Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #1
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187080
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe». Краткое содержание книги:
Pierwszych dwóch, w których Aerin rozpoznał swoich najbardziej zaufanych woźniców, przyskoczyło do najbliższego banity. Nie wiadomo, dlaczego zatrzymał się, by walczyć. Spiął konia, zamłynkował mieczem. Dopadli go z dwóch stron jak ogary osaczające niedźwiedzia. Zawahał się na ułamek sekundy, tyle wystarczyło. Jednocześnie wbili mu włócznie w brzuch, złapali mocniej drzewca, unieśli go z siodła. Przez chwilę wisiał w powietrzu, wyjąc potępieńczo. Potem rzucili ciało na ziemię i pobiegli dalej.
To złamało do reszty ducha bandy. Resztka napastników rzuciła się do ucieczki. Któregoś zmiótł jeszcze z siodła celnie rzucony oszczep, inny dostał korbaczem w głowę, fiknął kozła przez koński zad i skończył, przygwożdżony włócznią do ziemi. Po chwili po banitach zostało tylko około dwudziestu trupów, kilku rannych i parę galopujących luzem koni.
Aerin patrzył, jak jego ludzie szybko i bez skrupułów dobijają bandytów. Przynajmniej nie będzie musiał zawracać sobie nimi głowy.
—— • ——
Kilka minut później na dziedzińcu panował już względny porządek. Wyważoną bramę zabarykadowano ciężkim wozem, zabitych bandytów ułożono pod murem, a ich konie wyłapano i spętano.
Aerin od dłuższego czasu siedział na ziemi, trzymając syna w ramionach. Poza dużym guzem na czole chłopak nie miał większych obrażeń.
Kupiec uniósł głowę i spojrzał na Issara. Po wojowniku nie było niemal widać śladów niedawnej walki. Trochę zakurzona chaffda – wierzchnia szata, parę kropel krwi tu i tam. Poza tym wyglądał jak zwykle, oaza spokoju i opanowania.
– Niezła walka – skomentował ostatni kwadrans, jakby chodziło o partię tarandei. – Czterech zabitych u was i dwudziestu pięciu u nich. Maycha, Pani Wojny, łaskawym okiem spogląda na twój dom.
Aerin uśmiechnął się krzywo.
– Sądzę, że zawdzięczamy to raczej twojej obecności. Gdybyś nie zatrzymał ich przy bramie... a potem jaszcze ten czarownik... i Erath... i...
– Nie lubię czarowników, zwłaszcza takich, którzy udają potężniejszych, niż są naprawdę. Swoją drogą, powinniście coś zrobić z ich nadmiarem. Może jakieś polowanie albo coś...
– Och, Yatech, wiesz, jak to jest...
– Nie, nie wiem.
– No, idzie taki do akademii w Jerlesh albo Kent, albo wstępuje do bractwa, a po roku, po dwóch lub po pięciu latach braknie mu pieniędzy na naukę bądź coś przeskrobie i zostaje usunięty. Potem może tylko wstąpić do armii, zostać wiejskim uzdrowicielem, takim od hemoroidów i krowiej wścieklizny. Albo może też przyłączyć się do bandy. Tych ostatnich jest na szczęście niewielu.
– No cóż, teraz jest ich o jednego mniej. Co z resztą bandy?
– Wyślę rano gońców do najbliższych stanic. Ale nie sądzę, żeby ich wyłapali.
Najpewniej rozproszą się i będą szukać szczęścia na własną rękę.
– Rozproszą się... – Yatech spojrzał w stronę bramy. – Część jest ranna, nie będą szybko uciekać.
– Nawet o tym nie myśl.
– O, a to dlaczego?
– Jesteś mi potrzebny.
– Umowa jest nieważna. Sam to powiedziałeś.
– Ludzie mówią różne głupstwa, a potem tego żałują. Ja żałuję. I proszę, zostań, Yatech, zostań i strzeż mojej rodziny. Tak jak dzisiaj. Przekonam Ell, nawet jeśli będę musiał...
– Nic nie będziesz musiał, Aerinie-ker-Noel.
Stała za nim, wciąż w nocnej koszuli, z wilgotną szmatką w ręku. Przyklęknęła i przyłożyła ją do czoła syna.
– Kazałam służącym podrzeć kilka twoich koszul na szarpie i bandaże. I zagotować wody. Ilu jest rannych?
– Siedmiu.
– Zaraz się nimi zajmiemy – pochylona nad synem, mówiła łamiącym się głosem, krótkimi, urywanymi zdaniami. – Ja... ja jestem tylko kobietą z równin, wojowniku. I nie mam powodów, by lubić synów Issaram. Mój ojciec i brat zginęli od waszych mieczy. Ale... ale dziś ocaliłeś życie mojego syna. Ja...
Spojrzała w górę na zamaskowaną postać. Aerin zdumiał się, widząc, że płacze.
– Ja... czuję się, jakbym zdradzała ich pamięć. Ale gdyby cię tu dziś nie było... – urwała. Otarła oczy rękawem. – Mogę tylko powtórzyć za mężem – proszę, zostań, Yatech. Zostań i strzeż mojej rodziny.
Tylko sama Wielka Matka wiedziała, ile ją kosztowało wypowiedzenie tych słów.
Issar stał przed nimi, kołysząc się nieznacznie w przód i w tył. Aerin wiedział, że się modli. Złapał żonę za rękę, nakazując wzrokiem ciszę.
Wreszcie Yatech znieruchomiał. Zza zawoju dobiegło ciężkie westchnienie.
– Dobrze, Ellando i Aerinie-ker-Noel, zostanę w waszym domu i będę go strzegł, jakby był moim własnym.
Skłonił się im niemal dostojnie.
– Jeszcze jedno, Yatech... – Aerin dopiero teraz coś sobie przypomniał.
– Tak?
– Dziękuję.
—— • ——
– Uuuch... Nie myślałam, że coś takiego jest w ogóle możliwe. – Przeciągnęła się jak kotka wstająca z drzemki na słońcu. – Jak to zrobiłeś? Trzeba przełożyć jedną nogę tu, drugą tam, trzecią... och, to nie była noga.
Roześmieli się oboje.
– Za chwilę pokażę ci to znowu. Teraz jednak...
Słyszała, jak wstaje i chodzi po pokoju. Brzęknęło szkło.
– Mam nadzieję, że lubisz ciepłe wino. Innego nie mam.
Poczuła w dłoni kielich, wino było cierpkie, słodkawo-cierpkie i mocne.
– Czerwone altarskie, ulubione wino ojca.
– Dał mi kilka butelek.
– Jesteś jego ulubieńcem. Czasem myślę, że Erath powinien być o ciebie zazdrosny.
– A ty?
– Ja? Ja jestem twoją ulubienicą, nieprawdaż?
– Oczywiście. Ty i Seren z kuchni, i ta nowa pokojówka, jak jej tam...? Ouch! – Stęknął, trafiony w splot.
– Nie radzę ci przypominać sobie jej imienia – mruknęła, rozmasowując sobie nadgarstek. – W ogóle nie powinieneś znać imion innych dziewczyn. Nie po tym, co im o tobie naopowiadałam.
– Ha! Więc to twoja sprawka. A ja zastanawiałem się, dlaczego uciekają na mój widok. Swojemu kuzynowi też naopowiadałaś bajek?
– Hergenowi? Nie, on zawsze był pajacem.
—— • ——
Aerin przechadzał się po ogrodzie w swojej miejskiej rezydencji, szczerze żałując, że nie jest gdzie indziej. Decydujący wpływ na jego uczucia miało towarzystwo bratanka. Młody oficer, świeżo mianowany porucznik Czwartej Kompanii pułku Lamparta, paradował przez cały czas w wypucowanej na błysk kolczudze, w hełmie i z mieczem. Szary płaszcz, obszyty czerwoną lamówką, oznaką rangi, nosił, jakby to była cesarska purpura.
Jego poglądy lub to, co uważał za swoje poglądy, pasowały do całej postaci.
– Podobno Karchonowie robią jakieś problemy naszym kupcom. Nie mogę się doczekać, aż pokażemy im, kto tu rządzi.
Albo:
– Podobno te brudne psy z klanu Deedhyr ukradły dwieście sztuk bydła. Już wkrótce zapłacą za to własną krwią.
Zupełnie jakby piechota mogła coś zdziałać przeciw koczownikom.
– Mój kapitan twierdzi, że być może wkrótce pomścimy klęskę pod Efharyn. Pułk Lamparta odzyska honor.
To ostatnie zabrzmiało groźnie. Aerin postanowił wtrącić się do tego nieprzerwanego potoku przechwałek.
– Ostatnim razem, gdy pułki uderzyły na Issarów, wróciła mniej niż piąta część żołnierzy. A potem wschodnie Ayrepr spłynęło krwią.
Spojrzenie jasnoniebieskich oczu wyrażało czyste zdumienie.
– Ależ wuju – sam ton sugerował, że tylko szacunek dla rodu powstrzymuje chłopaka od nazwania Aerina głupcem. – Byliśmy wtedy zupełnie nieprzygotowani. A generał het-Boren dał się wciągnąć w zasadzkę. Teraz znamy już przeciwnika, to dzikusy i zbóje. Na dodatek są uzależnieni od wody, a w tych pustynnych górach nie ma jej zbyt wiele. Wystarczy, że zajmiemy największe źródła i trochę poczekamy. W dziesięć dni sami przyjdą, błagając o choćby łyk, albo wybiją się, walcząc o te kałuże, które im zostawimy.