliśmy. Dwukrotnie. W wielkiej, starej wojnie, którą bogowie toczyli kiedyś na świecie, stanęliśmy po złej stronie. A potem część plemion opowiedziała się przeciw dotychczasowym władcom. Tylko ci buntownicy przeżyli. Ale to za mało, by odkupić wszystkie winy.
– Mówisz o Wojnie Bogów? O Szeyrenie, Eyfrze i Kaorrin? To bajki i legendy dla dzieci. Nawet kapłani...
– Jacy kapłani? – przerwał jej szorstko. – Wasi? Meekhańscy? Przybyliście na te ziemie gdzieś ze wschodu niecałe półtora tysiąca lat temu. Bandy koczowników ledwo umiejących obrabiać żelazo. Wycięliście lub podbiliście miejscowe plemiona i stworzyliście wreszcie to swoje Imperium. Mój ród liczy ponad dwieście pokoleń, a jego początki sięgają czasów sprzed Wielkiej Wojny. Trzy i pół tysiąca lat tradycji. Mamy historie, które dla was są legendami, i legendy, od których postradalibyście zmysły. Więc nie mów mi o bajkach, dziewczyno, bo nazywasz tak moje życie i życie wszystkich moich przodków.
Milczała, zdumiona tym wybuchem. Ciągle nie rozumiała tak wielu rzeczy.
Nagle na jej wargach zatańczył uśmieszek.
– Znowu to zrobiłeś.
– Co?
– Skierowałeś rozmowę na inny temat, nie odpowiedziałeś na pytanie. Jakie są te twarde, okrutne warunki? Co trzeba zrobić, by żyć wśród was i nie naruszyć waszych praw?
Postąpiła krok do przodu.
– Przed czym próbujesz mnie chronić? – szepnęła.
Spojrzał jej prosto w twarz, w czarną opaskę, którą przesłaniała oczy. Potem opowiedział o prawie, starej kobiecie i żarnach.
Miała rację, nie była delikatną panienką, była twarda i uparta. Ale zanim skończył, zaczęła się trząść. Kropelki potu upstrzyły jej górną wargę, zlizała je szybko, jakby bojąc się, że spłyną po twarzy i naznaczą podłogę śladami strachu.
– To... to okropne – wyjąkała. – Czy wiesz chociaż, jak się nazywała?
– Entoel-lea-Akos.
– Ładnie.
– Tak, ładnie. Teraz już wiesz.
– Wiem.
Powinien był to przewidzieć, powinien być szybszy, zerwać się, złapać ją za ręce, powstrzymać.
Zaskoczyła go. Nie zdążył.
Uniosła dłonie do twarzy, jednym ruchem zerwała opaskę. Wyhamował pół kroku przed nią. Było już za późno na cokolwiek.
– Pójdę za tobą w góry, Yatech. Chcę z tobą mieszkać, żyć i rodzić ci dzieci.
Mówiła cichym, spokojnym głosem, patrząc mu prosto w oczy.
– Przecież wiesz, jaka jest cena.
– Wiem. Ale to będzie później, nie dziś, nie jutro. Kiedyś.
Stanęła na palcach, złapała go za podbródek i zaczęła uważnie się przyglądać.
– Uch, twój nos rzeczywiście wygląda na wielokrotnie złamany. A ta blizna jest paskudna, kto zszywał ranę?
– Mój kuzyn.
– Ten, z którym biłeś się o jedzenie? To wszystko wyjaśnia. Twoje oczy są bardziej piwne niż szare.
– Czy to takie ważne?
– Oczywiście. I twoje włosy, ktoś powinien zrobić z nimi porządek. A na dodatek...
Zdradziły ją oczy, nagle zamgliły się, zwilgotniały, mrugnęła kilkakrotnie, ale to nie pomogło. Spod przymkniętych powiek wymknęła się jedna łza, potem druga. Wtedy głos także odmówił jej posłuszeństwa.
– Dlaczego... dlaczego to wszystko jest takie trudne – wyszeptała. – Dlaczego nie możesz być zwykłym mężczyzną, kupcem, żołnierzem, choćby parobkiem?
Nie znał odpowiedzi. Kolejny raz.
– Człowiek nie decyduje sam o swoim losie.
– Och, przestań, proszę. Nie chcę teraz mówić o przeznaczeniu.
Pociągnęła go w stronę łóżka.
– Pamiętasz, co powiedziałeś, gdy przyszłam do ciebie pierwszy raz?