KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Przygody Erasta Fandorina #8
- Язык: польский
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów». Краткое содержание книги:
Wsunąłem rękę do kieszeni i stwierdziłem, że podczas nocnych pogoni i upadków zgubiłem portfel. Jeśli się nie mylę, było tam osiem rubli i drobne. Wyjąłem garstkę poczerniałych srebrnych monet i popatrzyłem na nie z goryczą.
- To wszystko, co macie? - Erast Piotrowicz wziął jeden nierówny krążek, poobracał go w palcach. - Moneta z Piotrowych czasów. Wątpliwe, że coś za nią kupimy. W antykwariacie chętnie nabędą wasze skarby, ale z naszym obecnym wyglądem nie możemy się pokazać w miejscu publicznym. Zatem sytuacja jest paradoksalna: posiadamy b-brylant o wartości nie wiadomo ilu milionów, a nie mamy za co kupić sobie kawałka chleba. Tym bardziej musimy wpaść do Ermitażu.
- Ale w jaki sposób? - Podniosłem się z porastającej brzeg trawy. Wzdłuż rzeki i wokół pustkowia stali żołnierze i policjanci. - Cały teren jest otoczony. A jeśli nawet przedrzemy się przez kordon, to przecież nie będziemy mogli iść tak w biały dzień przez miasto!
- Od razu widać, Ziukin, że w ogóle nie znacie starej stolicy. Co to jest, waszym zdaniem? - Fandorin wskazał podbródkiem rzekę.
- Jak to co? Rzeka Moskwa.
- A co widzicie codziennie z okien Ermitażu? T-takie mokre, zielonkawe, powoli płynące w kierunku Kremla? Będę musiał p-popełnić jeszcze jedno przestępstwo, choć nie tak efektowne jak kradzież „Orłowa”.
Podszedł do wątłej łódeczki przycumowanej u brzegu, obejrzał ją i pokiwał głową.
- Ujdzie. Co prawda nie ma wioseł, ale tu leży całkiem sposobna deska. Właźcie, Ziukin. Nie przyjdzie im na myśl szukać na rzece, a płynąć nie musimy daleko. Żal mi tylko gospodarza tej łódki. Dla niego ta strata z pewnością będzie większa niż dla Romanowów utrata „Orłowa”. No, dajcie to wasze trofeum.
Bezceremonialnie sięgnął do mojej kieszeni, wygrzebał monety, położył je obok kołka, do którego była przywiązana łódeczka, i lekko przysypał z wierzchu piaskiem.
- No, co tak stoicie? Siadajcie! Tylko ostrożnie, bo nam się ten p-pancernik przewróci.
Siadłem, mocząc buciki w wodzie, która zgromadziła się na dnie łódki. Fandorin odepchnął się deską i powolutku odpłynęliśmy. Z zapałem zaczął wymachiwać swoim niezgrabnym wiosłem, na przemian to z lewej, to z prawej strony. Był to syzyfowy trud, bo nasze czółno praktycznie się nie poruszało.
Dziesięć minut później, kiedy nie dotarliśmy nawet na środek rzeki, zapytałem:
- A tak w ogóle, jak daleko jest rzeką do parku Nieskucznego?
- P-przypuszczam... że... ze trzy wior... sty - z trudem odpowiedział poczerwieniały od wysiłku Fandorin.
Nie mogłem się powstrzymać od sarkazmu:
- Z taką prędkością do jutrzejszego ranka pewnie dopłyniemy. Prąd tu jest bardzo wolny.
- Co tam prąd! - wymamrotał Erast Piotrowicz. Zamachał deską jeszcze szybciej i dziób łódki utkwił wśród bierwion - parowy holowniczek ciągnął za sobą kolejny sznur tratew.
Fandorin przywiązał cumę do obrąbanego sęka, deskę rzucił na dno łódki i przeciągnął się z błogością.
- Koniec, Ziukin. Pół godzinki odpoczniemy i będziemy u celu.
Po lewej niespiesznie przepływały łąki i ogrody; za nimi bielały mury monasteru Nowodiewiczego, których widok - prawdę mówiąc - wychodził mi już bokiem. Po prawej wznosił się wysoki lesisty brzeg. Zobaczyłem białą cerkiew z okrągłą kopułą, eleganckie altanki, grotę.
- Widzicie przed sobą park Worobjowski, zaprojektowany na wzór angielski i imitujący naturalne lasy - powiedział Fandorin głosem wytrawnego przewodnika. - Zwróćcie uwagę na wiszący most, przerzucony przez wąwóz. Dokładnie taki sam most widziałem w Himalajach, tylko że tamten był spleciony z bambusowych pni. No i pod nim był nie dwudziestosążniowy wąwóz, tylko dwuwiorstowa przepaść. Inna sprawa, że dla spadającego ta różnica nie jest istotna... A co to takiego?
Schylił się i wyciągnął spod ławki prymitywną wędkę. Przyjrzał się jej z ciekawością, potem pokręcił głową w prawo i w lewo i z radosnym okrzykiem zdjął z burty zieloną gąsienicę.
- No, Ziukin, na szczęście!
Zarzucił wędkę i prawie od razu wyciągnął z wody srebrzystą płotkę wielkości dłoni.
- Ale bierze, no nie?! - krzyknął podekscytowany Erast Piotrowicz, podsuwając mi pod nos swą trzepoczącą się zdobycz. - Widzieliście? Nawet minutka nie m-minęła! Dobry znak! Tak samo złowimy i Linda!
Po prostu chłopaczek! Nieodpowiedzialny samochwał, smarkacz. Wsunął mokrą rybkę do kieszeni, która zaczęła poruszać się jak żywa.
A przed nami ukazał się już znajomy most - ten sam, który był widoczny z okien Ermitażu. Niedługo przez korony drzew dostrzegłem zielony dach pałacu.
Fandorin odwiązał cumę od sęka. Tratwy popłynęły swoją drogą, a my wzięliśmy kurs na prawy brzeg i w kwadrans później znaleźliśmy się przy ogrodzeniu parku Nieskucznego.
Tym razem pokonałem tę przeszkodę bez jakichkolwiek trudności - zebrane doświadczenie zaowocowało. Zagłębiliśmy się w gąszcz, ale zbliżać się do Ermitażu Fandorin nie zechciał.
- Tutaj nas na pewno nie będą szukać - oznajmił, wyciągając się na trawie. - Ale mimo wszystko lepiej poczekać do zmroku. Chcecie jeść?
- Tak, bardzo. Macie ze sobą jakieś zapasy? - spytałem z nadzieją, ponieważ, muszę się przyznać, już od dawna ssało mnie z głodu w żołądku.
- Proszę. - Wyjął z kieszeni swój połów. - Nigdy nie kosztowaliście surowej ryby? W Japonii wszyscy je jedzą.
Rzecz jasna, wyrzekłem się takiego niesłychanego posiłku i nie bez wstrętu patrzyłem, jak Erast Piotrowicz z apetytem zajada śliską, chłodną płotkę, zgrabnie wyjmując i wysysając drobne ości.
Zakończywszy tę barbarzyńską ucztę, wytarł palce chusteczką, wyjął zapałki i z wewnętrznej kieszeni dobył cygaro. Potrząsnął pudełkiem i radośnie stwierdził: