Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5
- Автор: Браун Эрик, Иган Грег
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo „Solaris”
- Переводчик: Jolanta Pers
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5». Краткое содержание книги:
Dziewczęta zawsze zachwycały się pięknem i wygodą Pemberley, rodowego majątku pana Darcy’ego. Sam Darcy był wcieloną dobrocią, a służba była troskliwa i na polecenie Elżbiety mniej skłonna do pobłażania kaprysom Kitty, zaś bardziej dbała o jej zdrowie niż wystraszona służba w domu. Lizzy dopilnowała, by Kitty zażywała jak najwięcej snu i trzy siostry dużo spacerowały po włościach. Zdrowie Kitty poprawiło się, podobnie jak i nastrój Marii. Cieszyła się towarzystwem ośmioletniego syna Lizzy i Darcy’ego, Williama, który próbował nauczyć ją i młodszą siostrę pana Darcy’ego, Georgianę, łowienia ryb. Georgiana usychała z tęsknoty, gdyż jej narzeczony, kapitan Broadbent, przebywał w służbie Korony na Karaibach, ale już po tygodniu Jane i jej mąż przybyli z wizytą ze swojego majątku położonego w odległości trzydziestu mil, i zostali dłużej, więc cztery z pięciu sióstr Bennet mogły cieszyć się swym towarzystwem. Spędziły razem wiele nastrojowych popołudni i wieczorów. Zarówno Maria, jak i Georgiana uczyły się grać na pianinie, Maria jednak szybko doszła do wniosku, że siostry raczej tolerowały jej grę, niż znajdowały przyjemność w jej słuchaniu. Spotkanie Lizzy i Kitty oznaczało, że cała uwaga skupiała się na poprawie zdrowia Kitty i jej planach małżeńskich, przez co Maria czuła się zaniedbywana. Czasem jednak dołączała do nich, by pojechać do Lambton czy Matlock, na zakupy lub w celach towarzyskich, a co tydzień w sali balowej hotelu „Old Bath”, z wypolerowaną woskiem podłogą i pięknymi kandelabrami, organizowano bal letni.
Podczas jednej z takich wypraw, gdy Georgiana wstąpiła do modystki, a Kitty załatwiała jakieś sprawunki u rzeźnika — Maria zastanawiała się, co jest przyczyną nagłego zainteresowania Kitty sprawami domowymi w Pemberley — Maria zabrała Williama do muzeum i biblioteki, w której znajdowała się również wystawa przyrodnicza. William opowiedział jej o eksponatach wykopanych przy budowie nowego hotelu, które wzbogaciły niedawno muzealną kolekcję.
Ulice, hotele i gospody Matlock wypełniali podróżni, którzy przybyli do wód. Nowożeńcy trzymali się pod ręce, szepcząc sobie do ucha sekrety, niewątpliwie związane z pagórkowatym krajobrazem. Kilku robotników tłukło kamienie na bruk przez ratuszem, machając młotkami w jasnym świetle słońca. W środku Maria i William schronili się w sali muzealnej, cichej i chłodnej.
Wśród zwiedzających Maria wypatrzyła smukłego, dobrze ubranego mężczyznę, który stał przy gablotach, przyglądając się umieszczonym w nim eksponatom. Gdy podeszła bliżej, rozpoznała go.
— Pan Frankenstein!
Wysoki Europejczyk uniósł wzrok, zaskoczony.
— Ach, panna Bennet?
Ucieszyła się, że ją zapamiętał.
— Tak. Miło pana widzieć.
— A kim jest ten młodzieniec?
— To mój siostrzeniec, William.
Na dźwięk tego imienia pan Frankenstein spochmurniał. Przymknął oczy.
— Czy dobrze się pan czuje? — spytała Maria.
Spojrzał na nią.
— Proszę mi wybaczyć. Te eksponaty przywołują smutne skojarzenia. Proszę dać mi chwilkę.
— Oczywiście — odparła.
William pobiegł obejrzeć zegar parowy. Maria odwróciła się i przyjrzała zawartości najbliższej gabloty. Za szkłem ułożono kości znalezione w pobliskiej kopalni ołowiu. Na karcie poniżej widniał opis: „Kości, przypominające rybie, z wapienia”.
Pan Frankenstein w końcu podszedł do niej.
— Cóż porabia pani w Matlock?
— Moja siostra Elżbieta jest żoną pana Fitzwilliama Darcy’ego z Pemberley Przyjechałyśmy do niej z Kitty. A pan przybył do wód?
— Pan Clerval i ja znajdujemy się właśnie w drodze do Szkocji, gdzie on zatrzyma się u przyjaciół, a ja będę prowadził… pewne badania. Topografia tej doliny przypomina moje rodzinne okolice w Szwajcarii.
— Tak słyszałam — odparła.
Pan Frankenstein najwyraźniej odzyskał siły, Maria zastanawiała się jednak, co wzbudziło taki smutek.
— Interesują pana wykopaliska? — spytała, wskazując gestem gabloty.
— Istotnie, niektóre. To naprawdę niezwykłe, kiedy spotyka się młodą damę, zainteresowaną takimi tajemnicami.
Maria nie wyczuła w jego głosie ani cienia drwiny.
— Istotnie, interesuje mnie to — odparła, poddając się entuzjazmowi. — Profesor Darwin tak pisał o pochodzeniu tych kości:
— Niektórzy twierdzą, że to dowód na to, że potop istotnie miał miejsce. Czy sądzi pan, panie Frankenstein, że Matlock kiedyś mogło znajdować się na dnie morza? Podobno te stworzenia nie istniały za czasów Noego.
— Zaręczam pani, że są znacznie starsze. Proszę nie myśleć, że rzeczywiście są wykonane z kamienia. Przekształciły się tak wskutek pewnych procesów. Z anatomicznego punktu widzenia bardziej przypominają jaszczurkę niż rybę.
— Uczył się pan anatomii?
Pan Frankenstein postukał palcami o szkło gabloty.
— Minęły już trzy lata, odkąd interesowałem się takimi rzeczami. Już się tym nie zajmuję.
— A jednak chciał się pan spotkać z naukowcami w Londynie.
— Ach… tak, istotnie. Jestem zdumiony, że pamięta pani naszą krótką rozmowę, która miała wszak miejsce ponad dwa miesiące temu.
— Mam dobrą pamięć.
— Czego doskonałym dowodem jest przytoczenie wiersza profesora Darwina. Przypuszczałem, że dama taka jak pani interesuje się raczej sztuką.
— Och, mogę pana zapewnić, że jeśli chodzi o powieści, już swoje przeczytałam. A w młodości — jeszcze więcej kazań. Elżbieta ma w zwyczaju drażnić się ze mną jako wielka moralizatorka. „Zło jest łatwe”, mówię jej, „i ma niezliczone formy”.
Frankenstein nie odpowiedział. Po chwili odezwał się:
— Wtedy moralizatorzy nie byliby potrzebni.
Maria przypomniała sobie jego ostrzeżenie przed nauką, jakie wygłosił podczas spotkania w Londynie.
— Drogi panie, nie ma niczego złego w badaniu dzieł bożych.
— Chrześcijanin z bojaźni bożej mógłby sprzeciwiać się opinii profesora Darwina, że życie poczęło się w morzu, bez względu na to, w jak poetyckiej formie zostanie ona wyrażona. — Mówił, jakby myślami był gdzieś daleko. — Czy można stworzyć duszę żywego stworzenia bez pomocy ręki bożej?
— Mam wrażenie, że ręka boża jest obecna wszędzie — Maria wskazała gestem gablotę. — Nawet w szkielecie skamieniałej ryby.
— W takim razie ma pani o wiele więcej wiary niż ja, panno Bennet. I więcej niewinności.
Maria spłoniła się. Nie była przyzwyczajona do tego, by jakiś dżentelmen w taki sposób się z nią przekomarzał. Doświadczenie mówiło jej, że przystojni mężczyźni z osiągnięciami nie interesują się nią, więc w takich rozmowach nie wykraczała poza błahe tematy jak pogoda, strój, czy miejskie plotki. Teraz jednak dostrzegła, że coś w rozmowie z nią poruszyło pana Frankensteina i odczuła coś na kształt tryumfu.