Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #1
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187080
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe». Краткое содержание книги:
Aerinowi nie spodobało się to ciągłe „my” i „my”.
– Twoim dowódcą jest kapitan Reegfod?
– Tak. Skąd wiesz?
– Nietrudno się domyślić. Coś ci powiem, chłopcze. Twój dowódca ma teraz prawie pięćdziesiątkę i ciągle jest kapitanem. Nie wydaje ci się to dziwne? Pochodzi przecież ze znakomitego rodu.
Młody oficer zesztywniał.
– Kapitan Reegfod, który uczynił mi zaszczyt na swoich urodzinach i dopuścił do kompanii...
– To znaczy, że schlaliście się jak świnie. Noo, mów dalej, nie przerywaj.
– Kapitan Reegfod wyjaśnił mi, że to z powodu jego bezkompromisowej postawy omijają go awanse. I że teraz wszystko się zmieni, wszyscy zobaczą, kto od samego początku miał rację.
Kupiec spojrzał jeszcze raz na bratanka. Szczera twarz, wysoki, szczupły, mundur leżał na nim jak ulał. Przystojny jak diabli. Najwyraźniej w tej gałęzi rodziny bogowie postanowili wymienić rozsądek na urodę.
– Kiedyś opowiem ci o młodym oficerze, który po klęsce w górach poprowadził resztki swojej kompanii do pewnego miasteczka. Wysłano mu rozkaz, żeby został tam i bronił się, jednak na wieść o zbliżaniu się Issaram porzucił osadę i pomaszerował ze wszystkimi żołnierzami na północ tak szybko, że zatrzymano ich dopiero w połowie drogi do Starego Meekhanu. Potem tłumaczył się, że rozkazu nie otrzymał, a szczęśliwie dla niego, gońca wysłanego z rozkazem rzeczywiście znaleziono martwego. Bez żadnych pism. Zapewne ktoś go ograbił...
Hergen poczerwieniał.
– Co chcesz przez to powiedzieć, wuju?
– Nic, to tylko jedna z historii z tamtych okropnych czasów.
– Doprawdy...? – Młody oficer zmrużył oczy. – A może opowiadasz te bajeczki, bo sam trzymasz w domu oswojonego dzikusa?
Więc tu był pies pogrzebany.
– Mówisz o Yatechu?
– Więc on ma jakieś imię? Nie ma twarzy, a imię ma, coś takiego. Trzymasz go na łańcuchu? Karmisz surowym mięsem?
Szczeniak pozwalał sobie zdecydowanie na zbyt dużo.
– Yatech jest gościem w tym domu. Gościem i przyjacielem. Mieszka z nami od roku i ufam mu jak sobie.
– A ciotka Ellanda?
Pudło.
– Ellanda również mu ufa.
Hergen dramatycznym gestem wzruszył ramionami.
– Jak można ufać komuś, kto nie odsłania twarzy? Podobno za życia wszyscy mają zwierzęce mordy, dopiero po śmierci, dla niepoznaki, zmieniają się w ludzi. To dlatego noszą te wszystkie zawoje.
Aerin jęknął.
– Litości. Więc po to było pięć lat szkolenia w akademii? Żebyś opowiadał historyjki dobre dla ciemnego chłopstwa? Po co właściwie przyjechałeś?
Chłopak zrobił zdumioną minę.
– Żeby odwiedzić rodzinę, rzecz jasna. Nie widziałem Eratha i Isanell dobre dwa lata. Podobno kuzynka wyrosła na piękną pannę.
– O tak, i robi się coraz bardziej nieznośna. Za rok albo dwa trzeba ją będzie wydać za kogoś o stalowych nerwach i cierpliwości kamienia.
– A Erath?
– Uczy się. Częściowo w szkole przy świątyni, częściowo u guwernerów, którzy kosztują mnie fortunę.
– A nie myśli o armii? Ja w jego wieku szykowałem się już do akademii. Rozumiesz, wuju, kupiectwo to szlachetna profesja, ale Imperium potrzebuje nowych żołnierzy. Erath mógłby od razu zostać oficerem, jak ja. Przecież pochodzimy z tego samego rodu.
– Niestety – Aerin mruknął to tak, żeby nikt nie usłyszał. – A co tam u ojca?
– Zdrów. Matka też. Zapraszają was na jesienne winobranie.
– Jak co roku. A dziś, co jeszcze zamierzasz?
– Wrócę do siebie, do garnizonu w Asserd. Trzeba tam trochę podciągnąć dyscyplinę.
Los żołnierzy nie zapowiadał się najlepiej.
Doszli właśnie do części ogrodu wydzielonej gęstymi krzewami.
– Teraz.
Usłyszeli świst, brzęk i odgłos upadku.
– Auć! Bolało!
Głos należał do młodego chłopca.
– Erath, na święte kamienie, pady, pady i jeszcze raz pady. Ile razy będziemy to powtarzać? Podciągnij brodę do piersi, głowa nie powinna stykać się z ziemią. Robisz pad przez bark, po skosie przez plecy, podciągasz jedną nogę i od razu wstajesz. Nie staraj się wyhamować ruchu, wykorzystaj impet, który już masz. No, jeszcze raz. Świst, brzęk, upadek.
– Świetnie! A gdzie miecz? Stoisz tyłem do mnie, musisz złożyć paradę, zwłaszcza jeśli nie widzisz, gdzie ja jestem. Albo robisz jeszcze jeden pad, w bok i wychodzisz półklęcząc, przodem do mnie. Ale to niebezpieczne, jeśli będę szybki, dojdę cię w dwóch skokach i będziesz miał problem. W tej pozycji trudno jest się bronić.
– Spróbujmy.
– Dobrze.
Aerin i Hergen ruszyli wzdłuż krzewów do najbliższego przejścia.
Świst, brzęk, upadek, jeszcze jeden, dwa szybkie szczęknięcia mieczy, odgłos uderzenia.
– Mówiłem, w tej pozycji trudno jest się bronić, szczególnie jeśli ktoś stoi tuż przy tobie. Zawsze będzie miał przewagę. Bolało? Przepraszam.
Wyszli na spory placyk, przylegający do budynku głównego, wysypany drobnymi, kolorowymi kamykami. Zamaskowany wojownik pomagał właśnie wstać z ziemi jasnowłosemu chłopcu. Chłopak miał niewyraźną minę, lewą ręką trzymał się za żebra, a w prawej ściskał morderczy issarski yphir.
– Yatech, na miłość boską... – Aerin podszedł do syna i odebrał mu miecz. – Jeśli jego matka to zobaczy, wszyscy pójdziemy do łóżek bez kolacji. A ja bez czegoś jeszcze. Przecież obiecałeś.
– Tak, obiecałem, że nie dam mu do ręki ostrej broni, jeśli nie będzie gotów. Jest już gotów. I tak za długo okładaliśmy się drewnianymi mieczami.
Odebrał kupcowi broń i wsunął ostrze do pochwy.
– Mamy gościa – powiedział po chwili.
Aerin spojrzał na bratanka, przypominając sobie o jego obecności. Nie podobał mu się wyraz twarzy oficera. Ani ton głosu Yatecha.
Pułk Lamparta, cholera.
Trzeba było jakoś załagodzić sytuację.
– To mój bratanek Hergen-ker-Noel, porucznik Dwudziestego Pierwszego Pułku Lamparta.
Yatech skinął głową, ledwo, ledwo, ale to już było coś.
– A to wojownik Issaram, gość i przyjaciel mojego domu, Yatech d’Kllean.
Może to zapobiegnie awanturze.
Spojrzał na Hergena i zrozumiał, że nic jej nie zapobiegnie. Młody oficer wyglądał jak kogut stroszący pióra przed walką.
– Więc to jest ten Issar, który wkradł się w twoje łaski, wuju? Nie tak go sobie wyobrażałem.
Yatech schował drugi miecz i ukłonił się Aerinowi.
– Powinienem już iść – powiedział. – Mam jeszcze kilka spraw do załatwienia.
Żołnierz zignorował tę dość wyraźną sugestię. Zaczął obchodzić wojownika.
– Nawet nie cuchnie tak mocno, jak można by się tego spodziewać.
Erath, czując, co się święci, czmychnął w kąt placu. Oczy błyszczały mu podnieceniem. Aerin wtrącił się delikatnie:
– Myślę, że mógłbyś zajrzeć do stajni. Meechar ma już nowe siodło dla twojego konia.
Yatech jeszcze raz skłonił się lekko i odwrócił do wyjścia. Nagle oficer złapał go za ramię, zatrzymał i sięgnął do zawoju.
– Zawsze byłem ciekaw...
Uderzenie, twarz, szyja, splot, przyblokowanie stóp i cios otwartą dłonią w mostek.
Wszystko odbyło się tak szybko, że Aerin zrozumiał, co się stało, dopiero gdy Hergen zaszorował tyłkiem po żwirze. Chłopak zerwał się zaraz, wyciągając miecz.
– Tyyy...!
I stanął w pół kroku, z dwoma zakrzywionymi klingami przyłożonymi do gardła.
Aerin najpierw poczuł, jak drżą mu nogi, potem tułów, ramiona, szyja. Cały się trząsł. Co ten skretyniały bękart próbował zrobić? Co on próbował zrobić?! Podszedł do bratanka, czując narastającą furię. Zatrzymał się obok, przez chwilę z satysfakcją obserwując kropelki potu na twarzy oficera.