Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5
- Автор: Браун Эрик, Иган Грег
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo „Solaris”
- Переводчик: Jolanta Pers
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5». Краткое содержание книги:
Doktor Philips upuścił Kitty krew, ale żadna poprawa nie nastąpiła. Kitty nie odzyskała przytomności przez noc. Maria czekała. Umyślny powrócił o szóstej rano, sam, zapewniając Marię, że oddał list panu Robertowi. Maria podziękowała mu. Robert nie pojawił się. O ósmej rano Darcy posłał po pastora. O wpół do dziesiątej Kitty zmarła.
Wieczorem tego samego dnia przybyli państwo Bennet, a dzień później Lidia i Wickham — po raz pierwszy od dnia, gdy zostali spowinowaceni, Darcy wpuścił Wickhama w progi Pemberley. Pośród rozpaczającej rodziny Maria czuła się zagubiona. Jane i Lizzy wspierały się nawzajem w smutku. Darcy i Bingley prowadzili po cichu poważne rozmowy. Wickham i Lidia, która roztyła się po urodzeniu trójki dzieci, nie byli w stanie wymienić między sobą jednego słowa bez dogryzania sobie, ale w swej głupocie potrafili zjednoczyć się całkowicie. Żal pani Bennet był nieukojony, a ilość i jakość jej rozpaczy przewyższał tylko stopień, w jakim chciała panować nad każdym szczegółem pogrzebu Kitty. Przeprowadzono długą debatę na temat miejsca jej pochówku. Kiedy ktoś przypomniał, że ich kuzyn, pan Collins, w końcu odziedziczy ich dom w Hertfordshire, pani Bennet popadła w rozpacz: kto będzie się opiekował grobem Kitty, kiedy jej zabraknie? Pan Bennet podsunął, że Kitty powinna zostać pochowana na cmentarzu w Lambton, niedaleko Pemberley, gdzie jej grób mogliby odwiedzać także Jane i Bingley. Gdy jednak pan Darcy zaoferował rodzinną kryptę w Pemberley, problem szybko rozwiązano, zaspokajając zarówno potrzeby czułych serc, jak i próżność.
Choć dla Marii nie było to żadną niespodzianką, ciężko było jej patrzeć, jak nawet w najtrudniejszych chwilach życia jej siostry i rodzice ujawniają swą prawdziwą naturę. Paradoksalnie nie wzbudziło to w niej niechęci. Rodzina spędzała czas wspólnie, co się nie zdarzało od lat, i Maria uświadomiła sobie, że to się będzie zdarzać już wyłącznie przy takich smutnych okazjach. Ojciec posiwiał i był milczący jak nigdy, a w dniu pogrzebu nawet matka zdołała powstrzymać szlochy i okrzyki na czas na tyle długi, by ukazać twarz pobrużdżoną najszczerszym smutkiem i ciężarem wieku, którego Maria nigdy dotąd nie widziała.
Wieczorem, w dniu, gdy złożono Kitty do grobu, Maria siedziała do późna z Jane, Lizzy i Lidią. Piły maderę, a Lidia opowiadała głupie historyjki z czasów, kiedy to ona i Kitty flirtowały z żołnierzami z pułku. Maria udała się na spoczynek późno, czując, jak w głowie szumi jej od wina, śmiechu i łez. Leżała, nie mogąc zasnąć, księżyc świecił na kapę przez otwarte okno, a powietrze niosło zapach świeżej ziemi i szum drzew znad jeziora. W końcu zapadła w sen bez marzeń sennych. Późną nocą obudziło ją szczekanie psów w psiarni. Świadomość odpłynęła jednak i Maria znów zasnęła.
Rankiem odkryto, że ktoś włamał się do krypty i skradł ciało Kitty.
Maria powiedziała stajennemu, że pan Bennet poprosił ją o zrobienie jakichś sprawunków u aptekarza w Lambton, prosi więc o przygotowanie dwukółki. Potem, gdy cały dom pogrążony był w chaosie i rodzina pocieszała panią Bennet, pojechała do Matlock. Stajenny dał jej najlepszego konia ze stajni pana Darcy’ego; zwierzę było spokojne i szybkie, Maria dotarła więc do Matlock w godzinę, mimo niewielkiego doświadczenia w powożeniu.
Przez cały czas, choć letni poranek był piękny, i mijała urocze krajobrazy doliny rzeki Derwent, nie mogła otrząsnąć się z ponurych wspomnień — wśród nich przewijała się wizja dostrzeżonego w lesie potwora Frankensteina.
Przybywszy do Matlock pospieszyła do hotelu „Old Bath” i zapytała o pana Frankensteina. Konsjerż powiedział, że nie widział pana Frankensteina od obiadu, który miał miejsce poprzedniego wieczora, ale rankiem pan Clerval powiedział, że jeszcze tego dnia panowie zamierzają opuścić Matlock. Zostawiła list, prosząc pana Frankensteina, by spotkał się z nią w gospodzie, jeśli wróci, po czym udała się do sklepu rzeźnika.
Maria była już tam kiedyś raz, z Lizzy, kilka lat wcześniej. W sklepie aż roiło się od służby nabywającej mięso na pieczeń baranią i szynkę na wieczorny posiłek. Za ladą pan Piggot senior zajęty był rąbaniem czegoś na rzeźnickim pniu, ale młodą kobietę obsługiwał wysoki, młody człowiek o gęstych, kręconych, brązowych włosach i zielonych oczach. Flirtował ze służącą, gdy niósł na ramieniu ciężką paczkę, obwiązaną brązowym papierem, do powozu.
Wracając do sklepu dostrzegł stojącą samotnie Marię. Przyjrzał jej się uważnie, nim do niej podszedł.
— Czym mogę służyć, panienko?
— Przypuszczam, że znał pan moją siostrę.
Jego uśmiech zgasł.
— Panna Maria Bennet.
— Tak, to ja.
Młody człowiek przyglądał się uważnie swoim butom.
— Tak mi przykro z powodu tego, co przytrafiło się pannie Katarzynie.
Ale nie na tyle przykro, żeby pojawić się przy jej łożu śmierci, pomyślała Maria. Powstrzymała się jednak przed czynieniem mu wyrzutów.
— Nie zauważyłam pana na pogrzebie. Przyszło mi do głowy, że natura waszych stosunków sprawiła, iż woli pan opłakiwać ją w samotności, przy jej grobie. Był pan tam?
Widać było, że czuje się jeszcze bardziej skrępowany.
— Nie. Miałem robotę. Mój ojciec…
Maria pomyślała, że widziała już dość, by móc ocenić jego zaangażowanie. Nie był to człowiek, który byłby w stanie zbezcześcić grób, z rozpaczy lub z innego powodu. Dystans, jaki istniał między tym małomiasteczkowym uwodzicielem — przystojnym, beztroskim, obojętnym — a bohaterem, którego wychwalała siostra, sprawił, że Maria poczuła jeszcze głębsze współczucie wobec zmarłej siostry. Jakże musiała być zdesperowana. Jakże żałosna.
A Robert Piggot plątał się w wyjaśnieniach, jąkając się. Maria odwróciła się i wyszła.
Udała się z powrotem do gospody, gdzie zostawiła dwukółkę. Oberżysta zaprowadził ją do małego salonu dla pań, oddzielonego od baru szklanym przepierzeniem. Zamówiła herbatę i przez okno o wielu małych szybkach patrzyła na ludzi przechadzających się po ulicy i po dziedzińcu, wozaków z platformami zaprzężonymi w perszerony, pasażerów czekających na następny dyliżans do Manchesteru, a wewnątrz — na trwoniących czas przy stołach z kuflami piwa w dłoniach. Na rozświetlonej słońcem ulicy młody pucybut zachęcał podróżnych do skorzystania ze swoich usług, ale większość nie zwracała na niego uwagi. Wszyscy ci ludzie żyli własnym życiem, nie poświęcając nawet myśli Marii czy jej zmarłej siostrze. Marii przyszło do głowy, że powinna wrócić i zająć się matką, ale na samą myśl o tym poczuła chłód w sercu. Jak Kitty mogła zostawić ją samą? Poczuła, że jest bliska rozpaczy. Patrzyła przez okno, jak dwóch wozaków usiłuje władować na wóz wielki, kanciasty kufer, aż nagle mężczyzna, który wydawał im polecenia, wyszedł zza pary koni i dostrzegła, że to pan Frankenstein. Wstała natychmiast i wybiegła na dziedziniec gospody. Podbiegła na długość ramienia, gdy ją zauważył.
— Panna Bennet!
— Pan Frankenstein! Tak się cieszę, że pana znalazłam. Bałam się, że już wyjechał pan z Matlock. Możemy gdzieś porozmawiać na osobności?
Wyglądał na zmieszanego.
— Tak, oczywiście — odparł i zwrócił się do wozaków: — Poczekajcie tu, jak skończycie ładować moje rzeczy.
— To niezbyt dobre miejsce do rozmowy — rzekł do niej pan Frankenstein. — Widziałem tu niedaleko kościół. Może tam zajdziemy.
Poprowadził Marię ulicą do kościoła Św. Egidiusza. Wkroczyli do ogrodu probostwa. W pewnej odległości popołudniowe słońce przebijało się przez katedrę chmur i świeciło na Wzgórza Abrahama.