Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5
- Автор: Браун Эрик, Иган Грег
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo „Solaris”
- Переводчик: Jolanta Pers
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5». Краткое содержание книги:
— A co pan studiował na uniwersytecie? — spytał Bingley.
— Nic ważnego — odburknął pan Frankenstein.
Zapadła niezręczna cisza, którą przerwał Clerval, wyjaśniając:
— Mój przyjaciel tak bardzo poświęcił się zgłębianiu filozofii przyrody, że zaniedbał własne zdrowie. Na szczęście udało mi się go uratować, ale niewiele brakowało.
— I za to zawsze będę ci wdzięczny — mruknął przyjaciel.
Lizzy spróbowała zmienić temat.
— Wielebny pastorze, jakieś wieści z parafii?
Pastor, nieprzyzwyczajony do takich ilości napitku, miał już nieźle w czubie; twarz mu płonęła, a głos wznosił się na wyżyny stosowniejsze raczej dla kazań.
— Cóż, mam nadzieję, że damy nie wezmą mi tego za złe — zahuczał — jeśli opowiem o dziwnym zdarzeniu, jakie miało miejsce zeszłej nocy!
— Ależ prosimy!
— A zatem, zeszłej nocy, trapiony bezsennością — chyba pstrąg zjedzony na kolację mi zaszkodził, wyglądał jakoś nieświeżo; pani Croft zaklina się, że kupiła go po południu, ale musiał pochodzić z wcześniejszego połowu. To jednak nieistotne. Leżałem, nie śpiąc, w mojej sypialni. Było już po północy, kiedy usłyszałem jakieś skrobanie pod oknem; sypiam przy otwartym oknie, bo pogoda ostatnio piękna. Moim zdaniem, panie Clerval, nic tak nie robi dobrze płucom, jak świeże powietrze, i przypuszczam, że filozofowie z kontynentu podzielają moje zdanie, nieprawdaż? Słyszałem, że powietrze na alpejskich łąkach jest niewypowiedzianie świeże.
— Tylko na tych, na których nie pasą się krowy.
— Krowy? Ach, tak, krowy, ha, ha! A to dobre! Krowy, istotnie. O czym ja to mówiłem? Ach, tak. Wstałem z łóżka i wyjrzałem przez okno. Dostrzegłem jakieś światło na cmentarzu. Narzuciłem szlafrok i pantofle i pobiegłem, by zobaczyć, co się dzieje.
— Zbliżając się do cmentarza dostrzegłem jakąś mroczną postać z łopatą. Stał odwrócony do mnie tyłem, obrysowany światłem lampy, która stała przy grobie Nancy Brown. Biedna Nancy, zmarła niecały tydzień temu, taka młoda, miała ledwie siedemnaście lat.
— To był mężczyzna? — spytała Kitty.
Pastor spoważniał.
— Wyobrażają sobie państwo moje przerażenie. „Halo!”, krzyknąłem, a mężczyzna rzucił łopatę, chwycił lampę i uciekł na tyły kościoła. Kiedy dotarłem do rogu, nie było go już widać. Wróciłem do grobu i zobaczyłem, że niewiele mu brakowało do wykopania trumny biednej Nancy!
— Mój Boże! — jęknęła Jane.
— Profanacja grobu? — wtrącił Bingley. — Niesamowite.
Darcy milczał, ale widać było, że nie jest zachwycony poruszaniem przez pastora takich spraw przy stole. Pan Frankenstein, który siedział obok Marii, odłożył widelec i pociągnął długi łyk madery.
Pastor zniżył głos. Najwyraźniej świetnie się bawił.
— Mogę się tylko domyślać motywów, jakie mogły kierować tym człowiekiem. Może to jej ukochany, oszalały z bólu?
— Mężczyźni nie bywają aż tak wierni — mruknęła Kitty.
— Nasz drogi wielebny pewnie naczytał się powieści pani Radcliffe — wtrąciła Lizzy.
Darcy oparł się na krześle.
— W lesie niedaleko kamieniołomu widziano Cyganów. To na pewno ich sprawka. Szukali klejnotów.
— Klejnotów? Brownowie są tak ubodzy, że ledwo było ich stać na przyzwoity pogrzeb.
— Co znów dowodzi, że nie był to nikt miejscowy.
— W naszym kraju świeże groby są czasem profanowane przez rabusiów dostarczających trupy doktorom. Czyż taka fala kradzieży nie przetoczyła się przez Ingolstadt, Victorze?
Pan Frankenstein odstawił kieliszek.
— Istotnie — odparł. — Niektórzy adepci anatomii, w pogoni za wiedzą, wyzbywają się wszelkich ludzkich skrupułów.
— Nie przypuszczam, by taka była przyczyna w tym przypadku — zauważył Darcy. — Nie ma tu w pobliżu żadnego uniwersytetu ani szkoły medycznej. A doktor Philips, który ordynuje w Lambton, nie wykracza poza zasady, jakimi rządzi się cywilizacja.
— On rzadko wykracza poza progi własnego domostwa — wtrąciła Lizzy. — Muszę posyłać po niego dzień wcześniej, żeby go zmusić do wizyty.
— Zapewniam państwa jednak, że istnieją tacy ludzie — rzekł pan Frankenstein. — Znałem ich. Moja choroba, o której wspominał Henry, była w pewnym sensie buntem mej duszy przeciwko pogoni za wiedzą, która wiedzie niektórych ludzi na moralne manowce.
W tym momencie Maria pojęła, że ma szansę wywrzeć wrażenie na panu Frankensteinie.
— Bez wątpienia jest coś szlachetnego w ryzykowaniu życiem, by wzbogacić wiedzę ludzkiej rasy. Ile rzeczy jeszcze poznamy, jeśli tylko tchórzostwo czy niedbałość nie będą ograniczać naszych poszukiwań?
— W takim razie dziękuję Bogu za tchórzostwo i niedbałość, panno Bennet — odparł pan Frankenstein. — Być może warto ryzykować życiem, ale nigdy — duszą.
— To prawda. Sądzę jednak, że nauka może od nas wymagać rozluźnienia więzów, jakie krępują ogół społeczeństwa.
— Nigdy nie słyszeliśmy u ciebie tego tonu, Mario — rzekła Jane.
— Stajesz się jakaś nowoczesna, szwagierko — wtrącił Darcy. — Jakież więzy mamy na twój rozkaz zrzucić dziś wieczorem?
Przemawiał z lekką wyższością, z jaką zawsze zwracał się do Marii. Jak bardzo chciała ich czymś zaskoczyć! Jak bardzo pragnęła pokazać Darcy’emu i Lizzy, z ich idealnym małżeństwem i idealnym życiem, że nie była tylko prostolinijną starą panną, za jaką ją uważali.
— Anatomowie w Londynie otrzymali zgodę sądu na sekcję ciał skazańców po egzekucji. Czyż jest rzeczą niewłaściwą rozcinanie ciał zbrodniarzy, którzy wszak i tak już zmarnowali swoje życie, by uratować życie niewinnym?
— Mój wuj, który jest sędzią, opowiadał o takich przypadkach — rzekł Bingley.
— Są też inne — dodała Maria. — Słyszeli państwo o eksperymentach włoskiego naukowca Aldiniego? W zeszłym roku w lecie pokazał w Londynie w Królewskim Kolegium Chirurgów, że za pomocą potężnej baterii można poruszać członkami wisielca. W „The Times” wspomniano, że widzowie naprawdę uwierzyli w to, iż to ciało może ożyć!
— Mario, proszę! — jęknęła Lizzy.
— Powinnaś spędzać mniej czasu nad tak okropnymi książkami, Mario — zaśmiała się Kitty. — Przecież żaden zalotnik nie będzie miał ochoty rozmawiać o zwłokach!
A więc i Kitty była po ich stronie. Jej kpina tylko utwierdziła Marię w przekonaniu, że należy zmusić Frankensteina, by przemówił.
— A jakie jest pana zdanie, sir? Czy stanie pan w mojej obronie?
Pan Frankenstein starannie poskładał serwetkę i odłożył ją obok talerza.
— Siłą, która pcha ludzi do takich eksperymentów, nie jest odwaga ani nawet ciekawość, lecz ambicja. Dążenie do wiedzy może być występkiem równie śmiertelnym, co bardziej pospolite grzechy. A co gorsza, nawet ludzie najbardziej szlachetni z natury ulegają takim pokusom. I tylko ktoś, kto ich doświadczył, ma pojęcie o pokusach, jakie stawia przed nami nauka.
Pastor uniósł kieliszek.
— Panie Frankenstein, zaprawdę trudno o prawdziwsze słowa! Człowiek, który zbezcześcił grób biednej Nancy, nie zasługuje na boskie miłosierdzie.
Maria poczuła, jak miotają nią sprzeczne uczucia.
— Doświadczył pan takich pokus, panie Frankenstein?
— Ze smutkiem muszę przyznać, że tak.
— Wszak nie ma takiego grzechu, którego Bóg nie mógłby wybaczyć. „Bycie wszechwiedzącym oznacza nieskończone miłosierdzie”.