Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5
Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5 - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5

Электронная книга - «Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5». Краткое содержание книги:

Najnowszy almanach fantastyki Kroki w nieznane prezentuje szesnaście różnorodnych opowiadań autorów z Australii, Argentyny, Rosji, Stanów Zjednoczonych, Ukrainy i Wielkiej Brytanii. Wśród nich nowa krew, niedawne debiutantki (McCarron, Swirsky) oraz autorzy rozwijający skrzydła (Bacigalupi, Kosmatka, Ostapenko). Są też stare wygi, z niemałym dorobkiem, których tekstów nie było nam dane posmakować dotychczas (Brown, Kaługin) lub spotykaliśmy się z ich twórczością okazjonalnie (Kessel, szczególnie Waldrop). Oczywiście są także wielkie nazwiska (Egan, Kress, Silverberg, czy Willis), a oprócz tego pisarze wyjątkowi, za sprawą wyobraźni (Ballantyne), poetyckiego stylu (McDonald), czy prozy o niesamowitym klimacie (Nielsen)…
1 ... 74 75 76 77 78 79 80 81 82 ... 146
Перейти на страницу:

Frankenstein pokonał kilka kroków ścieżką w stronę lasu.

— Kto to był? — spytał Darcy.

— Jakiś dzikus. Straszliwie brzydki — odparła Maria.

Pan Frankenstein wrócił.

— Nikogo tam nie ma.

— Widziałyśmy go!

Po niebie przemknęła kolejna błyskawica, przetoczył się grzmot.

— Jest bardzo ciemno i szaleje burza — rzekł pan Frankenstein.

— Dalej, musimy wracać do domu — oznajmił Darcy. — Przemokłyście do suchej nitki.

Panowie pomogli damom dotrzeć do Pemberley, starając się jak najlepiej chronić je przed deszczem.

Darcy poszedł po Bingleya i Clervala, którzy wyruszyli na poszukiwania w przeciwnym kierunku. Lizzy dopilnowała, by Maria i Kitty przebrały się w suchą odzież i rozgrzały się. Kitty zaczęła kaszleć coraz bardziej i Lizzy nalegała, by położyć ją do łóżka. Maria posiedziała przy Kitty, szepnęła jej do ucha, że dochowa tajemnicy i poczekała, aż siostra zaśnie. Potem zeszła na dół, by spotkać się z pozostałymi, którzy zebrali się w salonie.

— Takie przemarznięcie na pewno nie wyjdzie jej na dobre. — Jane skarciła Marię za wychodzenie na spacery przy tak niepewnej pogodzie: — Myślałam, że masz więcej rozsądku, Mario. Pan Frankenstein nalegał, by was szukać, kiedy uświadomił sobie, że poszłyście do lasu.

— Wybacz mi — odparła Maria. — Masz rację.

Niełatwe położenie, w jakim znalazła się Kitty, sprawiało, że Marii trudno było zebrać myśli. Zastanawiała się, co można by zrobić. Jeśli Kitty naprawdę była przy nadziei, nie było sposobu, żeby jej pomóc.

Maria opowiedziała historię z mężczyzną w lesie. Darcy rzekł, iż nie widział nikogo, ale dopuszczał myśl, że ktoś jednak mógł czaić się między drzewami. Pan Frankenstein najwyraźniej wolał nie wdawać się w spekulacje; stał przy wysokim oknie, patrząc na skraj lasu przez chłostany deszczem trawnik.

— Intruz był pewnie jednym z miejscowych kłusowników albo Cyganem — podsunął Darcy. — Kiedy przestanie padać, każę Mowbrayowi wziąć kilku ludzi i sprawdzić teren posiadłości. Zawiadomimy też konstabla.

— Mam nadzieję, że ta paskudna pogoda skłoni pana do zostania u nas jeszcze przez kilka dni — zwróciła się Lizzy do pana Frankensteina. — Nie ma pan żadnych niecierpiących zwłoki spraw w Matlock, nieprawdaż?

— Istotnie, nie. Ale mieliśmy jechać na północ z końcem tygodnia.

— Na pewno możemy jeszcze zostać, Victorze — wtrącił Clerval. — Twoje prace w Szkocji mogą poczekać.

Pan Frankenstein najwyraźniej toczył jakąś wewnętrzną walkę przed udzieleniem odpowiedzi.

— Nie powinniśmy narzucać naszego towarzystwa tak przemiłym gospodarzom.

— Co za nonsens — odparł Darcy. — Towarzystwo panów sprawi nam olbrzymią przyjemność.

— Dziękujemy — rzekł niepewnym tonem Frankenstein.

Maria zauważyła, że nawet gdy rozmowa przeskoczyła na inne tory, stał nadal przy oknie i patrzył. Podeszła i usiadła przy nim. Pod wpływem jakiegoś impulsu spytała cicho:

— Czy rozpoznał pan tego człowieka, którego widziałyśmy w lesie?

— Nikogo nie widziałem. A gdyby nawet ktoś tam był, skąd miałbym znać jakiegoś angielskiego włóczęgę?

— Nie sądzę, żeby to był ktoś stąd. Kiedy krzyczał za nami, były to niemieckie słowa. Może to jakiś pański rodak?

Na twarzy pana Frankensteina pojawił się wyraz zniecierpliwienia.

— Panno Bennet, nie chciałbym się z panią spierać, ale tkwi pani w błędzie. Nikogo nie widziałem w lesie.

* * *

Kitty dostała gorączki i nie opuściła łóżka przez resztę dnia. Maria siedziała przy niej, próbując ją ukoić, nie wspominając o Robercie Piggocie.

Nadal padało, gdy Maria udała się na spoczynek, do oddzielnej sypialni, którą zwykle dzieliła z Kitty. Późną nocą obudził ją odgłos otwieranych drzwi sypialni. Przyszło jej do głowy, iż to może Lizzy przyszła powiedzieć jej coś o Kitty. Ale to nie była Lizzy.

Nie krzyknęła. Patrzyła w milczeniu na ciemną postać, która weszła do pokoju i zamknęła za sobą drzwi. Dogasający żar w kominku rzucał słabe światło na mężczyznę, który się do niej zbliżał.

— Panno Bennet — zawołał cicho.

Poczuła, jak serce podchodzi jej do gardła.

— Tak, panie Frankenstein?

— Proszę nie wszczynać alarmu. Muszę z panią porozmawiać.

Wykonał dwa szybkie kroki w stronę łóżka. Na jego twarzy malowało się wzburzenie. Nigdy dotąd żaden mężczyzna, w okolicznościach choćby dalece przypominających te, nie zbliżył się tak bardzo do jej łoża. A mimo to łomotanie jej serca nie było spowodowane wyłącznie strachem.

— Cóż, proszę pana, nie jest to najlepsze miejsce na grzecznościową rozmowę — odparła. — Biorąc pod uwagę to, iż zaprzeczył pan temu, co widziałam dziś po południu, ma pan dużo szczęścia, że nie wezwę służby, by pana wyrzuciła z Pemberley.

— Ma pani rację, że mnie gani. Moje własne sumienie gani mnie tak, jak pani nigdy nie byłaby w stanie nikogo zganić i gdybym został pozbawiony wdzięcznej kompanii pani rodziny, byłaby to kara mniejsza, niż zasługuję. I obawiam się, że to, co chciałbym pani teraz powiedzieć, nie może zostać zakwalifikowane jako grzecznościowa rozmowa. — Jego sposób mówienia zmienił się, w jego szepcie pojawiła się jakaś desperacja. Czegoś od niej chciał i to bardzo.

Zaintrygowana, na przekór sobie, Maria naciągnęła szlafrok i zapaliła świecę. W skazała mu jeden z foteli przy kominku i rozdmuchała dogasający ogień. Gdy zasiadła naprzeciwko niego, rzekła:

— Proszę mówić.

— Panno Bennet, proszę ze mną nie igrać. Wie pani, dlaczego tu jestem.

— Wiem, drogi panie? Co takiego wiem?

Pochylił się, z jakąś żarliwością, zaplótłszy ręce, opierając łokcie na kolanach.

— Przyszedłem tu, by błagać panią o dochowanie mojej tajemnicy. Ujawnienie jej może mieć straszliwe konsekwencje.

— Tajemnicy?

— Związanej z człowiekiem, którego pani widziała.

— A więc jednak go pan zna!

— Pani drwina przy obiedzie upewniła mnie, że po wysłuchaniu opowieści pastora powzięła pani pewne podejrzenia. Wskrzeszanie z martwych, powiedziała pani do Clervala… a potem ta opowieść o profesorze Aldinim. Proszę nie zaprzeczać.

— Nawet nie zamierzam udawać, że wiem, o czym pan mówi.

Pan Frankenstein wstał z fotela i zaczął spacerować przed kominkiem.

— Proszę! Dostrzegłem w pani oczach wyrzut, kiedy znaleźliśmy was w lesie. Próbuję naprawić to, co zepsułem. Ale nigdy nie będę w stanie tego zrobić, jeśli sprawa się wyda.

W świetle, padającym od ognia, Maria dostrzegła ze zdumieniem łzy w jego oczach.

— Proszę mi powiedzieć, co pan zrobił.

Jej prośba przerwała tamę i popłynęła opowieść. Opowiadał, jak po śmierci matki tęsknił za nią tak bardzo, że chciał stawić czoło samej śmierci, jak studiował na uniwersytecie chemię, jak odkrył tajemnicę życia. Jak ośmielony i ogarnięty nie dzieloną z nikim obsesją stworzył człowieka z ciał ukradzionych z cmentarza i odkupionych od hien cmentarnych. Jak udało mu się, dzięki nauce, tchnąć w niego życie.

Maria słuchała, nie wiedząc, co ma sądzić o tej zdumiewającej opowieści. Brzmiało to jak majaczenia szaleńca — ale wszak widziała w lesie tę postać. Szczerość, z jaką pan Frankenstein przemawiał, łzy w jego oczach i nabrzmiały rozpaczą szept, świadczyły o tym, że to się rzeczywiście zdarzyło, przynajmniej w jego umyśle. Opowiadał, jaką odrazę odczuwał wobec swego osiągnięcia, jak porzucił potwora w nadziei, że ten umrze, a potwór z zemsty zabił jego braciszka Williama i sprawił, że winnym zbrodni uznano sługę rodziny, Justinea.

1 ... 74 75 76 77 78 79 80 81 82 ... 146
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)