Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5
- Автор: Браун Эрик, Иган Грег
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo „Solaris”
- Переводчик: Jolanta Pers
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5». Краткое содержание книги:
Pochyliła się nad kieliszkiem, po czym uniosła wzrok i zauważyła, w pustym już barze, mężczyznę siedzącego przy stole najbardziej oddalonym od światła lamp. Wielki mężczyzna, w prostym ubraniu, z kapturem na głowie i twarzą ukrytą w cieniu. Na stole przed nim stał kufel z piwem i leżało parę miedziaków. Maria wstała, przeszła z salonu do baru i ruszyła w jego stronę.
Uniósł twarz i słabe światło lampy z sufitu padło nad jego czarne oczy, schowane pod grubymi brwiami. Był straszliwie odrażający.
— Czy mogę usiąść obok pana? — spytała. Czuła, jak kręci jej się w głowie.
— Może pani usiąść, gdzie się pani żywnie podoba.
Głos miał głęboki, ale stłumiony, jakby nie mógł mówić głośno; był to nieomal szept.
Usiadła, drżąc lekko. Jego ręce i nadgarstki, spoczywające na stole, otaczały strzępy podniszczonych rękawów płaszcza. Skórę miał barwy żółtobrązowej, a paznokcie jaskrawo białe. Nie poruszał się.
— Jakąż to ma pani do mnie sprawę?
— Mam do pana najbardziej potworną sprawę. — Maria próbowała spojrzeć mu w oczy, ale nie wytrzymywała jego spojrzenia. — Chcę wiedzieć, dlaczego zbezcześcił pan grób mojej siostry, dlaczego ukradł pan jej ciało i co pan z nim zrobił.
— Powinna pani raczej spytać Victora. Nie wyjaśnił pani wszystkiego?
— Pan Frankenstein wyjaśnił mi kim — czym — pan jest. Nie wiedział, co się stało z moją siostrą.
Na cienkich wargach wykwitł sardoniczny uśmiech.
— Biedny Victor. Wszystkie jego plany wzięły w łeb. Victor nie wie, czym jestem. Nie może wiedzieć, bez względu na to, jakie wysiłki podejmowałem, by go wyszkolić. Ale wie, co się stało i co się stanie z pani siostrą. — Potwór zatknął swe grube, czarne włosy za ucho — niespodziewany, odruchowy gest, który sprawił, że po raz pierwszy wydał jej się całkowicie ludzki. Naciągnął mocniej kaptur na twarz.
— Proszę mi więc powiedzieć.
— A której odpowiedzi pani chce? Czym jestem czy co się stało z pani siostrą?
— Najpierw proszę mi powiedzieć, coś się stało z… z Kitty.
— Victor włamał się do krypty i skradł jej ciało. Podjął wszelkie starania, by go nie uszkodzić. Umył je rozcieńczonym kwasem karbolowym i zastąpił krew chemiczną mieszaniną własnego pomysłu. Poskładane idealnie zmieściło się w cedrowym kufrze uszczelnionym smołą i w tej chwili jest przewożone do Szkocji. Widziała pani, jak odjeżdża, godzinę temu.
Maria poczuła, jak jej zmysły buntują się. Ukryła twarz w dłoniach. Potwór siedział w milczeniu. Wreszcie, nie unosząc głowy, zdołała powiedzieć:
— Victor ostrzegał mnie, że jest pan kłamcą. Dlaczego miałabym panu wierzyć?
— Nie ma pani żadnego powodu, by mi wierzyć.
— To pan ją zabrał!
— Nie zawahałbym się ani trochę, gdybym miał taki zamiar, ale to nie ja to uczyniłem, panno Bennet. Nie zaprzeczam, że miałem w tym pewien interes. Jak już powiedziałem, Victor to zrobił, na moje polecenie.
— Na pańskie polecenie? Po co?
— Kitty — czy może raczej nie tyle Kitty, co jej doczesne szczątki — zostanie moją żoną.
— Pańską żoną! To straszne! Potworne!
— Potworne.
Nagle, z nadnaturalną szybkością, jego ręka wystrzeliła i chwyciła nadgarstek Marii.
Maria chciała zawołać o pomoc, ale bar był pusty, a oberżystę sama odesłała. Chwyt nie był jednak brutałny. Jego dłoń była ciepła, pulsująca życiem.
— Proszę na mnie spojrzeć — rzekł i odsunął kaptur drugą ręką.
Wzięła głęboki oddech i spojrzała.
Miał szlachetne czoło, wysoko umieszczone kości policzkowe, mocno zarysowany podbródek i szeroko rozstawione oczy — to wszystko czyniłoby go przystojnym, mimo blizn i wysuszonej, żółtej skóry, gdyby nie wyraz jego twarzy. Jego brzydota nie była kwestią braku proporcji — czy raczej brak proporcji nie był widoczny w jego rysach. Podobnie jak jego stłumiony głos, wjego twarzy było coś przygaszonego, jakby wszystko było ukryte, widoczne tylko w ustach, czasem drgnięciu policzka czy wargi. Każdy najmniejszy ruch zdradzał ożywienie. Chaotyczną chorobliwość, ale była w tym energia. Była to istota, która nigdy nie nauczyła się przebywać w cywilizowanym towarzystwie, którą rzucono prosto w dorosłość z namiętnościami zranionego chłopca. Strach, odraza, gniew. Pożądanie.
Siła tęsknoty i wściekłości sprawiała, że jego twarz wyglądała na skurczoną.
— Proszę mnie puścić — wyszeptała.
Puścił jej nadgarstek i rzekł z gorzką satysfakcją:
— Sama pani widzi. Jeśli to, czego się domagam, jest nie do pojęcia, to dlatego, że wasz gatunek nie zrobił nic, by pojąć, czym jestem. Kiedyś żywiłem fałszywą nadzieję, że spotkam istotę, która pokocha mnie za zalety, jakie byłem w stanie zaprezentować. A teraz jestem całkowicie sam. Gorzej niż głodujący rozbitek na bezludnej wyspie. Nie mam braci, sióstr, rodziców. Mam tylko Victora, który, jak wielu ojców, odrzucił mnie w chwili, gdy po raz pierwszy wciągnąłem powietrze do płuc. Więc poleciłem mu, by zrobił mi żonę z pani siostry, bo w przeciwnym razie on i wszyscy, których kocha, zginą z mojej ręki.
— Nie. Nie wierzę, by popełnił coś aż tak wstrętnego.
— Nie miał wyboru. Jest moim niewolnikiem.
— Sumienie by mu nie pozwoliło, nawet za cenę życia.
— Ma pani zbyt wysokie o nim mniemanie. Jak wy wszyscy. On nie myśli. Przez ostatnie trzy lata nie zauważyłem, żeby działał inaczej niż pod wpływem impulsu. Coś takiego dostrzegam u was wszystkich.
Maria cofnęła się, próbując pojąć te potworności. Jej siostra zostanie ożywiona, tylko po to, by trafić w ręce tego demona. Tylko czy to jeszcze będzie jej siostra, czy jakaś inna wzburzona, głodna istota, jak on?
Udało jej się jednak zachować resztki sceptycyzmu. Zachowanie potwora nie zdradzało pobytu w odosobnieniu, o którym wspominał.
— Zdumiewa mnie, w jakim stopniu opanował pan język — rzekła. — Nie udałoby się to panu bez pomocy nauczycieli.
— Och, miałem wielu nauczycieli — mruknął żałośnie potwór. — Można powiedzieć, że od chwili, gdy otwarłem oczy, cała ludzkość była moją klasą szkolną. A jednak tyle jeszcze mi zostało do nauczenia. Jest tyle słów, których znaczenia nie doświadczyłem. Na przykład: „szczęśliwy”. Victor ma uczynić mnie szczęśliwym. Czy sądzi pani, że mu się to uda?
Maria pomyślała o panu Frankensteinie. Czy zdoła usatysfakcjonować potwora?
— Nie sądzę, żeby ktokolwiek miał taką moc, by uczynić drugą osobę szczęśliwą.
— Drwi pani ze mnie. Każde stworzenie ma kogoś do pary, z wyjątkiem mnie. Ja nie mam nikogo.
Jego użalanie się nad sobą sprawiło, że wzdrygnęła się z odrazą. Przestała odczuwać strach.
— Zbyt wielkie znaczenie przypisuje pan posiadaniu kogoś do pary.
— Czemu? Nie wie pani nic o tym, co przeżyłem.
— Sądzi pan, że sam fakt istnienia samicy pańskiego gatunku wystarczy, by pana chciała? — zaśmiała się Maria. — Proszę poczekać, aż ktoś, o kim pan myślał, że został dla pana stworzony, odrzuci pana z najbanalniejszych powodów.
Po twarzy potwora przemknął cień.
— Nic takiego się nie zdarzy.
— Zdarza się częściej niż pan sądzi.
— Samica, którą Victor dla mnie stworzy, nie będzie mieć innej pary poza mną.