KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Przygody Erasta Fandorina #8
- Язык: польский
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów». Краткое содержание книги:
- Ach, Ziukin, jaką operację zawaliłem! P-podmiana woźnicy - to było takie proste i prawie g-genialne. Z opowieści Emilii domyśliłem się, że woźnica jest głuchoniemy. To i jeszcze ten opuszczony na oczy kapelusz i g-gęsta czarna b-broda ułatwiły zadanie. Woźnica teraz znajduje się w rękach policji, ale żadnej korzyści z niego nie będzie. Nie dość, że niemy, to jeszcze przygłupi. To dlatego Lind nie bał się go w-wystawić. Wszystko powinno było pójść jak po maśle! I chłopczyka byśmy uratowali, i Linda wzięli. - Z rezygnacją machnął ręką. - No, jeśli nie wzięli żywcem, to zabili na miejscu, strata dla ludzkości n-niewielka. Wystarczyłoby, żebym tylko zszedł na dół. Kto mógł przewidzieć, że ten jubiler nie przestraszy się kindżału? I przez to wszystko się posypało. Jakże ci ludzie oddani są Lindowi! I czym on ich tak do siebie przekonuje? Nie, to wprost nieprawdopodobne! - Erast Piotrowicz, zdenerwowany, wstał raptownie. - Diabelski Belg myślał nie o sobie, tylko o Lindzie. To już nie zwykły bandycki honor, to najprawdziwsza nieodwzajemniona miłość!
- Skąd wiecie, że jubiler był Belgiem?
- Co? - spytał z roztargnieniem. - A, rozpoznałem po wymowie. Belg z Antwerpii, bez żadnej wątpliwości. Ale to nieważne. Liczy się coś innego. Jak rozumiecie słowa Emilii? Pamiętacie, krzyknęła: „I Lind tu jest! To...” Co to oznacza? Mam wrażenie, że chciała podać jakieś znane nam nazwisko albo jakąś charakterystyczną lub nieoczekiwaną osobliwość. Jeśli nazwisko, to czyje? Jeśli cechę, to jaką? „To g-garbus”? „To Chińczyk”? „To kobieta”? - Fandorin zmarszczył się. - Jeśli chodzi o Chińczyka albo o kobietę, to wszystko możliwe, ale że Lind nie jest garbusem, wiem na pewno - zauważyłbym... No nic, szybko się wszystkiego dowiemy.
Ostatnie słowa wymówił z taką spokojną pewnością siebie, że poczułem nadzieję.
- Zatem, Ziukin, przeanalizujmy plusy i minusy naszej sytuacji. - Erast Piotrowicz usiadł obok mnie na piasku, podniósł kilka kamyczków i narysował linię. - Chłopczyk w dalszym ciągu znajduje się w rękach Linda. To źle. - Jeden kamyczek, czarny, spoczął po lewej stronie linii. - Emilia także została zakładniczką. To też źle.
Do pierwszego czarnego kamyka dołączył drugi.
- A czy w ogóle jest w tym coś dobrego? - nie wytrzymałem. - Dodajcie, że cała policja cesarstwa, zarówno zwykła, jak i tajna, poluje nie na doktora Linda, tylko na nas. Że jego wysokość po strasznych przeżyciach jest ciężko chory, a nawet, co całkiem możliwe, na granicy śmierci. I że, jak sami powiedzieliście, Lind nie pozostawia świadków przy życiu!
Fandorin przytaknął i dołożył jeszcze trzy czarne kamyki.
- A teraz p-popatrzymy na sprawę z innej s-strony. Dobrze, że mamy „Orłowa” i jeśli nie będzie innego wyjścia, jesteśmy gotowi pójść na wymianę - to raz. Dobrze też, że Lind stracił większość s-swojej bandy. Praktycznie prawie wszystkich: czterech w dzień porwania, potem cała szajkę Kikuta, a wczoraj jeszcze pięciu. Emilia krzyknęła: „Ich jest trzech!”. Wychodzi na to, że Lindowi zostało tylko dwóch ludzi, a na początku miał ich prawie dwudziestu - to dwa. I wreszcie, wczoraj zdążyłem podać Lindowi swoje nazwisko i oznajmić, na jakich warunkach możliwa jest wymiana - to trzy.
Spojrzałem na pięć czarnych kamieni, na trzy białe i przypływu brawury nie poczułem.
- I co z tego? Przecież nie wiemy, gdzie go teraz szukać. A nawet gdybyśmy wiedzieli! Mamy związane ręce. Nie możemy zrobić nawet kroku po Moskwie - od razu nas aresztują.
- Wysunęliście dwie tezy, z których jedna nie istnieje, a druga jest nieprawdziwa - z profesorską miną sprzeciwił się Erast Piotrowicz. - To nieprawda, że mamy ograniczoną możliwość p-poruszania się. Jak już miałem honor wam oznajmić, zmiana wyglądu jest zupełnie prostą czynnością. To Lind nie może się przemieszczać bez ograniczeń, nie my. On ma na nogach kajdany - dwoje jeńców: chore dziecko i kobietę o zdecydowanym charakterze. Zabić ich nie będzie śmiał, ponieważ zdążył mnie już dobrze p-poznać i wie, że ja nie dam się oszukać. O, mamy jeszcze jeden plus. - Dołożył czwarty biały kamień. - A co do waszej pierwszej tezy, to ona nie istnieje z bardzo p-prostej przyczyny: nie będziemy szukać Linda, ponieważ owies za szkapą nie chodzi. Lind sam nas znajdzie.
Och, jak mnie wyprowadzała z równowagi ta jego beztroska maniera, ten mentorski ton! Ale starałem się trzymać nerwy na wodzy.
- Wytłumaczcie mi, z jakiego to powodu Lind będzie nas poszukiwał? I najważniejsze - jak?
- Teraz zamiast dwóch tez pojawiły się dwa pytania. - Fandorin uśmiechnął się z nieznośnym tupetem. - Pozwólcie, że odpowiem na pierwsze. Między nami a doktorem w-wytworzyła się klasyczna sytuacja handlowa: jest towar i jest kupiec. A dokładnie dwóch kupców i każdy ma swój towar. Towar, którego my potrzebujemy, a którym dysponuje Lind, to, po pierwsze, malutki Mika, po drugie, Emilia, po trzecie, sam doktor Lind. A teraz nasz towar, budzący zainteresowanie doktora: po pierwsze, dwustukaratowy brylant, bez którego cała moskiewska eskapada szanownego pana doktora okaże się hańbiącą porażką, a do tego Lind nie przywykł; po drugie, moje życie. Zapewniam was, rachunki między mną a doktorem narosły ogromne i wciąż nie zostały spłacone. Tak więc obaj będziemy się targować.
Erast Piotrowicz miał taką minę, jakby szło nie o walkę z najniebezpieczniejszym przestępcą współczesnego świata, tylko o zajmującą przygodę czy partię winta. Nigdy nie lubiłem pozerstwa, szczególnie w poważnych sprawach, i brawura Fandorina wydała mi się nie na miejscu.
- Teraz wasze drugie pytanie - kontynuował, nie bacząc na moje ściągnięte brwi. - Jak Lind nas odnajdzie? No, to będzie proste. Dzisiaj wieczorem przejrzymy reklamy i prywatne ogłoszenia we wszystkich moskiewskich gazetach. Z pewnością znajdziemy coś ciekawego. Nie wierzycie? Gotów jestem iść o z-zakład, chociaż z zasady nigdy tego nie robię.
- Zakład? - spytałem ze złością, ostatecznie zirytowany jego fanfaronadą. - Proszę bardzo. Jeśli przegracie, jeszcze dziś oddamy się w ręce policji.
Roześmiał się beztrosko.
- A jeśli wygram, zgolicie wasze z-znakomite bakenbardy i wąsy. Ręka?
I umowa została potwierdzona uściskiem dłoni.
- Trzeba odwiedzić Ermitaż - rzekł już poważnie Fandorin. - Zabrać Masę, bardzo nam się przyda, i jeszcze wyciągnąć stamtąd pewne rzeczy. Na przykład p-pieniądze. Idąc na akcję, nie wziąłem portfela. Przewidywałem, że spotkanie z Lindem nie obejdzie się bez skoków, wymachiwania rękoma czy bieganiny, a w takiej sytuacji każdy z-zbędny ładunek, choćby najmniejszy, jest przeszkodą. I macie teraz kolejne potwierdzenie starej prawdy: pieniądze nigdy nie są zbędnym obciążeniem. Ile macie przy sobie?