Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5
- Автор: Браун Эрик, Иган Грег
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo „Solaris”
- Переводчик: Jolanta Pers
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5». Краткое содержание книги:
— Czy słyszał pan o tym, co się stało?
— Słyszałem smutne wieści o śmierci pani siostry. Zamierzałem do pani napisać i złożyć jej najszczersze kondolencje przy pierwszej okazji. Proszę przyjąć wyrazy współczucia.
— Pański potwór! Potwór, którego pan stworzył…
— Prosiłem panią o zachowanie tego w tajemnicy.
— I dotrzymałam słowa. Przynajmniej jak dotąd. Ale on skradł ciało Kitty.
Stał z rękami założonymi na plecach, patrząc jej prosto w oczy.
— Zdumiewa mnie pani. Cóż doprowadziło ją do tak niezwykłego wniosku?
Poczuła się dotknięta jego reakcją. Czyż był to ten sam człowiek, który szlochał w jej sypialni?
— A któż inny mógłby zrobić coś takiego?
— Ale dlaczego? Wrogość potwora jest skierowana wyłącznie na mnie. Inni mogą ściągnąć na siebie jego gniew tylko wtedy, gdy są mi drodzy.
— Tej nocy przyszedł pan błagać mnie o zrozumienie, bo bał się pan, że wiem, iż to potwór był winien zbezczeszczenia grobu tej panny z miasta. Dlaczego śledził Kitty i mnie w lesie? To nie może być przypadek.
— Jeśli nawet istotnie potwór skradł ciało pani siostry, nie jestem w stanie wymyślić żadnego powodu, dla którego miałby to zrobić, czy w ogóle żadnego, dla którego zrobiłaby to osoba znająca bojaźń bożą. Wie pani, że moim celem jest wyeliminowanie potwora ze świata ludzi i zapewniam panią, iż nie spocznę, póki tego nie dokonam. Najlepiej byłoby, gdyby pani i pani rodzina zwróciła teraz myśli ku innym sprawom.
Dotknął pędu bluszczu, wspinającego się po murze ogrodu, zerwał zielony liść i obracał go w palcach. Nie rozumiała go. Przedtem sądziła, że jest człowiekiem wrażliwym, którego serce jest w stanie przejawiać jakieś uczucia. Jego zaprzeczenia podsunęły jej możliwość, o której bała się nawet myśleć.
— Drogi panie, to mnie nie satysfakcjonuje. Odnoszę wrażenie, że próbuje pan coś przede mną ukryć. Powiedział pan o wielkiej rozpaczy, jakiej pan doznał, gdy zmarła pańska matka, o tym, jak to pchnęło pana do badań naukowych. Jeśli, jak sam pan twierdzi, odkrył pan tajemnicę życia, czy mógłby pan — czy nie spróbowałby pan przywrócić nam Kitty? Może strach przed porażką, czy też bojaźń przed sprzeniewierzeniem się woli bożej skłoniły pana do działania w tajemnicy? Jeśli tak, proszę nie ukrywać przede mną prawdy. Nie jestem małą dziewczynką.
Wypuścił liść z palców. Ujął ją za ramiona i spojrzał jej prosto w oczy.
— Przykro mi, Mario. Przywrócenie do życia pani siostry nie leży w moich możliwościach. Bezduszny stwór, którego przywróciłem do życia, nie ma nic wspólnego z człowiekiem, którego ciała użyłem. Pani siostra odeszła po swoją nagrodę w niebie. Nic — naprawdę nic jej nam nie wróci.
— Więc nie wiedział pan o kradzieży ciała?
— W tej sprawie nie jestem w stanie zaoferować pani ani pani rodzinie żadnej pociechy.
— Mojej matki i mojego ojca nic nie pocieszy.
— W takim razie muszą szukać ukojenia w pamięci o tym, jaka pani siostra była za życia. Jak ja musiałem czynić po śmierci mojego ukochanego brata Williama oraz zniesławionego i znieważonego Justine’a. Proszę, wracajmy do gospody.
Maria wybuchła płaczem. Przytulił ją i szlochała wsparta o jego pierś. W końcu opanowała się, pozwoliła, by ujął ją pod ramię i ruszyli wolno główną ulicą Matlock w stronę gospody. Wiedziała, że kiedy tam dotrą, pan Frankenstein odjedzie. Ciepły dotyk jego dłoni sprawiał, że była bliska błagania go, by został, a jeszcze lepiej — by zabrał ją ze sobą.
Weszli na ruchliwy dziedziniec. Wóz stał z boku, a Maria dostrzegła wozaków w barze. Pan Frankenstein, poruszony, zganił ich:
— Chyba wam mówiłem, że te kufry należy trzymać w cieniu.
Starszy z dwóch mężczyzn odstawił kufel i wstał.
— Wybaczcie, panie, zaraz tego dopilnuję.
— Zróbcie to natychmiast.
Gdy pan Frankenstein mówił, wieczorny dyliżans zajechał pod gospodę i rozpoczęły się przygotowania do odjazdu.
— A więc pan i pan Clerval odjeżdżacie dziś? — spytała Maria.
— Tak. Gdy tylko Henry przybędzie z „Old Bath”, jedziemy dyliżansem do Krainy Jezior. A stamtąd do Szkocji.
— Podobno jest tam pięknie.
— Obawiam się, że niewiele z tego piękna zobaczę. Noszę brzemię wielkiego występku i nie spocznę, dopóki nie przywrócę właściwego porządku rzeczy.
Poczuła, że zaraz wybuchnie, jeśli nie przemówi do niego z głębi serca.
— Victorze, czy jeszcze kiedyś pana zobaczę?
Unikał jej spojrzenia.
— Obawiam się, panno Bennet, że to mało prawdopodobne. Mój podstawowy cel to usunięcie zbrodniczego potwora ze świata ludzi. Dopiero gdy tego dokonam, mam nadzieję powrócić do domu i poślubić moją narzeczoną, Elżbietę.
Maria odwróciła wzrok. Młoda matka poprawiała synkowi kołnierzyk przed wsadzeniem go do dyliżansu.
— Ach, tak. Jest pan zaręczony. Byłabym zapomniała.
Frankenstein uścisnął jej dłoń.
— Panno Bennet, proszę mi wybaczyć swobodę, jakiej się przy pani dopuszczam. Ofiarowała mi pani więcej przyjaźni, niż na to zasługuję. Życzę, by znalazła pani towarzysza, którego pani poszukuje, i żyła dalej w szczęściu. Teraz jednak muszę już iść.
— Z Bogiem, drogi panie.
Zwinęła odzianą w rękawiczkę dłoń w pięść.
Ukłonił się głęboko i pospieszył, by zamienić kilka słów z wozakami. Henry Clerval przybył akurat w chwili, gdy mężczyźni wspięli się na wóz i ruszyli. Clerval, zaskoczony widokiem Marii, przywitał ją serdecznie. Wyraził smutek z powodu śmierci jej siostry i prosił o przekazanie kondolencji całej rodzinie. Dziesięć minut później dwaj mężczyźni wsiedli do dyliżansu, który opuścił dziedziniec gospody i znikł gdzieś daleko na głównej ulicy Matlock.
Maria stała na dziedzińcu gospody. Czuła, że nie jest w stanie wrócić do Pemberley i stanąć twarzą w twarz z rodziną i matczyną histerią. Wróciła do gospody, poprosiła oberżystę o zaprowadzenie do salonu dla pań i zamówiła butelkę porto.
Słońce wisiało nisko i na dziedzińcu gospody kładły się cienie. Z Nottingham przywieziono wieczorne gazety. Chłopiec na posyłki zapalił latarnie. Maria jednak nie odchodziła. Na zewnętrz, na bruku, pucybut siedział w gęstniejącym mroku, obejmując ramionami kolana i przyciskając je do piersi. Wsłuchiwała się w stukot końskich kopyt o bruk. Oberżysta był zatroskany. Gdy poprosiła o drugą butelkę, zaproponował, że może pośle po kogoś z jej rodziny, kto zabrałby ją do domu.
— Nie znacie mojej rodziny, człowieku — odparła.
— Tak, panienko. Myślałem tylko…
— Jeszcze jedną butelkę porto poproszę. A potem proszę zostawić mnie w spokoju.
— Tak, panienko.
Odszedł. A ona tkwiła w postanowieniu, by się upić. Ileż to razy roztropnie ostrzegała przed takim zachowaniem u młodych panien? Cnota jest nagrodę sama w sobie. Miała dictum na każdą okazję i do znudzenia powtarzała je, zamiast myśleć. Pokażcie mi kłamcę, a pokażę wam złodzieja. Pobieraj się w pośpiechu, żałuj w spokoju. Ludzie powinni być tym, czym się wydają.
Nie miała złudzeń i nie sądziła, że jej obecne niewłaściwe zachowanie cokolwiek zmieni. Może Bingley albo Darcy wyruszyli, by szukać jej w Lambton. Pewnie za godzinę czy dwie wyruszy do Pemberley, gdzie dostanie burę od matki za zafundowanie rodzinie niespokojnego wieczora, a Lizzy będzie ją ostrzegać przed zagrożeniami dla jej reputacji. Lidia może nawet spyta, choć nie będzie ani trochę w to wierzyć, czy miała schadzkę z jakimś mężczyzną. Strata Kitty sprawi, że wszyscy szybko zapomną o nierozważnym postępowaniu Marii, tak żałosnym. I wkrótce wszystko będzie tak, jak dawniej, z wyjątkiem tego, że Kitty nie żyje, a Maria — tak. Ale nawet to stopniowo zblednie. Cień śmierci Kitty będzie się unosił nad rodziną przez jakiś czas, wątpiła jednak, czy zmieni się coś istotnego.