Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
Pan Lodowego Ogrodu. Tom I - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pan Lodowego Ogrodu. Tom I

Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:

Jarosław Grzędowicz — urodzony w 1965 roku, debiutował w 1982 na łamach tygodnika „Odgłosy” opowiadaniem Azyl dla starych pilotów. Klub absolutnej karty kredytowej (publikacja w internecie w 1999 r.) otrzymał nominację do Nagrody Elektrybałta, a po publikacji w Wizjach alternatywnych 2002 także nominację do nagrody Sfinksa. W 1990 roku wraz z Andrzejem Łaskim, Krzysztofem Sokołowskim, Dariuszem Zientalakiem i Rafałem Ziemkiewiczem założył magazyn literacki „Fenix”, w którym prowadził dział prozy polskiej, a od 1993 roku był jego redaktorem naczelnym.
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
1 ... 72 73 74 75 76 77 78 79 80 ... 98
Перейти на страницу:

Wskoczył w świat rzeczywisty i równocześnie usłyszał, jak dwa ciężkie przedmioty walą się na ziemię z mokrym chlapnięciem, i poczuł lepkie, gorące bryzgi na twarzy.

— No i zarąbałem psa, da piczki materi — warknął Drakkainen. — Po jaką cholerę żeś się na mnie rzucał?

— Mówili, że szybko się ruszasz — powiedział Spalle. — Ale to chyba jest za wiele. Nie zdążyłem zobaczyć, jak wyciągasz miecz.

— E tam — odparł lekceważąco Drakkainen. — To nic takiego.

Znad wejścia spadł kawał strzechy, równo odcięty końcem ostrza. Spojrzeli na niego w milczeniu.

— Trochę mi się zaczepiło — oznajmił Vuko ze skruchą.

W środku było ciemno. Weszli, jeden za drugim, w gęsty, gorący niemal odór zgnilizny. Spalle rozkaszlał się.

— Nie ma tu czego szukać — powiedział głucho Drakkainen gdzieś z mroku. — Wyjdźcie, ja go odetnę.

— Co odetniesz?

— Tego twojego Drofnira. Powiesił się u powały.

Wisiał ze dwa dni. Zwłoki były sztywne, z rozłożonymi szeroko ramionami, usta wypełniał spuchnięty, fioletowy język, twarz przybrała niemal czarną barwę.

— Ręce miał wolne, drzwi były zawarte od środka — powiedział Drakkainen. — Sam się powiesił.

— A gdzie jego kobiety? Jego niewolni? Dzieci?

— W środku był tylko pies.

— Moim zdaniem — rzekł bardzo powoli Spalle — to ty jesteś Czyniący. Znasz taką pieśń, żeby przemówił?

— Nie znam żadnych pieśni.

— Słyszałem, jak gadasz do konia w jego mowie.

— To jest moja mowa. Wędruję samotnie, to gadam do wszystkiego, nawet do kruka. Nie jestem Czyniący, Spalle. Znam sztukę miecza z mojego kraju, dlatego szybko się ruszam.

— Tam, za domem! — krzyknął jeden z wojów, wysłanych na tyły domostwa. Pobiegli wszyscy.

— Te głowy są starsze niż jego śmierć — oznajmił Drakkainen, przyklękając przy trzech kobiecych głowach, ułożonych pieczołowicie na stercie kamieni. — O co najmniej kilka dni.

— Zabił wszystkie, a potem się powiesił? A gdzie reszta?

— Ilu z nim mieszkało?

— Nie był bogaty. Miał czworo niewolnych, dwie kobiety i troje dzieci. Była jeszcze jego matka. To właśnie ona i jego baby. Reszta przepadła.

Drakkainen rozejrzał się wokół.

— To chyba nie on je zabił.

— Dlaczego? Może oszalał.

— Tam na ziemi leży łuk i kołczan. Obok martwy kozioł. Tuż przy lesie. A tutaj, zobaczcie: trzy zaostrzone tyczki. Na szpicach jest krew. Ktoś nadział głowy na tyczki. Gdyby Drofnir oszalał, to by je tak zostawił. Ale on je zastał na tyczkach. Wyszedł z lasu, zobaczył je, rzucił, co miał w rękach, i podbiegł. Zdjął głowy z tyczek i ułożył. Potem się powiesił.

— Zobaczcie tutaj! — krzyknął ktoś spod chałupy. Wrócili więc pod chatę. Stała tam już reszta załogi, patrząc na trupa, przerąbanego psa i wyłamane drzwi.

— Popatrzcie na belki i na okiennice. — Na ścianach i drewnianych okiennicach było pełno świeżych szram, których nie zauważyli od razu. Nie były bardzo głębokie, ale za to liczne. Wyglądało jakby gigantyczny kot ostrzył sobie o tę chatę pazury.

— Na drzwiach, od środka. — Wskazał Grunaldi.

Na drzwiach od środka widniał rząd znaków, wydrapanych krzywo, pospiesznie, końcem noża. Napis brzmiał:

Wracają z mgłą, w ciemności lub o świcie.

— A jednak przemówił — powiedział Spalle.

Atleif splunął przez zęby.

— Wnieście go do środka. Głowy i psa też. Spalmy chałupę. Potem gotujemy tylko strawę dla siebie i niewolnych i bierzemy wodę ze strumienia. Nigdzie nie chodzić samemu, nawet za potrzebą. Na noc śpimy na łodzi. Wyciągniemy się na kotwicy na wodę daleko od brzegu.

Wnętrze chaty wypełnili chrustem, ktoś znalazł beczułkę tranu, który rozlali po gałęziach i podłodze, na koniec ktoś przyłożył pochodnię do strzechy.

Chałupa płonęła prawie całą noc, zalewając rdzawym blaskiem plażę, skraj lasu i jezioro.

Czuwali na zmianę po dwóch, patrząc na brzeg i wodę, z łukami pod ręką, ale nic nie nastąpiło.

***

Płyniemy od świtu. Fiord ciągnie się dalej wśród skał, ale urwiska są dużo niższe. Niewolni są przestraszeni. Słyszę, jak szepcą do siebie pod pokładem. Słyszę amitrajski i kebiryjski. W kółko to samo, o klątwie, o przeklętej ziemi i jakichś imionach bogów oraz o uroczyskach. Pilnujący ich żeglarz wrzeszczy wreszcie i smaga kogoś kawałkiem liny, potem słychać tylko uderzenia bębna i plusk wioseł.

Robi się zimno. Noc była zimna, ale rano wcale nie zrobiło się lepiej. Koło południa wpływamy we mgłę. Gęstą jak śmietana, snującą się smugami nad wodą, brzegi ledwo majaczą w białych oparach, skały na kursie pojawiają się znienacka niczym duchy ledwo dwadzieścia metrów przed dziobem.

Grunf jest zmęczony, co chwilę rozciera kąciki oczu, ale nie pozwala nikomu sterować.

Płyniemy.

Wszyscy są niespokojni i wszystkim jest spieszno.

Siedzę na potężnym łuczysku arkabalisty na dziobie z łukiem na kolanach i fajką w zębach i wypatruję skał. Okrzykuję je potem, wskazując Grunfowi kierunek.

Płyniemy przez mgłę.

Czasami mijamy unoszące się na wodzie jakieś ciemne kształty, ale trudno zauważyć, czy to kolejne trupy, czy co innego.

Na noc stajemy na kolejnym jeziorku z kamienistą wyspą pośrodku. Palimy na niej ogień z wyrzuconych przez wodę, wybielonych kijów. Mgła snuje się kłębami wokół. Przepatruję ją w termowizji, ale nie widzę żadnych potworów jak na Pustkowiach Trwogi albo na Vlarinie. Mgła jak mgła. Jesień idzie.

W nocy rozlega się krzyk. Wysoki, piskliwy jak krzyk dziecka albo cierpiącej kobiety. Dochodzi z oparu. Wszyscy zrywają się na równe nogi, chwytają broń, zapalają knoty lamp, ktoś rozdmuchuje ognisko. Nic nie widać. Tylko ten krzyk. Wysoka, piskliwa skarga. Najpierw jeden, a potem cały chór piszczy jak stado szakali.

Siedzimy, patrząc na wszystkie strony, ściskając w mokrych dłoniach majdany łuków i styliska toporów. Wypuszczamy kilka płonących strzał, ale ich płomienie nikną natychmiast, jakby wpadały w mleko. Nic nie widać, ani we wzmocnionym świetle, ani w termowizji, ani normalnie.

Słychać tylko krzyk.

Rano mgła nadal stoi. Wilczy okręt sunie cicho rzeką, wśród białego oparu majaczą słabo sylwetki skał, gałęzi i sterczących z brzegu korzeni. Dziwne piski rozlegają się na brzegu co jakiś czas. Brzmi to trochę jak krzyk drapieżnego ptaka, a trochę jak wrzask przerażonego dziecka. Okropny dźwięk.

Wszyscy stoją przy burtach, nie odkładając łuków nawet na chwilę. Komuś puszczają nerwy i na kolejny wrzask strzała pryska z wizgiem gdzieś w kłęby mgły.

— Nie strzelaj na ślepo! — warczy Grunaldi.

Niepokoi mnie to, że niczego nie widzę. Dla termowizji mgła nie powinna być żadną przeszkodą. Dostrzegam jakieś pękate, niewielkie sylwetki, przemykające od czasu do czasu jak cienie wśród cieni. Jednak nie płoną barwami przewidzianymi przez cyfrala dla temperatury istot żywych. Nie różnią się od otoczenia jak skały. Tylko czasem wśród tych skał słabo pełgają punkty i linie wypełnione oranżem.

Płyniemy. Dziób tnie wodę, rzędy wioseł zapadają się z pluskiem, a ja walczę z irracjonalnym poczuciem deja vu.

Co jakiś czas Spalle wysyła przed dziób płonącą strzałę. Szybuje z sykiem w białą pustkę i znika. Jeżeli upadnie na brzeg, zobaczymy to.

To wygląda jak scena żywcem wyjęta z „Jądra ciemności”. Za chwilę ktoś zostanie trafiony włócznią, która wyleci nie wiadomo skąd i przeszyje mu pierś, a my zaczniemy rozpaczliwie szyć z łuków na wszystkie strony, ktoś dopadnie balisty i zacznie miotać w brzeg jeden oszczep za drugim, ten trafiony będzie konał na pokładzie, prychając krwią, a z mgły po obu brzegach będzie dobiegać to szyderczo rozpaczliwe zawodzenie. Czuję to jak fatum albo złą wróżbę. Coś nieuniknionego.

1 ... 72 73 74 75 76 77 78 79 80 ... 98
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)