Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #1
- Год: 2005
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Taki sam, jak na naszym żaglu.
Stajemy w dryfie, ale mija nas zbyt daleko. Spalle Rybi Nóż biegnie wzdłuż burty z włócznią i usiłuje przyciągnąć ciało, ale udaje mu się tylko odwrócić je twarzą do góry.
Trup ma twarz objedzoną do nagiej czaszki przez ryby, z reszty zostały tylko sine, wymoczone strzępy. Nie można go rozpoznać. Nikt nie wie, kto to jest.
Mija nas i znika za zakrętem.
Na pokładzie wszyscy milkną i tylko z niepokojem patrzą przed dziób, jakby obawiali się, co się wynurzy zza zakola fiordu.
— Nikogo nie ma — mówi Grunf jakoś martwo i niepewnie. Unosi skórzaną myckę z okutym otokiem i drapie się w łysinę. — Nie ma myśliwych, nie ma rybaków. Rzeka jest pusta. Nie podoba mi się to.
Nikomu się nie podoba.
Po godzinie mijają nas jeszcze dwa trupy, w tym jeden pozbawiony głowy i ramienia, a drugi z trzema długimi strzałami sterczącymi z pleców.
Wołają Atleifa, który nadal siedzi w achterkasztelu, od rana nie wyszedł nawet pokrzepić się łykiem piwa.
Patrzy milcząco na trupy i przygryza wargi z nieprzeniknionym wyrazem twarzy.
— Niedobrze to wygląda — mówi następnie obojętnym głosem.
Wszyscy rozchodzą się nagle po całym statku, jakby to „niedobrze” to była jakaś komenda albo hasło. Bez bieganiny i pośpiechu, nie sprawia to wrażenia żadnego alarmu. Ktoś przynosi naręcze tarcz i ustawia je wzdłuż relingu, ktoś już roztrzepuje kolczugę i pomaga koledze wciągnąć kaftan przez głowę, ktoś wyjmuje miecz i robi kilka zamaszystych zawijasów w powietrzu, po czym spogląda krytycznie wzdłuż ostrza, ktoś stoi już z pasem w zębach i zapina osłony policzkowe hełmu.
Też schodzę pod pokład i zakładam kolczugę, zabieram karwasze i hełm. Miecz przewieszam przez plecy, biorę też sajdak z łukiem i kołczan.
Patrzą ciekawie, jak skracam cięciwę kluczem i sprawdzam zachowanie wielokrążków na gryfach. Ktoś przymierza się do majdanu, ale sześć cięciw przed twarzą go peszy. Nie wie, którą napiąć.
Dalej płyniemy, właściwie bez słowa, na pokładzie zaległo milczenie. Nie widać nerwowości. To nie jest przygotowanie do ataku, ale po prostu nie wiedzą, czego się spodziewać. Taka na wpół bojowa nonszalancja. Na deku są przygotowane oszczepy, tarcze i topory, jeden z żeglarzy zdjął liny wiążące arkabalistę i odblokował obrotnicę, ale potem usiadł na podstawie machiny i gryzie, chrupiąc, jakiś owoc. Pozostali opierają się o drewniane relingi i uważnie przepatrują mijane brzegi.
Jest pusto.
Pod wieczór wpływamy na niewielkie rozlewisko, z prawej strony otwiera się spora plaża, zasypana skalistym tłuczniem, otoczona lasem. Na cyplu widać nieduże, kamienne zabudowania, przykryte głęboko strzechą, i stary, drewniany pomost. Jest zupełnie cicho, nawet psy nie szczekają.
Cumujemy prawą burtą tak, żeby dziób wystawał na jezioro. Na pomost zeskakują najpierw Spalle, potem jeszcze trzech, wszyscy z tarczami na plecach i łukami w ręku. Dopiero potem dwóch innych bierze się za wiązanie cum. Czterej łucznicy zmierzają ostrożnie na brzeg.
— Idę z nimi? — odzywam się do Atleifa tak ni to z propozycją, ni to z prośbą o rozkaz. Jest tu styrsmanem, powinienem to uszanować.
— Idź — mówi krótko. Ujmuję łuk i zeskakuję na stare belki pomostu.
Niosą łuki w ten sam sposób co ja. Jedną ręką, strzała na cięciwie, przytrzymana palcem na majdanie. Na plaży natychmiast się rozsypują, Spalle idzie przodem, pozostali trzej szerokim rzędem za nim, ja na końcu. Zakładam, że wiedzą, co to jest szyk ubezpieczony, więc przewieszam tarczę przez plecy i odwracam się, jak przystało tylnej straży.
Cisza.
Słychać tylko zgrzyt kamieni pod podeszwami.
Być może to nadmiar ostrożności, ale aktywuję cyfrala.
Podchodzili ostrożnie, miękko stawiając nogi, tak, by otoczaki nie zgrzytały pod stopami. Drakkainen, idący na końcu, usiłował mieć oczy dookoła głowy. Nie mógł cały czas iść tyłem, więc w końcu kroczył bokiem, zerkając co chwilę to w jedną, to w drugą stronę, z łukiem w opuszczonym ręku, ze strzałą na cięciwie, i przytrzymując już bełt. Przepatrywał skraj lasu w termowizji, ale nikogo nie było widać.
Chałupa stała na cyplu wbijającym się w jezioro, w doskonałym miejscu na niewielką przystań jachtową i knajpę albo przynajmniej smażalnię.
Było cicho.
Kiedy zbliżyli się do domostwa, Spalle przełożył łuk na plecy, a zdjął tarczę i cicho wysunął miecz. Włożył ostrze pod pachę, po czym strzelił palcami i pokazał dwa, a następnie wskazał w prawo za chatę.
Dwóch żeglarzy natychmiast ruszyło w tamtym kierunku, Drakkainen zajął ich miejsce w szyku po prawej stronie Spalle. Ten podkradł się do drzwi i zastukał głowicą miecza.
— Hej, Drofnir, wstawaj! To ja, Spalle Rybi Nóż! Przypłynęliśmy!
Nic. Po dłuższej chwili Spalle przytulił się bokiem do drzwi i pchnął je barkiem, ale nic się nie wydarzyło.
— Zamknięte od środka — szepnął.
Drakkainen zdjął strzałę, umieścił ją w kołczanie, a potem wsunął łuk w sajdak i klepnął żeglarza w ramię, pokazując na migi, żeby odsunął się od drzwi.
Obejrzał kute, sztorcowe zawiasy z podrdzewiałego żelaza, zlustrował futrynę, potem opukał lekko deski, ujął żelazny uchwyt i targnął drzwiami.
Zasuwa znajdowała się przypuszczalnie gdzieś na wysokości metr dwadzieścia i była drewniana.
Drakkainen cofnął się o krok, wziął kilka głębokich wdechów i zamknął oczy, uwalniając hiperadrenalinę. Bardzo ostrożnie przesunął nogi na otoczakach, po czym skurczył przeponę, wyrzucając powietrze w gwałtownym okrzyku, obrócił biodra i wbił proste kopnięcie podbiciem tam, gdzie powinna być zasuwa.
Drzwi otworzyły się z przeraźliwym hukiem, który rozlał się w jego uszach jak przeciągły łoskot gromu. Zasuwa pękła, ale nie rozpadła się, natomiast uderzenie wyrwało hak, o który była oparta, i wystrzeliło go do środka pomieszczenia. Vuko cofnął nogę, żeby odzyskać równowagę, jednocześnie lustrując trwożnie stan ścięgien i mięśni. Wydawało się, że wszystko jest w porządku.
Spalle i drugi żeglarz stali po bokach jeszcze jak zatrzymani w kadrze z półotwartymi ustami, kiedy pochylił się i ruszył jak najpłynniejszymi ruchami do wnętrza. Miał wrażenie, że robią tu z siebie durniów, i już miał powrócić do normalnego stanu, i zawołać coś w rodzaju: „Dzień dobry, przepraszam za drzwi!”, ale w powietrzu wisiało coś takiego, że nie chciał zdejmować trybu bojowego. Usiłował tylko poruszać się naturalnie, a nie miotać jak pasikonik.
Nie zdążył przekroczyć progu, kiedy zobaczył w ciemnościach chaty coś gorącego i porośniętego futrem, wielkiego jak cielę, co odbiło się od ziemi i wystrzeliło w niego niczym pocisk z katapulty.
Było jeszcze w powietrzu, kiedy udało mu się wyhamować ruch ciała do przodu i odwrócić, puszczając to coś obok siebie.
Tuż obok twarzy mignęła mu wyszczerzona, zębata paszcza w kryzie falującego futra, z pyska ciągnęły się lepkie nitki śliny. Drakkainen zdążył objąć kciukiem i palcem wskazującym rękojeść sterczącą znad ramienia i wyholować miecz do góry. Stwór mijał go już, jak porośnięta płowoczarnym futrem torpeda. Zamknął dłoń wokół rękojeści i ciął, przeciskając ostrze przez powietrze zmienione w olej, czując, jak turbulencje wibrują na powierzchni stali.
Miecz uderzył jak w mokry śnieg, przecinając cel, po drodze zahaczając kilka razy o coś twardego. Drżący w powietrzu lwi ryk zwinął się przeciągłym zawodzeniem jak sygnał syreny okrętowej i zamilkł.